Kilka lat temu usłyszałam od mojej znajomej, dziś całkowicie „zdeklarowanej” lesbijki, takie oto słowa: „Nie znam żadnej lesby, żadnego geja, wprowadź mnie w ten świat. Jest za bardzo hermetycznie zamknięty, żebym z tej pipidówy złapała z nim jakikolwiek kontakt...”
Dobry chłop - bo pije mniejDziewczyna z małej wioski, podporządkowanej rządom proboszcza, może mieć problem z odnalezieniem się w świecie. Z jednej strony słyszy ciągle „Pomyślałabyś o jakimś mężu, co we wsi powiedzą?”, z drugiej zaś czuje, że coś nie do końca jest tak, jakby tego chcieli inni. Wielki świat jest jednak miejscem odległym od tego, gdzie kobiety rozmawiają o tym ile jajek zniosły ich kury, a mężczyźni porównują ceny traktorów. Najgorsi są jednak starzy kawalerowie. Jak twierdziła kilka lat temu znajoma - w wiosce panuje przekonanie, że jeżeli dziewczyna nie ma męża, mimo że osiągnęła już wiek akuratny do zamążpójścia, wtedy próbuje się ją swatać z tym „kto jest pod ręką”. Matka, ojciec, cała rodzina - niekończące się pielgrzymki przypominające raczej akwizytorów oferujących dość dobry model męża, który ma dwadzieścia krów, lub też krów tych nie posiada wcale, ale za to pije mniej niż inni we wsi i dzięki temu przy gospodarce może być pomocny.
Powodów do wstydu na wsi zawsze bywa więcej niż w mieście. Nie jest to jednak wielkie odkrycie. Tu ludzie wiedzą, że sąsiad co rano kupuje odtłuszczone mleko, a sąsiadka smaruje się samoopalaczem. Każde odchylenie od normy jest więc tym mocniej nagłaśnianie. Niech Bóg broni kobietę, która z podróży do Kenii, zamiast kolorowych paciorków, przywiezie czarnoskórego mężczyznę. Lesbijki zaś nawet Bóg w oczach mieszkańców wsi nie obroni - przecież proboszcz powiedział co się z takimi ludźmi dzieje…
Lesbijki mieszkające na wsi wiedzą, że coś tu jest nie tak, ale do pewnego momentu są zamknięte w bańce. Przez jej ścianki dostrzegają inny świat, ale w wielu przypadkach nie wiedzą jak się do niego przedostać. Tak właśnie było z moją znajomą, która bała się przejść na drugą stronę. „W dużym mieście wystarczy ot tak po prostu, jeżeli się jest ciekawym, iść do jakiegoś klubu. Jeżeli ktoś jest ze wsi to po pierwsze nie zna tych klimatów, tego świata i boi się ośmieszenia”. Strach jednak dotyczy nie tylko takiej kwestii. Doskonale wiemy, że w społeczności LGBT pewne rzeczy często dzieją się bardzo szybko. Wiemy też, że nie każdy akceptuje, gdy jego partner/ka zbyt długo ukrywa się przed światem. Zwłaszcza, jeżeli samemu nigdy wcześniej nie miało się problemów z akceptacją siebie, a i otoczenie było dość przyjazne.
Wejście w nowy świat, poznanie kogoś, a co za tym idzie - możliwość związku - dla osoby z małego miasteczka lub wsi to często nie lada wyzwanie. Dlatego też osoby te często uciekają z małych, jak to się zwykło mawiać - zabitych dechami - miejsc, w których wszystko musi być poukładane według tradycji i moralnych nakazów.
