Pod budynkiem Sejmu nic nie zapowiadało jeszcze skali wydarzenia, przestrzeń zamknięta ze wszystkich stron nie pozwalała ogarnąć całokształtu rozgwarzonego zbiorowiska. Dawało się jednak wyraźnie odczuć, jak z minuty na minutę pogodny tłumek gęstniał, tumult nieco narastał, m.in. za sprawą muzyki, puszczanej z platformy...
Tegoroczna parada rozpoczęła się dla mnie raczej niefortunnie, od niemożności odnalezienia pozostałej części delegacji IS, bo - rzecz jasna - jak paradować, to w kupie. Dzięki temu zyskałem jednak niepowtarzalną możność przyjrzenia się przemarszowi z każdej strony, i za to głównym winowajcom mojego spóźnienia na miejsce zbiórki serdecznie dziękuję (i niech teraz mi ktoś wytknie, że jestem pesymistą...:)
Pogoda dopisała wyjątkowo - jeszcze poprzedniego wieczora w Warszawie było bardzo chłodno i deszczowo. Teraz słońce rozświeciło się prawdziwie jak na prawie-już-lato przystało.
Pod budynkiem Sejmu nic nie zapowiadało jeszcze skali wydarzenia, przestrzeń zamknięta ze wszystkich stron nie pozwalała ogarnąć całokształtu rozgwarzonego zbiorowiska. Dawało się jednak wyraźnie odczuć, jak z minuty na minutę pogodny tłumek gęstniał, tumult nieco narastał, m.in. za sprawą muzyki, puszczanej z platformy.
Ostatnie poszukiwania znajomych, namierzanie się przez komórki. W końcu krótko przed wpół do drugiej pada hasło: "musimy ruszać".
Dudniąca platforma wbija się klinem w rozstępujące się zbiegowisko. Skręca w uliczkę, ludzie, nieco rozproszeni jej przejazdem i na początku nieco zdezorientowani, szybko wypełniają przestrzeń tuż za nią.
Początki trasy wiodą wąskimi wąwozami ulic. Korowód przemieszcza się niespiesznie, z tyłu zamyka go druga platforma, też atakująca zdecydowanymi rytmami, ostrzejszymi niż z przodu. Maszerujący zaczynają się rozglądać, w jakim towarzystwie się znaleźli.
A jest różnorodnie: pary gejowskie, mieszane, grupki znajomych, starsi, młodsi, zwyczajni i pstrokaci. Sporo osób prowadzi rowery, inni znowu przyszli ze zwierzakami, niektóre (zwłaszcza małe buldożki) budzą szczególne zainteresowanie. W oczy rzuca się grupka anarchistów, w czarnych strojach ninja, z zamaskowanymi twarzami, wznosząca antyfaszystowskie okrzyki.
Pośrodku króluje olbrzymia tęczowa flaga, niesiona przez kilkanaście osób, podpierana także od spodu. Wokół mniejsze, i transparenty: 'KOBIETY, WKURZCIE SIĘ', 'MODEL RODZINY - JAREK + KOT', 'JAREK MA KOTA, MIRIAM MA PTAKA' - to te najbardziej radykalne, zaczepne. Inne doskonale podsumowuje pewna angielska tablica 'LOVE IS A BASIC HUMAN RIGHT'.
Wąskie jezdnie i chodniki zacieśnieją pochód i sprawiają, że teraz jesteśmy obserwowani bardziej z góry, niż przez ciekawskich przechodni. W oknach, na balkonach - mieszkańcy mijanych domów. Nie pada złe słowo, wielu macha, przekrzykuje się żartobliwie z uczestnikami kolorowej manifestacji, którzy zapraszają do siebie. Starsze panie odkrzykują: 'nie możemy, jesteśmy schorowane'.
Przebijam się do przodu pochodu. Pierwsza platforma gra dobrą muzykę, chwytliwe hity, będące jednocześnie rodzajem znaków, ikon kultury gejowskiej (dużo Madonny). Na górze podrygują oficjele (Szyszkowska) i organizatorzy.
