Leżę nago, wygodnie w łóżeczku i oglądam telewizję. Christopher Lee wraz z gromadą wampirów w koszulach nocnych z lat sześćdziesiątych walczy z mnichami kościoła w Karpatach. Gdy hrabia Drakula oblizuje swe kły i kąsa kolejne dziewice, coś gryźć poczyna mnie także. Ale nie w szyję. O wiele niżej...
Leżę nago, wygodnie w łóżeczku i oglądam telewizję. Christopher Lee wraz z gromadą wampirów w koszulach nocnych z lat sześćdziesiątych walczy z mnichami kościoła w Karpatach. Gdy hrabia Drakula oblizuje swe kły i kąsa kolejne dziewice, coś gryźć poczyna mnie także. Ale nie w szyję. O wiele niżej. Usiłuję to ignorować myśląc o dwóch torebkach chipsów, które w trakcie filmu udało mi się skonsumować- oczywiście to zrozumiałe, że mnie swędzi, całe łóżko jest pełne okruchów; znów kolejny wieczór telewizyjny, po którym trzeba będzie posprzątać, przed pójściem spać.
Znowu gryzie i swędzi. Przeczesuję okolicę mojej pałki w poszukiwaniu resztek chipsów. Niczego jednak nie mogę znaleźć. Z irytacją odwracam się w stronę wampirów. W trakcie szalonego pościgu trumna z Drakulą zsuwa się z pędzącego pojazdu i zjeżdża do zamarzniętej fosy. Auuć. Znowu swędzi.
Słońce zachodzi- panicznie woła opat. Ja zapalam światło! Bohaterski młodzieniec pozostawiając opata i ukochaną na brzegu rusza odważnie na lód zbrojny tylko w osinowy kołek. Moją uwagę dzielę teraz między zachód słońca i owłosienie łonowe. Coś się poruszyło? Z kocim parsknięciem wyskakuje Drakula spod pokrywy trumny na młodego bohatera. Z mysim piskiem ja wyskakuję z łóżka wśród chmury chipsowych okruchów: bo odkryłem tam w dole coś małego, czarnego, i to się porusza! Zabij go!- woła dramatycznie młodzian do opata. Rozgniatam wredną kreaturę pomiędzy palcami. On już jest martwy- wyjaśnia opat, a młodej bohaterce udaje się wyrwać mu z ręki broń i wystrzelić w kierunku hrabiego, który śliniąc się lubieżnie dusi jej narzeczonego. W tak zwanym międzyczasie ja poszukuję lupy. Drakula chwieje się na lodowej krze, sycząc i wiosłując w powietrzu rękoma. Bohaterski młodzieniec przeskakuje na suchy ląd. Drakula traci równowagę i z krzykiem wpada w wzburzone odmęty. Ja odkrywam dzięki mej lupie oazę życia. Tuziny małych, krabo- kształtnych potworków maszeruje w podbrzusznym gąszczu mego owłosienia. Drakula tonie. Ja wskakuję pod prysznic, i podczas gdy pokrywa lodowa zamyka się nad wampirem na wieki (?), szoruję wielką ilością mydła me łono. Niech i mali krwiopijcy zginą w wodnych odmętach.
Po wyschnięciu wyłączam telewizor, siadam z lupą na łóżku i badam uważnie moje włoski, stwierdzając z przerażeniem, że te małe bestie nadal tam są. Oddycham głęboko i usiłuje wziąć się w garść. "Baby" szepczę do siebie, "najwidoczniej imprezki seksualne i gejowskie sauny pozostają nie bez śladu. Zostałeś napadnięty przez łonowe weszki. Wprawdzie jest to obrzydliwe, ale dla współczesnej medycyny to naprawdę nie problem. Teraz pójdziesz spać a jutro do doktora i już po strachu. Tylko spokojnie!
Potem wstaję z łóżka i wrzeszczę w niebogłosy.
Następnego dnia, rankiem siedziałem o ósmej przed wejściem do praktyki lekarza gejowskiego, który przyjmował dopiero od dziewiątej. Mężnie próbowałem ignorować swędzenie, które w ciągu nocy jeszcze się wzmogło. Tuz przed dziewiąta przyszła zaspana rejestratorka i mnie wpuściła. Wyjaśniłem, że chodzi o nagły przypadek, a ona na to, ze w nagłych przypadkach też będę musiał czekać, na jakąś lukę w terminarzu, nie potrafiła jednak bliżej określić, jak długo to czekanie miałoby trwać. "A co panu właściwie jest?"
