Idą Walentynki i to jest znakomity powód, żeby poświęcić słów kilka miłości, aczkolwiek nie tylko. Zanim jednak do romantycznych uniesień przejdę, słowo o amerykanizacji polskiej kultury. Jak mniemam, w czasie tegorocznych Walentynek rządząca Siła Przewodnia będzie wiele pluła jadem tradycjonalistycznym na skomercjalizowane i "obce kulturowo" Polkom i Polakom święto...
Idą Walentynki i to jest znakomity powód, żeby poświęcić słów kilka miłości, aczkolwiek nie tylko. Zanim jednak do romantycznych uniesień przejdę, słowo o amerykanizacji polskiej kultury. Jak mniemam, w czasie tegorocznych Walentynek rządząca Siła Przewodnia będzie wiele pluła jadem tradycjonalistycznym na skomercjalizowane i "obce kulturowo" Polkom i Polakom święto. Chciałbym przeto uprzedzająco zauważyć, że tuż po drugiej wojnie światowej wiele polskich rodzin nie ubierało choinki na Boże Narodzenie pamiętając, że jest to zwyczaj... niemiecki. Może zatem w ramach poszukiwania "rdzennie polskiej" tradycji do święta Kupały wrócić? W końcu chrześcijaństwo też ze zgniłego zachodu przyszło... A co do komercji: to, jak przeżywamy święto, którekolwiek zresztą, zależy od nas. Możemy nabyć urocze serduszka, wysłać kilka kiczowatych e-karteczek i mieć z głowy. Ale - i do tego namawiam - możemy przeżyć ten dzień jako święto tych, których kochamy i którzy są dla nas ważni.
Jasne, najważniejsza jest szalona, romantyczna, dozgonna, wierna i absolutna miłość. Kochać tak, jak kochali się Romeo i Julia. Kochać tak, jak kochają się Lech i Jarosław K. Kochać, jak Sir Elton i Małżonka. Toteż święto miłości to przede wszystkim święto tych, którzy mają szczęście tak kochać. A jeśli jeszcze zadziwiającym zbiegiem okoliczności są także tak kochani, mają, zaiste, powody do świętowania. Miłość, szczególnie ta, która oparta jest na solidnych fundamentach przyjaźni, codziennej wzajemnej troski o siebie nawzajem, na radości przeżywania wspólnej codzienności, taka miłość jest absolutnie najlepszą rzeczą, która może nas spotkać w życiu. I nie jest to żadna "Lipa!", ani sentymentalny bełkocik. Mam wrażenie, że bardzo często nie mamy odwagi mówić o tych najprostszych i najważniejszych rzeczach z obawy przed popadnięciem w śmieszność. Szczególnie problem ten dotyczy mężczyzn, którzy, jak wiadomo, w ogóle nie powinni posiadać czegoś tak "niemęskiego", jak emocje. A co dopiero o nich mówić! A mówić trzeba, tym bardziej, że miłość jest ośmieszana i to z dwóch stron co najmniej. Z jednej strony kultura masowa przerabia to najważniejsze doświadczenie w życiu człowieka na niestrawną, kiczowatą papkę, w różowym kolorze i z serduszkami, podczas gdy miłość - ta prawdziwa, mozolnie budowana przez lata i podtrzymywana wtedy, gdy słabnie - w różowe rejestry wpada incydentalnie. Zresztą to "różowienie miłości" ma swoje dość ponure konsekwencje: hodujemy w głowach taki nierealny ideał, a następnie nie jesteśmy w stanie cieszyć się tym, co daje nam drugi człowiek, bo przecież może / powinien dawać więcej... Powinien być bardziej czuły, seksowny, przystojny, odpowiedzialny, niepotrzebne skreślić. Miłość, jeśli ma się stać podstawą naprawdę dobrego - dla obu stron - związku - to jest nieustanna praca nad tym, aby szukać wspólnego (a nie pojedynczego) szczęścia. Z drugiej strony miłość jest ośmieszona przez tych, którzy mając gęby pełne frazesów o miłości bliźniego zieją nienawiścią... Jestem pewny, że stacją, na której najczęściej pada słowo "miłość", jest Radio Maryja. Co by było zabawne, gdyby nie było tak ponure...
Ale warto pamiętać o czymś jeszcze, o czym mówił przed laty Michel Foucault w wywiadzie udzielonym francuskiemu pismu gejowskiemu "Gai Pied". Wywiad miał tytuł "O przyjaźni jako sposobie życia", a Foucault przekonywał w nim, że tym, co stanowi o nas i co wypełnia nasze życie, są różnorodne relacje przyjaźni z ludźmi, którzy stają się dla nas ważni. Są to relacje różne: czasem mają treść erotyczną, czasem nie, łączą ludzi różnej płci lub tej samej, ludzi w różnym wieku, różnych upodobań. Wspólnym mianownikiem jest zawsze jakaś wzajemna fascynacja, sympatia i najważniejsze - wsparcie, jakiego przyjaciele czy przyjaciółki udzielają sobie nawzajem w miarę swych możliwości. Otóż jakkolwiek istotnie miłość jest relacją najpiękniejszą i najpełniejszą, to nie należy, nie wolno lekceważyć przyjaźni, tych głębokich, wieloletnich i tych mniej angażujących, ale przecież także ważnych. Czasem chodzi o osobę, z którą od lat mamy stały kontakt i z którą dzielimy się przeżyciami na bieżąco, a czasem o osobę, która odezwie się raz na dłuższy czas, by zapewnić, że pamięta. A czasem chodzi o osobę spotykaną gdzieś przelotnie i sporadycznie, osobę, wydawałoby się, bez znaczenia, choć po dłuższym zastanowieniu może wyjść na jaw, że uśmiech owej osoby i jej ciepłe słowo może mieć nieoczekiwanie ogromne znaczenie.
Foucault namawiał, aby dbać o te różnorodne relacje i doceniać je, aby widzieć w nich - tych trwalszych i mniej trwałych - za każdym razem wydarzenie: jedyne, niepowtarzalne, ważne. Świadome przeżywanie tych relacji może chronić przed poczuciem osamotnienia, bo nagle odkryć możemy wokół siebie mnóstwo dobrych spojrzeń, słów, gestów... Dlatego namawiam: niech Walentynki będą także świętem tych wszystkich dobrych relacji, tych wszystkich ludzi, którzy starają się coś nam dać, czasem wiele, a czasem bardzo mało. Niech to będzie święto nie tylko Tego Jedynego / Tej Jedynej, ale także tych wszystkich, których obecność sprawia, że nie jesteśmy sami.
Jacek Kochanowski
Ludzie marzą, mówią - o miłosci choc nie potrafią sie zwyczajnie przyjaźnić ... Ale osobiscie mysle ze to co (możę w przyszłości) najbardziej powinno albo przynajmniej może spajać ludzi to coś takiego jak rzadko spotykane pojęcie "braterstwa".