Wczoraj od progu zarządził wymarsz w strojach terenowych, co oznaczało, że mam włożyć jakiś efektowny t-shirt, a nie byle bluzę, która "nadaje się na sesję przy śmietniku" . Zażądałem, żeby od razu powiedział, z kim mnie umówił, bo nie mam zamiaru błaźnić się, jak ostatnio, kiedy wypchnął mnie na randkę-niespodziankę w dresie umazanym keczupem...
Nic nie robi mi tak dobrze na podły nastrój, jak ręczne pranie.
Nie żebym nie miał pralki: po prostu ugniatanie, wymaczanie, wywabianie i wcieranie działa stymulująco, a jednocześnie nie wymaga wysiłku umysłowego, z wyjątkiem wychwytywania zdradliwych ściereczek z czerwonym nadrukiem, dzięki którym tyle swego czasu miałem różowych ciuszków.
Niestety, znajomość z Pietrasem często wyklucza oddawanie się odstresowującym zajęciom. Wczoraj od progu zarządził wymarsz w strojach terenowych, co oznaczało, że mam włożyć jakiś efektowny t-shirt, a nie byle bluzę, która "nadaje się na sesję przy śmietniku" . Zażądałem, żeby od razu powiedział, z kim mnie umówił, bo nie mam zamiaru błaźnić się, jak ostatnio, kiedy wypchnął mnie na randkę-niespodziankę w dresie umazanym keczupem.
Zaklął się, że żadne takie, i w ogóle o co mi chodzi, ale za długo go znam - wybrałem coś eleganckiego.
I słusznie, bo dwie godziny ciągał mnie po nowej galerii handlowej, gdzie co chwilę mijaliśmy znajome twarze. Bez przerwy kazał trzymać oczy szeroko otwarte, bo wiadomo: w centrach handlowych cuda zdarzają się nie tylko przy okazji Bożego Narodzenia, zwłaszcza jak się uzbiera wystarczającą ilość punktów bonusowych.
Obijaliśmy się zatem wśród tłumów, starając się bacznie rozglądać, a jednocześnie nie dać się zadeptać. Chociaż niektórym chętnie dałbym się chętnie zadeptać, tyle że mnie się nigdy nic takiego nigdy zdarzyło. Pietras twierdzi, że z moim wzrokiem wygłodzonego spaniela to nic dziwnego.
Na koniec pogalopował do hipermarketu pod pozorem zakupu czegokolwiek do picia, nie dając się przekonać do coli w barze obok. Przegnał wzdłuż wszystkich kas, upierając się, że najwygodniej będzie wyjść drugą stroną hali. Jego gonitwy wychodziły mi powoli uszami, czemu próbowałem dać wyraz i zostałem uznany za starego ramola.
Przy kasie wszystko się wyjaśniło. Zorientowałem się, jak tylko podniosłem wzrok znad czarnej taśmy, na której starannie ułożyłem ulubione jogurty (w końcu skoro już tam byłem...).
-Cześć! - powiedział Hubert i uśmiechnął się, jak tylko on potrafi.
-Czee... - wydusiłem niezbyt bystro. - A co... ty tu robisz?
-Pracuję - odpowiedział w sposób najoczywistszy z możliwych na wypadek, gdyby jego uniform nie dał mi do myślenia.
-Znacie się? - zapytał obłudnie Pietras. - No popatrz, co za zbieg okoliczności!
Spojrzałem na niego wściekły, ale zamiar kopnięcia go w kostkę odłożyłem na później, bo Hubert spojrzał mi właśnie prosto w oczy i swoim dźwięcznym głosem powiedział:
-Trzynaście pięćdziesiąt dziewięć.
Chociaż sam nie wiem, przysiągłbym, że to brzmiało coś raczej jak "piątek, dwudziesta, Stary Rynek"...
koosie