- To już wyjaśnię panu doktorowi,- poczerwieniałem.
- Jak pan uważa.
Usiadłem i począłem się zastanawiać, dlaczego nawet w poczekalni lekarza dla gejów wykładane są te same durnowate czasopisma, jak w każdej innej przychodni. Właśnie, próbując się odprężyć, czytałem artykuł o hodowli cocker spanieli, zamieszczony w periodyku "Ty i Twój zwierzak", gdy powitał mnie jakieś znajomy głos.
- Nio, nio, a ciebie cóż tutaj sprowadza? Wysypka? Tryperek? Weszki?
Drgnąłem gwałtownie i spojrzałem w ozdobioną okularami twarz Stephana, pisanego przez PH, którego kiedyś poznałem w gejowskim klubie.
- Ja to ostatnio w Paryżu byłem, z powodów miłosnych się rozumie. Ach, la belle France! Wszystko jednak ma swoja cenę. Od mojego amour podłapałem les mendy de la łono. Jeżeli oczywiście łapiesz, o co mi biega. - Tu zachichotał porozumiewawczo a ja uśmiechnąłem się boleśnie. - Tutaj przychodzą same homiki, doktorek jest już w światku znany. Zanim się wysuszy na podbój sceny, zawsze należy usiąść w poczekalni, i od razu wiadomo, kogo wieczorkiem podrywać nie należy. Haha. Cóż to czytasz? Och, Spaniele! Czy już ci opowiadałem o tym Włochu, który porzucił mnie z powodu Cockersa? Zboczeniec, mówię ci, bla, bla, bla..."
Czym sobie na to zasłużyłem?
Po kilku godzinach,- a może to były lata?- Zostałem wreszcie wywołany i uciekłem do gabinetu, podczas gdy StePHan usiłował mi jeszcze wcisnąć swój nurem telefonu. Doktor okazał się niezwykle przyjaznym pięćdziesięciolatkiem pachnącym jakimś środkiem dezynfekcyjnym i niezwykle drogim After - Shave.
- Pan... eee... Neumann, no gdzież to nas boli?- spytał sponad okularowych oprawek.
- Boli to właściwie nie, raczej ... eee... swędzi. Tam w dole. Emm.
Doktor nałożył gumowe rękawiczki, wyciągnął lupę z szuflady i chciał sobie to dokładnie obejrzeć. Wyłowił kilka mend i położył je pod mikroskopem.
- Chce pan zobaczyć swych oprawców?
Po krótkim wahaniu zaryzykowałem spojrzenie. Wyglądały jak Alieny z trzeciorzędnego filmu science - fiction. Nie poczułem się przez to lepiej. Doktor przepisał mi płukanie, i zapewnił, ze taki atak mendaweszek to drobnostka, po czym z uśmiechem wyprowadził z gabinetu.
Wyszedłem z przychodni omijając przy tym dużym łukiem poczekalnię. Nie potrafiłbym znieść kolejnej historii StePHana. Prócz tego pałałem żądzą odwetu, nie mogłem się doczekać chwili, kiedy będę mógł obrzydliwe Alieny zatruć.
Gry przedłożyłem receptę w aptece, magister uśmiechnął się prostacko, co miało niby oznaczać poufnie i głośno spytał, czy nie potrzebuję przypadkiem prezerwatyw.
-Czy na tym świecie nie ma już poczucia wstydu i dyskrecji- odpaliłem mu i przeszyłem najbardziej zajadłym, pogardliwym spojrzeniem Joan Collins.
W domu wyskakuję z moich ciuchów, które natychmiast wraz z pościelą i wszystkimi ręcznikami wsadzam do pralki i gotuję. Do diabła z przepisami prania. Nacieram się cały szamponem i trutką na mendy. Równocześnie zakrapiam nią jedną weszkę na spodeczku. Taaaa! Pojmałem kilka wszy i odizolowałem na spodeczkach- z zemsty, oraz w celach eksperymentalnych.
