Powiedzmy otwarcie: George Michael nic już nie musi. Wszystko co ma, wydziergał własnoręcznie, nie unikając przy tym bynajmniej potknięć i pomyłek. Koniec końców sprzedał kilkadziesiąt milionów płyt, dorobił się coś około 100 milionów funtów, do końca swoich dni mógłby luksusowo żyć z samych tantiemów... W ramach czczenia ćwierćwiecza działalności wydał kolejną kompilację z badziewiastą okładką, wyprodukował film autobiograficzny oraz ruszył na gigantyczną trasę koncertową...
- Marcin Pietras -
Powiedzmy otwarcie: George Michael nic już nie musi. Wszystko co ma, wydziergał własnoręcznie, nie unikając przy tym bynajmniej potknięć i pomyłek. Koniec końców sprzedał kilkadziesiąt milionów płyt, dorobił się coś około 100 milionów funtów, do końca swoich dni mógłby luksusowo żyć z samych tantiemów, wtulony w swego niebawem ślubnego. Podczas gdy stado efemerycznych gwiazdulek jednego sezonu triumfalnie ogłasza zmianę producenta lub w desperacji goli się do łysego, Georgie spokojnie popala trawkę, odwala godziny prac społecznych, lawiruje artystycznie od jednej składanki do drugiej, i ze spokojem cyka pojedynczymi nowymi utworami raz na kilka lat. Może to i zresztą lepiej, bo robią się coraz bardziej plumkająco-nijakie, chyba że kolejny album, przewidziany na koniec roku, zaprzeczy wrażeniu wypalenia twórczego. Chociaż akurat i tak mamy do czynienia z artystą formatu, który nawet poranne skacowane jęki wyniósłby na poziom, nieosiągalny dla większości syntetycznych produkcji muzycznych ostatnich sezonów.
Póki co wokalista realizuje się więc w celebracji używek, swojego prawie już małżeńskiego pożycia oraz dwudziestopięciolecia działalności artystycznej. Mimo niepokojących sygnałów utraty kontroli nad nałogami, zawodowo i profesjonalnie wciąż mocno stoi na obu nogach. W ramach czczenia ćwierćwiecza działalności wydał kolejną kompilację z badziewiastą okładką, wyprodukował film autobiograficzny oraz ruszył na gigantyczną trasę koncertową, w ramach której efektownie i masowo zainaugurował ostatnio zmodernizowany stadion Wembley.
Tak się składa, że będziemy mieli okazję stać się częścią obchodów: niemal jednocześnie na ekrany polskich kin wejdzie filmowa (auto)biografia artysty, a on sam stanie oko w oko z publicznością na scenie wystawionej na warszawskim Służewcu. Jedno i drugie wydarzenie warte jest uwagi.
Co do premiery niezbyt już świeżego filmu Different Story (7 lipca) trudno nie odnieść wrażenia, że pojawia się na ekranach z okazji wizyty jego bohatera. To rzetelna, wielkoekranowa powtórka z kariery artysty - chronologicznie i starannie uporządkowane wydarzenia, teledyski, premiery. Wham, megasukces, rozstanie, proces z wytwórnią płytową. Przed kamerą przewijają się przyjaciele, swoje trzy grosze dorzucają Boy George, Elton John, a nawet ojciec wokalisty. Jeśli coś wyróżnia ten dokument od innych biografii muzycznych, to otwartość, z jaką George Michael traktuje własną prywatność, zwykle bardzo starannie chronioną (przypadki publicznego dopalania nastąpiły później). Dowiadujemy się więc o miłościach utraconych (wieloletni partner, matka), ale też odnalezionych; o wieloletnim zamieszaniu wokół coming-outu, skandalu policyjno-toaletowym i wszelkich jego następstwach. Fakt, obraz koncentruje się właściwie wyłącznie na racjach artysty i jego wizji wydarzeń, ale w końcu za własną kasę może sobie na to pozwolić. Inna rzecz, czy podobne wynurzenia to temat na kino, ale nawet jeśli nie, to prędzej czy później na pewno warto obejrzeć.
Natomiast koncert w ramach '25 Tour' to typowe one man show (11 lipca), w którym George Michael czuje się najlepiej, acz tym razem w bombastyczno-pirotechnicznym wydaniu. Wokalista niejednokrotnie dowiódł już, że jest wykonawcą wszechstronnym, który z równym stopniu sprawdza się w wielkich rokowych widowiskach, jak i w kreowaniu intymnych nastrojów przy romantycznych balladach unplugged. Choć oprawa sceniczna najnowszych koncertów błyszczy, eksploduje i pulsuje krajobrazami na ogromnym, świetlistym ekranie, i tak liczy się przede wszystkim muzyka, po której na szczęście wiadomo czego się spodziewać. Bo GM to jak mało która postać show-biznesu jednocześnie znak towarowy, który nie tylko pięknie opalizuje, ale jest także znakiem jakości Q i - co ważne - doskonale się sprzedaje. Można więc iść o zakład, że już wkrótce fanów artysty czeka doskonała relacja DVD. Na pociechę wszystkim, którzy spóźnili się z zakupem drogocennych biletów, które zresztą rozeszły się jak świeże bułeczki.
mea culpa!
Szkoda, że w Tym Artykule na IS, został On raczej skrytykowany za swój sukces, a jego osoba została skrytykowana... za co?