Kiedy skręcamy w Marszałkowską, przepuszczam kawalkadę do przodu. Znów przyglądam się spokojnemu marszowi zwartej masy ludzi. Panuje atmosfera pikniku. Pośrodku tłumu rozbrzmiewają od czasu do czasu dźwięki trąbek - to dwoje wschodnich artystów improwizuje skoczne takty. Dopiero pod koniec peletonu zauważam twarze niemieckiej telewizji. Maszerują w niebieskich koszulkach z napisem Europa = Tolerancja.
Przepuszczenie całego korowodu zajmuje mi dobre dwadzieścia minut, może więcej. Mija mnie platforma lesbijek, otoczona roztańczonymi ludźmi. O ile na początku zamykała pochód, teraz idzie za nią jeszcze tłum na tyle spory, że na samym końcu zupełnie nie słychać już muzyki. Ludzie maszerują tu w całkowitym spokoju, niemal ciszy.
Bokami pochodu sunie rząd policjantów oraz porządkowi, upominający, by nie wchodzić na torowiska. Na pasie obok niewielki ruch, ale czasem z okien przejeżdżających samochodów padają słowa wsparcia, pojawiają się znaki wiktorii. Pasażerowie uwięzionych tramwajów obserwują atrakcję z niejakim znużeniem. Co mówią zgromadzeni po drugiej stronie ulicy, dowiemy się dopiero z telewizji.
Na próżno szukać jakichś większych prowokacji. Paradę ubarwiło kilka drag queenów, dało się wypatrzeć trochę innych przebierańców, nieliczne pary trzymały się za ręce, jeszcze mniej znalazło się odważnych na publiczny pocałunek. Jednak na wysokości domów towarowych pojawiają się pierwsze, nieliczne grupki oponentów, od razu widoczne dzięki słynnym zakazom pedałowania. Stoją stosunkowo daleko, a policja czuwa, mimo to w pewnym momencie dochodzi jednak do krótkiego spięcia z anarchistami, parada na chwilę rozpada się na dwie części.
Wkrótce docieramy do pasa zieleni, jezdnia znów się zwęża i wkraczamy w wąskie gardło. Widać więcej policji, zwłaszcza oddział kobiecy. Pośród drzew lekkie zamieszanie, ale potencjalni napastnicy są natychmiast odprowadzani na bok, gdzie stoi rząd samochodów policyjnych.
Na plac Teatralny wkraczamy z opóźnieniem. Tomek Bączkowski rzuca informację o 20.000 zebranych, ale też ciągle pogania, przypomina, że czas mija i trzeba kończyć. Mimo to na platformie oficjeli parę osób zdążyło zabrać głos. Posłanka Senyszyn wymachuje biczem na prawicę. Nie wychwyciłem niesławnego cytatu, utkwiło mi w pamięci inne porównanie 'ci, którzy rzucali w nas dotąd jajami, nie mają już jaj'. Marek Borowski mówi 'chcemy sprawiedliwości i prawa, ale nie Prawa i Sprawiedliwości'. Pojawia się nawet Święcicki, nieco pokrętnie tłumacząc reanimację swojej demokratycznej formacji akurat na tę okoliczność.
Na chwilę znika atmosfera performansu i pikniku, skrzeczy rzeczywistość podziałów. Ale to pod pierwszym wozem, gdzie i tak w krórymś momencie publika bardziej dopomina się wystąpienia Ygi Kostrzewej. Druga część placu - jak to zwykle bywa - prawdopowobnie niewiele słyszy z przemówień. Zwłaszcza że w tym momencie coraz intensywniej krąży nad tłumem helikopter, w dużym stopniu zagłuszający dźwięki z głośników.
Głos zabierają parlamentarzyści zachodni, następują podziękowania dla organizatorów i policji. W tym momencie wydarza się rzecz niemal symboliczna - ktoś zauważa, że nad słońcem, rzetelnie przypiekającym wszystkich zgromadzonych, utworzyła się tęcza. Bez deszczu.
I już tylko apel, aby zacząć się rozchodzić. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. I jakiegoś mimo wszystko uniesienia. Bo w jednym się z politykami w ich frazesach zgodzę: to faktycznie były dwie godziny swobody, wspólnoty i siły, jakiego zwykle nam brakuje.
Marcin Pietras