Gdy z okazji tegorocznych Walentynek przygotowywaliśmy z Radkiem Oliwą i Krzyśkiem Tomasikiem opisy najpiękniejszych gejowskich i lesbijskich historii miłosnych, nie znaliśmy jeszcze losów uczucia Stevena Russella i Phillipa Morrisa, na których oparto film „I love you Phillip Morris” – premiera: 21 maja 2010 r. Gdybyśmy je znali, pewnie włączylibyśmy je do tekstu.Ich wielka miłość nie ma happy endu. Nie przeszkadzało to jednak twórcom ująć jej w formie komedii (z elementami dramatu). Sam tytułowy Phillip był nawet konsultantem w produkcji. A Steven, który niezliczoną ilość razy brawurowo uciekał z więzienia, by być ze swym ukochanym – dziś 53-letni, odsiaduje 144 letni wyrok pod ścisłym nadzorem. Zyskał przydomek współczesnego Houdiniego. Jest uznawany za jednego z najgenialniejszych oszustów w historii.
Gejowski HoudiniBył dzieckiem adoptowanym. Wyrósł na przystojnego policjanta, konserwatywnego teksańskiego męża i ojca, który… „dorywczo” uprawia seks z facetami. Wypadek samochodowy sprawia, że Steven robi błyskawiczny rachunek sumienia i ujawnia się. Natychmiast - już przed pielęgniarzami karetki, która wiezie go do szpitala: Dosyć kłamstw! Jestem gejem! Szybki rozwód i hop! Już widzimy Stevena na Florydzie z pięknym Jimmy’m u boku. Okazuje się, że prowadzenie „gejowskiego stylu życia” kosztuje trochę więcej niż bycie „mężem i ojcem”, ale Steven ma IQ 163 i niebywały talent do wiarygodnego oszukiwania. Zaczyna od zwykłych przekrętów ubezpieczeniowych, ale potem rozwija skrzydła na tyle, że ląduje w więzieniu. W którym jednakowoż aklimatyzuje się bardzo szybko, stając się przemytnikiem na wielką skalę. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, że w więzieniu spotyka delikatnego Phillipa. Świetna scena ich pierwszej rozmowy nie pozostawia wątpliwości: to prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Dalsza część sekwencji więziennej rozgrywa się więc pod hasłem „miłosna sielanka”. Dzięki koneksjom Stevena, chłopaki szybko lądują w jednej celi. Phillip czekał na ten moment tak długo, że wita Stevena krzycząc „Let’s fuck!” i czym prędzej rozpina mu rozporek. Sielanka jednak się kończy, gdy Steven zostaje przetransportowany do innego więzienia. To wtedy pada tytułowe wyznanie…Chłopaki jednak zejdą się niebawem. Ba! Wyjdą na wolność a Steven w swych przekrętach osiągnie mistrzostwo…
Jim i Ewan, za ostro!„I love you Phillip Morris” Glenna Ficarry i Josepha Roque’a miał prapremierę na początku 2009 r. na festiwalu kina niezależnego w Sundance, gdzie zebrał znakomite recenzje. Ale dystrybutorzy nie ustawili się w kolejce do kupna filmu. Przeciwnie: prasa branżowa informowała, że ze względu na „śmiałe sceny homoerotyczne” obraz ma trudności z wejściem do szerokiej dystrybucji. W końcu znalazł się śmiałek – firma Freestyle Releasing, która kilkakrotnie przekładała termin premiery w USA. Wciąż nie jest on znany. Tymczasem film – podobno w przemontowanej wersji - zawitał do bardziej liberalnej Europy. Miłośników męsko-męskiej erotyki wypada jednak ostudzić: ostrych scen nie ma. Wydaje się, że amerykański problem wynika raczej z faktu, że to wielki gwiazdor Jim Carrey, idol dzieci i nastolatków, jest w tym filmie szczęśliwym, zakochanym gejem – całuje się z facetem, tańczy z nim, uprawiają seks itd., ale to wszystko pokazane jest raczej lajtowo („Queer as folk” jest dużo ostrzejsze).
