Kiedy w 1989 roku Allan Carr otrzymał propozycję produkowania gali oskarowej, jedno było wiadomo na pewno: gość miał styl i umiał rozkręcić każdą imprezę(...) Szukając inspiracji na wieczór, który miałby stać się wizytówką i zwieńczeniem dotychczasowej kariery, Carr udał się do San Francisco, gdzie od lat nie schodził z afisza kampowy show Beach Blanket Babylon: typowo ciotowski, popowy konglomerat, wyszydzający papkowatość i miałkość masowej kultury, a jednocześnie ją admirujący, hołubiący i podnoszący do rangi absolutu - jednym słowem coś co geje potrafią najlepiej...
- Marcin Pietras -
Kiedy w 1989 roku Allan Carr otrzymał propozycję produkowania gali oskarowej, jedno było wiadomo na pewno: gość miał styl i umiał rozkręcić każdą imprezę.
Zanim w latach 70. został producentem, menadżerował sławom ówczesnej piosenki i filmu jak Peter Sellers, Herb Alpert, Paul Anka, Tony Curtis. Potem wypromował Gorączkę sobotniej nocy - tak skutecznie, że otrzymał przepustkę do fabryki snów. Trafiwszy do hollywood filmy kręcił marne. Nawet jeśli Grease doczekał statusu kiczu kultowego, to pozostałe tytuły nominowane były do miana najgorszych. Warto nadmienić - bo nie pozostanie to bez znaczenia dla dalszego toku opowieści - że należał do nich paradokument o Village People, Can't Stop the Music.
Za to showmanem Carr był doskonałym. Niski, przy tuszy, w typie urody szelmowskiego amorka w designerskich okularkach, zawsze w kamizelce, todze lub smokingu, z daleka słyszalny dzięki energicznemu stukaniu trzcinowej laski. Słynął z wystawnych bankietów i balang oraz umiejętności skutecznego kreowania wydarzeń. Z promocją własnej osoby na czele.
Jego żywiołem była scena, i to ta najbardziej rozszalała, o czym świadczy nagroda Tony dla musicalowej adaptacji Klatki szaleńców z 1984 roku. Także z Oskarami Carr miał już sporo do czynienia, podejmując się na przestrzeni lat promocji wielu tytułów, pretendujących do nagrody. Powiadało się, że sukces medialny obsypanego statuetkami Łowcy jeleni, to w dużej mierze miara jego skuteczności.
Połączywszy jedno z drugim trudno się dziwić, że znużeni coraz większą statycznością oskarowej gali szefowie Akademii Filmowej wybrali Carra, żeby podźwignął zmurszałe widowisko, odświeżył, odmłodził i nadał sznytu. Nie przeliczyli się, tyle że efekty przerosły oczekiwania wszystkich, a Carra w szczegółności: ten jeden wieczór pogrążył go i brutalnie zakończył efektowną karierę.
Rewolucja zaczęła się od pierwszych posunięć: przeniesienie gali do dużo większego Shrine Auditorium, generalny remont (Carr na wejściu stwierdził, że w ogóle nie będzie pracował w tym miejscu, dopóki w budynku nie zostaną odnowione... toalety). Dla wygody imponującego grona gwiazd, które zgodziły się wziąć udział w uroczystości, przygotowany został greenroom, na którego widok szczęki opadały ponoć bywalcom najlepszych nowojorskich klubów. Purpurowa kurtyna obszyta została 50.000 kryształowych paciorków. I tak dalej, i tym podobne. Więcej, mocniej, krzykliwiej i baaaardzo błyszcząco.
Szukając inspiracji na wieczór, który miałby stać się wizytówką i zwieńczeniem dotychczasowej kariery, Carr udał się do San Francisco, gdzie od lat nie schodził z afisza kampowy show Beach Blanket Babylon: typowo ciotowski, popowy konglomerat, wyszydzający papkowatość i miałkość masowej kultury, a jednocześnie ją admirujący, hołubiący i podnoszący do rangi absolutu - jednym słowem coś co geje potrafią najlepiej.
Sposobem na ożywienie oskarowej gali stało się więc przyswojenie estetyki kampu. Pech Carra chciał, że dostał całkowicie wolną rękę, w której używaniu nie znał umiaru. Po pierwszych 12 minutach uroczystości Carr był skończony, a po jej zakończeniu Akademia musiała się tłumaczyć i przepraszać, powołana została komisja akademii, by wypracować procedury, zapobiegające podobnym samowolkom w przyszłości. W czym tkwiła istota skandalu?
Oś dramaturgiczna sekwencji otwierającej opierała się na wprowadzeniu postaci królewny Śnieżki i ukazaniu z jej perspektywy wydarzeń i osobistości filmu poprzez wieki. W efekcie na scenie rozszalały się egzotyczne tancerki z owocami na głowie, pląsające stoły restauracyjne, między którymi w charakterze ozdobników poutykane zostały wiekowe legendy kina, przeganiane na prawo i lewo, do których z kolei goliat amerykańskiej telewizyjnej rozrywki, Merv Griffin, odśpiewał swój antyczny przebój pod co najmniej dwuznacznym w tym kontekscie tytułem I've Got A Lovely Bunch of Coconuts.