Podczas gdy szampon zaczyna działać, wypróbowuję jak bestie reagują na ogień, płyn do czyszczenia kibelka, ocet, wódkę, moje najbardziej ostre noże kuchenne i kolekcję starych płyt Marleny Dietrich. Chyba rozwijam w sobie skłonności sadysty, To pewnie od tych filmów z wampirami, za dużo ich ostatnio widziałem- stwierdzam chłodno próbując równocześnie nabić weszkę na wykałaczkę.
Po godzinie ofiary mojej zemsty pokropione trutką leżą cichutko jak myszki. Chyba powinienem powiedzieć: jak weszki. To znak, że mogę zmyć szampon.
Cóż za ulga, czuję się tak czysty, taki wyjałowiony, taki dziewiczy. Włączam Like a Virgin Madonny i odprawiam taniec zwycięstwa po całym mieszkaniu. To taki prymitywny rytuał, tryumf człowieka nad pasożytecznymi kreaturami.
Wtem świerzbieć zaczyna znowu. Wyłączam Madonnę, jakbym w ciszy mógł lepiej widzieć, chwytam za lupę i szukam znowu. Nic. Kładę się pod lampą halogenową. Znowu nic. To chyba objawy psychosomatyczne. Albo podrażnienie skóry. W każdym razie swędzenie nie ustaje. Czuję, jak rośnie we mnie panika. One zmutowały! To odporne na wszelkie środki wszy łonowe z Czernobyla, które przywlókł tu jakiś steward z Aeroflot`u. W wypadku zagrożenia potrafią nawet być niewidoczne. Inaczej widziałbym je przecież. A może to jednak tylko moje zszargane nerwy?
Lepiej jednak nie ryzykować. Chwytam za brzytwę: to jedyne ostateczne rozwiązanie. Kilka minut później wyglądam jak dziesięciolatek, któremu członek zbyt duży urósł. A swędzi jeszcze gorzej. Właśnie usiłuję z pomocą lupy zbadać okolice łonowe pod światłem halogenu, gdy dzwoni telefon. To oczywiście mój stary przyjaciel Karol:
- Baby, wyobraź sobie, Stephan, przez PH, zadzwonił do mnie i powiedział, że spotkał cię rano u lekarza. Co ci jest, Biedaku? Chyba nie mendaweszki?
- Och Karol!- Zaszlochałem, to okropne. One zmutowały. Pożrą mnie. Albo jeszcze gorzej. Przemienią mnie w jednego z nich.
- To będę cię odtąd nazywał Gregor Samsa1. Baby! Uspokój się. Jesteśmy w realu, a nie dennym horrorze z 1955. To szampon daje takie skutki uboczne. W końcu to rodzaj chemicznej bomby, która eksplodowała w najdelikatniejszych miejscach. Kiedy ja miałem wszy łonowe po raz pierwszy i po kuracji nadal nie przestawało świerzbieć, tak spanikowałem, że ogoliłem sobie wszystkie włosy na jajkach. To był największy błąd, jaki mogłem popełnić. Tygodniami swędziało cholernie, bo włosy zaczęły mi odrastać. Omal nie oszalałem. Baby? Hallo? Jesteś tam jeszcze? Baby?
Powoli odłożyłem słuchawkę i bezmyślnie podrapałem się między nogami. Tygodniami będzie swędziało...
Nalałem podwójną wódkę i usiadłem przed telewizorem. Nadawali właśnie ciąg dalszy wczorajszego filmu o wampirach: wiarołomny kapłan uwalniał Drakulę z wilgotnego grobowca w fosie. Zmieniłem kanał. Miałem na zawsze dość wszelkich wampirów.
Tłumaczenie: Janusz Boguszewicz
Fragment książki: Baby Neumann - "Nicht zu fassen!" ("Nie do wiary!")
Wydawnictwo Querverlag, 2005
1Bohater sztuki F. Kafki, który obudził się pewnego dnia i stwierdził, że przemienia się w robaka. Super zabawa, szczególnie na filmowej adaptacji z lat 50-tych.
"Mendy" to wprost wymarzone określenie dla elit politycznych i wszelakich rządzących ... sam bym nic lepszego nie wymyslił. Musze jeszcze pójść do apteki albo składy środków ochory roślin czy może jest już w sprzedazy szampon na takie mendy albo jakiś spray. Oczyściłbym tymi specyfikami scenę polityczną przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi /jesli się nie pomyliłem co do charakteru tychże wyborów madchodzących/.