To nie jest „komedia z Jimem Carreyem”Trzeba przyznać, że Carrey stara się nie być tym Carreyem, którego znamy z „Psiego detektywa” czy „Głupiego i głupszego”. Nie zawsze mu to wychodzi – w kilku scenach jego znak firmowy – niepohamowana mimika – daje o sobie znać. Ale generalnie nie jest źle. Natomiast prawdziwym majstersztykiem jest robota Ewana McGregora – naprawdę znakomitego w roli miękkiego, sentymentalnego, ale nie przegiętego, nie „ciotowatego” Phillipa Morrisa.
Film ma rewelacyjny początek i troszkę „siada” w środku, gdy kolejne ucieczki Stevena kończą się monotonnie: kolejnymi zamknięciami – ale pod koniec mamy hit Stevena numer 1 - przekręt wszelkich przekrętów (nie będę zdradzał, ale naprawdę robi wrażenie). Poza tym, na wyobraźnię działa fakt, że ta historia jest… faktem właśnie – wydarzyła się naprawdę. Bez tej wiedzy pomyśleć by można było, że scenarzysta „I love you…” musiał mieć naprawdę mocny odjazd, by napisać coś tak nieprawdopodobnego.
Geje to nie jest marketingowy targetDystrybutor „I love you…” – firma Monolith ukrywa homoseksualizm obu głównych bohaterów filmu. W materiałach promocyjnych nie wspomina o tym, co napędza całą akcję czyli o ich miłości. Jak to zrobić, żeby opisać „I love you…” bez gejostwa? No, owszem, trzeba się pogimnastykować:
Pełna humoru i zaskakujących zwrotów akcji niezwykła historia, która wydarzyła się naprawdę. Steven Russell (Jim Carrey) prowadzi przykładne życie dobrego męża, funkcjonariusza policji i praworządnego Amerykanina. Pewnego dnia wszystko ulega jednak kompletnej zmianie – Steven ma wypadek samochodowy i od tej pory postanawia zacząć żyć pełnią życia, bez oglądania się za siebie. Wpada na szalony pomysł pozorowania wypadków, za które wyłudza duże sumy odszkodowań. Seria nieprawdopodobnych oszustw zostaje przerwana, kiedy Steven trafia do więzienia. Tam poznaje swoje zupełne przeciwieństwo - wrażliwego i spokojnego Phillipa Morrisa (Ewan McGregor). Co w obliczu tego spotkania zrobi ukrywający się po płaszczykiem zwariowanego naciągacza Steven, tak naprawdę charyzmatyczny indywidualista i geniusz o ogromnej inteligencji?
Trudno podejrzewać Monolith o homofobię – to pewnie raczej kalkulacja rynkowa, z której wynika, że aby przyciągnąć widzów do kin, należy przed nimi ukrywać homoseksualizm bohaterów. Co z kolei oznacza, że ci widzowie, którzy czekają na filmy z wątkami gejowskimi, nie stanowią poważnej rynkowej siły, bo dystrybutor nie odwołuje się do nich.
Premierze filmowej towarzyszy premiera książki Stevena McVickera, na podstawie której oparto scenariusz filmu i co ciekawe, wydawnictwo Znak podaje kawę na ławę:
„(Steven Russell) pewnie pozostałby nieuchwytny, gdyby nie obsesyjna miłość do jednego ze współwięźniów - Phillipa Morrisa...”. A więc czytelnikom można już wprost proponować książkę o gejowskim związku, a widzom – jeszcze nie?
Całkowicie się zgadzam z przedmówcą, film nietuzinkowy, Ewan wygrał wszystkie nagrody u mnie swoją grą aktorską ;) był prześwietny, Jim oczywiście jak zawsze zjawiskowy. Polecam wszystkim.
no ale cóż, niektórych bawi another gay movie, więc co się dziwić moim przedmówcom.