Smak nowegoUwolnić można się na wiele sposobów: poprzez wyjazd w poszukiwaniu lepszych zarobków, wyjazd na studia czy też zwyczajną chęć rozpoczęcia nowego życia. To właśnie wtedy zaczyna się przygoda z nieznanym. Pójście do klubu w sobotni wieczór, dla zdeklarowanych lesbijek, mieszkających w dużym, anonimowym mieście, to nic nadzwyczajnego. Pamiętam jednak, gdy próg warszawskiego klubu po raz pierwszy przekroczyła opisywana tu znajoma. Dla osób takich jak ona klub homoseksualny nigdy nie będzie zwykłym klubem. To miejsce zawsze będzie budziło podniecenie, ciekawość, ale też i lęk. W naszym małym, nadwiślańskim kraju nawet w miastach panuje wiele iście zabobonnych przekonań. Wieś stanowi ich centrum. Wraz z przedstawieniem partnerki Baśki - w jej rodzinnym domu pojawiły się przy okazji rogate diabły, Belzebuby i inne wytwory, którym winny był homoseksualizm mojej znajomej. Ten, kto nie przeżegnał się przechodząc koło ich domu, stawał się przeklęty na wieki…
Zostań sobąJedni wychodzą z szafy, inni, jak to podsumowała Baśka, z komórki, którą można spotkać na wsi, na niejednym podwórku. Taka komórka ma podwójne drzwi, często nawet zamek antywłamaniowy. O wiele trudniej jest przyznać się do siebie przed zamkniętą w sobie małą społecznością. Trzeba też pamiętać o tym, że tradycja w wielu przypadkach zostaje bardziej zakorzeniona w osobach mieszkających na wsi. Osoby takie stają nagle oko w oko ze swoją moralnością i sumieniem. Spisać się na straty we własnej wsi nie jest tym samym co uciec od rodziny z jednego osiedla na drugie. Przez lata nie zanikają niewidzialne więzy łączące mieszkańców jednej wioski. Wdarło się w nie co prawda więcej obłudy, jednak nadal w wielu przypadkach mieszkańcy wspólnie czują się odpowiedzialni za obraz ich wioski. Lesbijka psuje ramy tego obrazu. To temat podwójnego tabu, zwłaszcza dla ludzi starszych, dla których świat jest tylko tym, co w niedzielę z ambony wygłosi ksiądz. Bycie lesbijką, która akceptuje siebie w takiej rzeczywistości, jest aktem odwagi. Odwagi potrzebnej do zerwania łańcuchów...
Anna Krystowczyk - Miłośniczka starych filmów, jazzu i fotografii. Skryta kochanka Zdzisława Beksińskiego, marząca o wyjeździe do Indii.
Kiedyś autorka bloga, w którym pół żartem - pół serio ujmowała bieżące i minione sprawy z życia LGBT.
Pół roku opóźnienia, ale aż się z wrażenia zakrztusiłam.
W życiu! Ta wielka rodzina nie wyrzuci cię za alkoholizm czy zdradzanie żony (ale za zdradzanie chłopa już całkiem możliwe), ale za homoseksualizm? Jeszcze się całej rodzinie może oberwać, że zboczeńca wychowała! Chyba, że rodzina się ładnie odetnie i będzie mocno o nawrócenie modlić, to może zaczną im czarnej owcy współczuć... Homoseksualny krewny to wstyd dla całej rodziny i trzeba go ukrywać, bo jak sąsiedzi się dowiedzą, to będzie chryja w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.
Jestem z podlaskiego miasteczka, gdzie prawie wszyscy mieszkańcy to powojenni imigranci z pobliskich wiosek. Jest normalniej niż na wsi, ale tylko trochę. I mimo że kocham to miejsce, lubię tę atmosferę, przywykłam do tego, że prawie wszyscy się znają... Mimo, że od roku mieszkam w Warszawie, dalej utrzymuję kontakty raczej z ludźmi od nas, a nie ze studiów. Od tego się nie da odciąć.
A czasem chciałoby się. Nigdy nie zapomnę, jak w czasie jakiegoś weselicha jedna z bardziej rozmownych krewnych poinformowała mnie, że krewna mojego ojca popełniła straszliwą zbrodnię poślubiając swojego męża. Bo on z dworskiej wsi jest, a ona z gospodarzy. Dodajmy, że oboje są po pięćdziesiątce...
Sama swój comming out wstrzymałam w momencie, gdy uświadomiłam sobie, co to oznacza dla mojej rodziny. Najbliższym powiedzieć mogę, ale narażanie ich na takie przykrości byłoby skrajnym egoizmem.
Koniec końców, chyba nie mam aż tak wielu powodów do narzekań.. moja rodzinka -dzięki Bogu!- stara się trzymać z daleka od wiejskiego kościółka. W mieście o wiele przyjemniej i brak wysłuchiwania : " a pani zdaje się w ostatnią niedzielę nie widziałem na mszy".
Wrocław..Taak, ale za trzy (aż trzy!) lata :D
zastanawiam sie co masz na mysli, bo afektacja to przesada w okazywaniu uczuc, a tutaj uczucia nie sa tematem dyskusji.
Dobrze chyba znamy kawal o lesbijkach...
" Co lesbijki przynosza na druga randke? .... meble"
To chyba mam szczęście bo jeszcze się z taką patologią nie spotkałam;-)
Dobrze chyba znamy kawal o lesbijkach...
" Co lesbijki przynosza na druga randke? .... meble"