To że zawsze znajdą się ludzie wystarczająco mali, by trochę pooszczerzać - już przywykłem. Że nie brakuje takich, którzy połaszą się na kawałek cudzego - także. Że nasz kraj żyje od świętego uniesienia, do zinstytucjonalizowanego wniebowstąpienia - nic nowego. Wszystko to pikuś, do takiego oglądu rzeczywistości w tym kraju przywykłem już dawno. Niedługo potem jednak wydarzyło się coś, co na dobre dało mi do myślenia...
Nie opadł jeszcze kurz po warszawskiej Paradzie, już zaczęło się sypanie piaskiem w oczy. Posłanka została odsądzona od czci i wiary za sparafrazowanie słów jeszcze-nie-świętego Duchowego Patrona Narodu, politycy w niedzielny poranek telewizyjny prześcigali się w wyliczaniu wynaturzeń pokojowego przemarszu przez miasto, a w samym środowisku znów pojawiły się zaostrzone kijki, wskazujące precyzyjnie na zniknięcie jakichś kolosalnych kwot z prywatnych kont organizatorów Dni Równości. Już prawie okazywało się, że wszystko było nie tak, a podczas oficjalnej imprezy bawili się tylko cudzoziemcy, podczas gdy wybiedzeni polscy geje zmuszeni byli świętować w innych, daleko wystawniejszych, niż elita, klubach.
Wszystko to uznać można co najwyżej za przejaw polskiego folkloru, tak politycznego, jak i środowiskowego, na szczęście poddającego się w miarę obiektywnej weryfikacji: Posłankę można pociągnąć do sądu i ustalić jednoznacznie, obrażała uczucia, czy nie. Fundację można zlustrować i rozliczyć z każdej złotówki, co do centa, a chętni na udział w przyszłorocznym after party już teraz mogą odkładać równowartość jednego piwa miesięcznie, tak by nie musieli następnie świecić przed Niemcami czy innymi belgijskimi politykami trzeźwymi oczami (swoją drogą opłata rzędu 35 złotych raz w roku nie wydaje się zbyt wygórowana, nie takie kwoty od głowy płyną miesięcznie na pisemka i wjazdy do lokali w ciągu jednego weekendu.)
To że zawsze znajdą się ludzie wystarczająco mali, by trochę pooszczerzać - już przywykłem. Że nie brakuje takich, którzy połaszą się na kawałek cudzego - także. Że nasz kraj żyje od świętego uniesienia, do zinstytucjonalizowanego wniebowstąpienia - nic nowego. Wszystko to pikuś, do takiego oglądu rzeczywistości w tym kraju przywykłem już dawno. Niedługo potem jednak wydarzyło się coś, co na dobre dało mi do myślenia, a właściwie zmaterializowało kwestię, o której marginalnie zastanawiam się od dawna.
W odwiedziny przyszła zaprzyjaźniona lesbijka. Ostatni raz widzieliśmy się właśnie tuż po przemarszu, kiedy to oznajmiła, że całą grupą zamierzają wyruszyć wieczorem na miasto, do knajp, w których na pewno będzie się działo. Bo nawet bez wjazdu za 35,- złotych wszędzie szykuje się zapewne niecodzienna noc. No i teraz, po dwóch tygodniach, opowiedziała mi jej przebieg.
Nie wiemy, czy jak na stolicę była to noc codzienna, faktem natomiast jest, że we wszystkich miejscach, przybytkach gejowskich i ostojach uciskanej mniejszości, do których uderzyły kilkuosobową grupą, pokazano im drzwi. Nie dlatego, że były niewypłacalne. Nie dlatego nawet, że były nieodpowiednio ubrane, co i tak jest już wystarczająco kompromitujące dla miasta stołecznego, które próbuje równać do zachodnich standardów i nimi się zasłania, a nie chce nawet wiedzieć, że tuż za miedzą, w Berlinie, nikt w gejowskich knajpach nie słyszał o selekcji.
Otóż okazało się, że w tym wypadku przesiew idzie nieco głębiej i jakby w poprzek, bowiem lesbijkom odmawiano wstępu właśnie dlatego, że były lesbijkami. Knajpa gejowska to knajpa gejowska, i nie będą się tam żadne fizjologiczne kobiety szlajały. W jednym czy dwóch miejscach udało im się uprosić ochronkę i zostały wpuszczone, jednak wobec braku innych towarzyszek niedoli, szybko się ewakuowały (osobiście wiem co mają na myśli, bo przez długie lata i przy różnych okazjach obserwowałem knajpianą atmosferę wokół lesbijek).
Ostatecznie skończyły świętowanie Równości nad ranem w domu, wściekłe na siebie, miasto, ochroniarzy i jeszcze pół świata. Co nie było celem ich przyjazdu.
Zjawisko mniejszości w mniejszości nie jest wynalazkiem czysto polskim i to właściwie jedyne, choć mizerne usprawiedliwienie. Poznań jest w tym zakresie dosyć chlubnym wyjątkiem, bowiem w porównaniu z realiami innych polskich miast (w których miałem przyjemność zabawić) lesbijki są tu w przestrzeni publicznej i klubowej wyjątkowo aktywne i widoczne.
Ale nawet pomijając te czynniki trudno nie zapytać: jak to z tą Równością jest naprawdę? Czy znów nie robi się jakoś tak, że są równi i równiejsi (w tym wypadku równe i równiejsi)? Jak to jest, że - znów wrócę do Berlina - po CSD i przy różnych innych okazjach niemieccy geje i lesbijki potrafią świętować wspólnie?
Albo inaczej: czy nawet przy takiej okazji nie można się wznieść? Niby wiadomo, Senyszyn to jednak nie samo, co Wojtyła, ale skoro lesbijki pielgrzymują bezowocnie całą noc przez stolicę czterdziestomilionowego państwa środkowoeuropejskiego, to o czym była ta parada? I kto maszerował po ulicach kilka godzin wcześniej? Czyżby faktycznie głównie heteroseksualiści?
Marcin Pietras
Zreszta i tak nie chadzam do klubow ktore cos takiego wprowadzily