Jednym z problemów polskiego ruchu LGBT jest brak ciągłości pokoleniowej. Wśród obecnych działaczy i działaczek nie tylko próżno szukać osób 60+, problemy zaczynają się już przy 40+. Nie wiadomo co stało się z ludźmi angażującymi się w walkę z dyskryminacją przed kilkunastu laty, nazwiska zarządu Lambdy z lat 90. w większości niewiele powiedzą nawet najlepiej zorientowanym. Tymczasem każda z tych osób to zapomniana część historii ruchu gejowsko-lesbijskiego w Polsce, czasem niezmiernie dramatyczna, czego świadectwem życiorys Artura Sieroszewskiego. W grudniu minęło dwadzieścia lat od jego śmierci.
Jednym z problemów polskiego ruchu LGBT jest brak ciągłości pokoleniowej. Wśród obecnych działaczy i działaczek nie tylko próżno szukać osób 60+, problemy zaczynają się już przy 40+. Nie wiadomo co stało się z ludźmi angażującymi się w walkę z dyskryminacją przed kilkunastu laty, nazwiska zarządu Lambdy z lat 90. w większości niewiele powiedzą nawet najlepiej zorientowanym. Tymczasem każda z tych osób to zapomniana część historii ruchu gejowsko-lesbijskiego w Polsce, czasem niezmiernie dramatyczna, czego świadectwem życiorys Artura Sieroszewskiego. W grudniu minęło dwadzieścia lat od jego śmierci.
Sieroszewski został Przewodniczącym Zarządu Warszawskiego Stowarzyszenia Grup „Lambda”, bo tak brzmiała pełna nazwa, w październiku 1990 roku. Miał 24 lata, był studentem piątego roku pedagogiki na Uniwersytecie Warszawskim. Wybrano go na walnym zebraniu na fali niezadowolenia z poprzedniego przewodniczącego – Grzegorza Okrenta. Nie ma sensu roztrząsać ówczesnych wewnątrzśrodowiskowych animozji, można jedynie przytoczyć główne zarzuty sformułowane zresztą przez samego Sieroszewskiego: „Propozycje Zarządu były rozpatrywane i przekazywane niemal zawsze jednoosobowo lub w obrębie zamkniętego grona ludzi, a pozostałym pozostawało wierzyć i czekać. Ta swoista niefrasobliwość i rodzaj arogancji spowodowały, iż kilka miesięcy, które należało wykorzystać na konsolidację i na opracowanie rozwiniętego programu dla Stowarzyszenia poszło na marne. Została zachwiana jakże wrażliwa sfera zaufania ze strony środowiska w stosunku do poczynań Zarządu, którego autokratyzm i brak odpowiedzialności, a chyba i brak myślenia perspektywicznego doprowadziły do impasu”.
Okres sprzed dwudziestu lat to dopiero czas kształtowania się organizacji gejowsko-lesbijskich i samego środowiska LGBT, które wówczas się formułowało, warto przypomnieć, że zaledwie w lutym 1990 roku udało się Lambdę zarejestrować. Sieroszewski z energią i wieloma pomysłami rozpoczął swoją kadencję w październiku. W wywiadzie udzielonym magazynowi gej/les „Okay” mówił wtedy: „pragniemy wznowić kontakty i rozwinąć też nowe – z osobami, które zniechęciły się do poprzedniego Zarządu. Równolegle pragniemy rozwinąć współpracę z określonymi ministerstwami, np. w zakresie profilaktyki AIDS. W obrębie samego Stowarzyszenia uruchamiamy punkt konsultacyjny z tzw. Telefonem Zaufania dla gejów i lesbijek. Chcemy też zorganizować kursy dla osób, które zajmowałyby się propagowaniem profilaktyki AIDS i opieką nad nosicielami i chorymi. […] Na terenie klubu pragniemy organizować pokazy filmowe, wieczory literackie, a nawet zorganizować teatr.
Jak widać duża część jego planów związana była z profilaktyką HIV/AIDS, wówczas jednym z największych problemów polskich gejów. Także tej kwestii poświęcił Sieroszewski swój artykuł „AIDS – czy to poważny problem?” zamieszczony w „Okay”. Natomiast 1 grudnia miała miejsce akcja uświadamiająca zorganizowana przez warszawską Lambdę i Pink Service w związku ze światowym dniem AIDS. Na Placu Unii Lubelskiej przy popularnym wówczas Empiku kilkanaście osób rozdawało prezerwatywy, ulotki na temat bezpiecznego seksu i stare numery pisma „Okay”.
Niestety, była to ostatnia akcja zorganizowana przez Artura Sieroszewskiego, nie zdążył już przeprowadzić planowanego happeningu na Dworcu Centralnym. 3 grudnia 1990 roku, ten 24-latek zmarł, jak podawano w nekrologach, na zawał serca. Tragiczna śmierć nie odbiła się szerszym echem, choć ukazujące się wówczas pisma gej/les odnotowały przedwczesne odejście szefa warszawskiej Lambdy. W „Gayzecie” pisano: „Gdy nauka nie potrafi wyjaśnić, dlaczego z chwili na chwilę umiera Człowiek, który miał przed sobą całe życie, możemy tylko powiedzieć: To nieprawda, Arku. Ty żyjesz. Żyjesz w naszych sercach, naszej pamięci, naszych myślach. Sercach tych, którzy Cię znali i tych, które tylko o Tobie słyszały”.