Miarę skandalu przebrała część numeru, w której do Śnieżki dołączył w charakterze królewicza z randki w ciemno Rob Lowe, by odśpiewać z nią w duecie Proud Mary z tekstem, ilustrującym losy ślicznej królewny po porzuceniu świata kreskówek i krasnali, którzy najwyraźniej przestali jej wystarczać. Część układów choreograficznych z pewnością nie przystawała do wizerunku dziewczęcia ćwierkającego o poranku z wróbelkami.
Było jeszcze mnóstwo świateł, dekoracje wjeżdżały, zjeżdżały, po estradzie przetaczały się pstrokate tłumy, a balet (niezbyt) męskich szatniarzy fikał kankana do słów 'gdy trosk cię zatopi siedem mórz, czerwone szpile Judy Garland włóż'. Wreszcie z mrugającego projektora filmowego wyłoniła się Lily Tomlin, schodząc do publiczności z wdziękiem Kopciuszka zgubiła pantofelek, za którym następnie jakiś młodziak czołgał się po schodach w dół tylko po to, by cisnąć nim w widownię. Wsztstko to na oczach półtora miliarda telewidzów.
Potem było niewiele lepiej, choć już nie tak wystrzałowo. Spora część doborowego i wykwintnego towarzystwa, zaludniającego tego wieczoru audytorium, do końca nie bardzo wiedziała, o co chodzi w tym dziwacznym, parabrodwayowskim show. Obok spontanicznych oklasków nie brakowało niepewnych śmiechów, a chwilami głośnych gwizdów. Po zakończeniu gali na sali miała ponoć zapaść całkowita cisza.
Za to nazajutrz wszyscy wiedzieli doskonale, co powiedzieć. Zwłaszcza prawnicy koncernu Disneya, który oskarżył Akademię Filmową o naruszenie dobrego imienia i praw autorskich do Śnieżki. Poprzedni przewodniczący Akademii i megagwiazda, niejaki Gregory Peck, zagroził zwróceniem swoich dwóch Oskarów, jeśli kolejne gale będą wyglądały tak jak to bezeceństwo. Siedemnaścioro starogwardzistów, m.in. Julie Andrews, Sidney Lumet, Paul Newman i Billy Wilder, dało wyraz swojej dezaprobacie w liście otwartym na łamach prasy, w którym dosadnie nazwali wydarzenie 'kompromitacją przemysłu fimowego'. A Akademia tłumaczyła się, kajała, lustrowała i przepraszała, byle ograniczyć skutki kataklizmu.
W zalewie krytyki całkowicie utonęły reakcje pozytywne: owację po zakończeniu imprezy rozpoczął Bruce Willis, sam Ronald Reagan miał ponoć stwierdzić, że obejrzał najlepsze widowisko telewizyjne od lat (swoją drogą w rozrywce on akurat często dawał się złapać na ciotowskie błyskotki w sposób zupełnie nie przystający konserwatywnemu prezydentowi). W jego ślady poszli telewidzowie, uznając galę za najlepszą w pięciolatce. Także triumfator wieczoru, producent Rain Mana, stwierdził na piśmie, że oto ' do kina powróciła prawdziwa rozrywka'.
Tak czy owak doszło do skandalu, a Carr był skończony. Popadł w przewlekłą depresję i nigdy więcej nie pracował w Hollywood. Zmarł dekadę później na raka wątroby, na posadzie urzędnika. Nawet jego przyjaciele przyznawali, że grubo się przeliczył. Gigantomański musical, który miał stać się podwaliną legendy, ostatecznie przywalił swego twórcę z siłą kamienia nagrobnego. Jednak nawet jego najwięksi przeciwnicy przyznają, że w tej kakofonii gagów i pomysłów (zwłaszcza w kwestii organizacji scenicznej wieczoru) znalazło się sporo nowinek i rozwiązań, które doskonale sprawdziły się w następnych latach, a dziś należą do kanonu i oskarowej tradycji. Dość powiedzieć, że to właśnie Carr zmienił odwieczną formułkę 'and the winner is...' na 'and the Oscar goes to...' Po raz pierwszy na scenę wkroczyli styliści, kreujący spójną oprawę całego wieczoru, oraz zawodowi komicy do pisania zapowiedzi.
Koniec końców po ostygnięciu pierwszych erupcji gniewu i bulwersacji, w następnych latach wieczór oskarowy faktycznie zabłysł prawdziwie. Jak podsumował ktoś rozsądnie: trzeba było skandalu i szoku, by zmienić sposób myślenia i dostrzec nowe możliwości. A do wywołania takiego skandalu trzeba było prawdziwego wizjonera.
Tylko że jego po tamtym, pamiętnym wieczorze niewiele go to już dotyczyło.
kiedys z wielkim zainteresowaniem ogladalem gale oskarowe... fajne show bylo... ostatnie- poprostu koszmar... pelno polityki, pelno zielonych.... zenada... SHOW MUST GO ON... ??? TO NIE SHOW... TO POLITICAL CORRECT I KAMPANIA POLITYCZNA