Dziś nie jesteśmy w stanie powiedzieć na ile śmierć Sieroszewskiego miała też wpływ na zahamowanie rozwoju ruchu LGBT w Polsce. Czy jego pomysły były na tyle nowatorskie, że gdyby szefował Lambdzie przez cała kadencję, pewne procesy emancypacyjne przebiegłyby szybciej? Czy wystarczyłoby mu zapału, a przede wszystkim czasu, żeby przewodzić organizacji, także po skończeniu studiów i podjęciu regularnej pracy?
Ponad rok po śmierci Artura Sieroszewskiego w miesięczniku „Inaczej” ukazał się wywiad z jego matką, która wspominała syna, a także radziła w jaki sposób młodzi geje i lesbijki mogą ujawniać się w domu: „Powinni spróbować porozmawiać z rodzicami. Nie ma sensu czekać, aż prawda wyjdzie na jaw. Myślę, że to właśnie zaskoczenie, gdy dowiadują się o homoseksualizmie ich syna czy córki, wywołuje u nich tak ogromny szok. Jeśli odpowiednio wcześnie uda się dzieciom przekonać rodziców, że są wartościowymi ludźmi, że ich otoczenie jest na poziomie, to nie powinno być większych problemów. Recz jasna wymaga to odwagi, taktu, czasu... […] Homoseksualizm nie jest żadną wadą, a tylko często bywa na taką kreowany z powodu niewiedzy i braku tolerancji. Nigdy nie powinien stać się powodem zerwania więzów rodzice-dzieci. Wiem dobrze, co to znaczy stracić syna...”.
Matka Sieroszewskiego zdradziła, że syn swoją pracę magisterską poświęcił kwestii tolerancji dla gejów i lesbijek, mówiła także w jaki sposób jej udało się bez problemu zaakceptować homoseksualizm Artura: „dla mnie najważniejsze było szczęście syna. Jeśli on nie chciał mieć dzieci, to dlaczego ja miałabym tego egoistycznie wymagać. Zdawałam sobie sprawę, że Artur może w życiu napotkać rozmaite przeszkody (jak każdy), ale właśnie dlatego dawałam mu swoje wsparcie, aby wspólnie łatwiej je pokonywać. To rodzicielski obowiązek”.
W tym samym numerze „Inaczej” ukazała się informacja, że „powstała prywatna fundacja im. Artura Sieroszewskiego, której celem jest finansowe wspieranie wybranych akcji na rzecz środowiska homoseksualistów w Polsce”. Jak łatwo zgadnąć o fundacji szybko słuch zaginął. Za swoisty paradoks można uznać fakt, że wkrótce po śmierci Artura, Przewodniczącym Lambdy został znów Grzegorz Okrent. Ten sam od którego Sieroszewski przejął „masę niezałatwionych spraw, odium finansowych kłopotów i organizację, która stanęła właściwie na rozdrożu”.
Pisząc tekst korzystałem z następujących numerów starych pism gejowsko-lesbijskich: „Nie? Tak! Gayzeta”, nr 3 (grudzień '90 – styczeń '91); „Inaczej”, nr 22 (marzec 1992); „Okay”, nr 5 (grudzień '90) i 6 (styczeń '91).
Może właśnie dlatego, że starsze ciotki pełne są uprzedzeń wobec młodszych i często je traktują tak, a nie inaczej? ;)
Jedyny pozytyw z tego artykułu - pamiętajmy o autorytetach i bierzmy naukę z przeszłości. Niby banał, a czytając ww.artykuł chyba banał nieoczywisty.
Ja tak tego tekstu nie odebrałem. Autor nie pozwala sobie na ocene jednej czy drugiej osoby. Może jest trochę, tak że każdy doszuka się tego, czego chce się doszukać. Ja postrzegam tekst Krzyśka jako jedną z niewielu prób udokumentowania historii LGBT w Polsce.
Czy po przeczytaniu go uprzedziłam się do Grzegorza Okrenta a polubiłam A. Sieroszewskiego? Nie. Poznałam ich. Terach chętnie przeczytałabym wiecej o p. Grzegorzu.
flodując - widze, że nie poszło mi wszystko w ostatnim zdaniu... tzn. jak z Grzegorza z Lambdy, stał się Grzesiem z Utopii ;)
Czy po przeczytaniu go uprzedziłam się do Grzegorza Okrenta a polubiłam A. Sieroszewskiego? Nie. Poznałam ich. Terach chętnie przeczytałabym wiecej o p. Grzegorzu.
Jedyny pozytyw z tego artykułu - pamiętajmy o autorytetach i bierzmy naukę z przeszłości. Niby banał, a czytając ww.artykuł chyba banał nieoczywisty.