Strona główna Aktualności Społeczność
Profile Grupy Przewodnik Wydarzenia Wsparcie
Ogłoszenia
Towarzyskie Pokoje i mieszkania Praca Ogłoszenia drobne Edukacja Pozostałe Dodaj
Queeroteka
Książki Filmy i seriale Quizy Patronat Queer.pl
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Kontakt Reklama Regulamin
Queer.pl Portal osób LGBT+
Menu
Logowanie Rejestracja
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Środa, 16.11.2005 00:00

Czytelnia: Baby Neumann

Podziel się Tweetnij Skomentuj (1)
Podziel się Tweetnij Skomentuj (1)

Bulwar zachodzącego słońca

To był mój świat, stamtąd pochodziłem - Hollywood, to mistyczne miejsce, gdzie wszyscy są piękni i mają wspaniałe fryzury (oczywiście oprócz tych złych, których praktycznie zawsze można na pierwszy rzut oka rozpoznać). W Hollywood zawsze świeci słońce, gdy miłość rozkwita, i zawsze pada, kiedy jest smutno. Tam nawet kolory są bardziej kolorowe (Eastmancolor, Technicolor, Truecolor), a uczucia bardziej prawdziwe; na każdym kroku czyha przygoda i nikt nie ma pryszczy, nikt nie chodzi do kibelka i wszystko się zawsze dobrze kończy...

Moje szare rodzinne miasteczko w najohydniejszej części Nadrenii Westfalii nie mogło być moją ojczyzną. Wiedziałem o tym już on najmłodszych lat. Po prostu po moich narodzinach mnie zamieniono. Mamusia - amerykańska gwiazda filmowa- a może to była jakaś rzymska Contessa, urodziła mnie w trakcie podróży po Niemczech, a potem zostałem przez zgrzybiałą mamkę podmieniony w szpitalu na dziecko, które wychowali później moi nudni "rodzice". Tamten zaś bachor korzysta teraz niezasłużenie z przywilejów rozkoszując się jachtami, pałacami i światowymi metropoliami, podczas gdy ja- biedny miś, borykam się z losem.
Tak właśnie musiało być i kropka.
Gdy opowiedziałem tę moją teorią, mając lat pięć!, mojej mamusi, biedaczka, przeżyła ciężki szok, który próbowałem łagodzić propozycją, aby oddać mnie do adopcji. Może zainteresowałby się mną jakiś śródziemnomorski książę albo kosmopolityczna rodzina artystów. Nie była to dobra propozycja- mama zaszlochała o kilka decybeli głośniej.
Nie poruszałem już więcej tego tematu.
W kilka lat później odkryłem jednak wreszcie moją prawdziwą ojczyznę. Znalazłem ją w telewizji- nie, wcale nie w tych opłakanych produkcjach krajowych, lecz w amerykańskich filmach fabularnych, które uwielbiałem oglądać.
To był mój świat, stamtąd pochodziłem- Hollywood, to mistyczne miejsce, gdzie wszyscy są piękni i mają wspaniałe fryzury (oczywiście oprócz tych złych, których praktycznie zawsze można na pierwszy rzut oka rozpoznać). W Hollywood zawsze świeci słońce, gdy miłość rozkwita, i zawsze pada, kiedy jest smutno. Tam nawet kolory są bardziej kolorowe (Eastmancolor, Technicolor, Truecolor), a uczucia bardziej prawdziwe; na każdym kroku czyha przygoda i nikt nie ma pryszczy, nikt nie chodzi do kibelka i wszystko się zawsze dobrze kończy.
Im bardziej intensywnie zajmowałem się moja hollywoodzką ojczyzna z wyboru, tym więcej dowiadywałem się o tym magicznym miejscu, przedmieściu miasta aniołów. Za każdym z filmów, kryła się druga, nie mniej pasjonująca i powabna rzeczywistość: Hollywood- geograficzny punkt na mapie w stanie Kalifornia. Tam żyły, kochały i naprawdę cierpiały prawdziwe gwiazdy, a często gęsto ich perypetie ciekawsze były niż ich filmy. Jakże rozczarowana swym losem była Bette Davis, jak tragiczny był wypadek samochodowy Montgomerego Clifta, przedawkowanie Marlyn Monroe, szaleństwo Joan Crawford i zagadkowa śmierć Ramona Novarro. Jak pasjonujące były kłótnie i pojednania Richarda Burtona i Elizabeth Taylor, skandale narkotykowe i ceremonie wręczania Oscarów.
Co tylko wpadło mi w łapki o Hollywood, czytałem wszystko z zapartym tchem. Beverly Hills, Hollywood Bowl, Grauman`s Chinese Theatre, Schwab`s Drugstore stały się punktami orientacyjnymi mojej duchowej ojczyzny, która nie była już wyłącznie celuloidowa. Mógłbym tam pojechać w każdej chwili, chodzić tymi samymi ulicami, co Lana Turner i Burt Lancaster, zwiedzać studia filmowe, w których kręcono filmy o moim prawdziwym domu.
Przez wiele lat oszczędzałem na podróż do Los Angeles, nie mogłem się jednak na nią nigdy zdecydować, gdyż moje życie poczęło wreszcie być interesujące. Studiowałem w wielkim mieście, odkryłem gejowską subkulturę, miałem wielu przyjaciół i kochanków. W moim mitycznym Hollywood, które nadal nostalgicznie postrzegałem jako moją starą ojczyznę bywałem teraz rzadko. Teraz było coś więcej niż filmy. Tylko czasem, gdy byłem zdołowany, całe noce oglądałem stare melodramaty, wcielałem się w Barbarę Streisand i dawałem niezwykle emocjonalne koncerty w łazience, (która na ten krótki czas stawała się forum L.A.), albo w kuchni (Tara) grałem sceny dramatyczne z "Przeminęło z wiatrem". No i sprzątanie też przychodziło mi lżej, gdy wyobrażałem sobie, że jestem Joan Crawford, szorująca swą willę.

I wtedy popełniłem wielki błąd. Opowiedziałem mojemu staremu przyjacielowi Karolowi, -który mocno stoi na ziemi, i nie ma poważania dla zbzikowanych marzycieli, o mojej starej ojczyźnie. Karolek spojrzał na mnie swymi okrągłymi ze zdumienia oczami, wyciągnął z namysłem mentola i rzekł:. "Baby, czy zdajesz sobie sprawę, ze o mały włos nie trafiłeś do zakładu dla czubków. Ta twoja ucieczka w nierealny świat ma jednoznacznie neurotyczne podłoże! Musimy cię wyleczyć, i nawet wiem jak".
Plan Karolka był prosty,- mieliśmy naprawdę polecieć do Hollywood i tam rozwiać wszystkie moje iluzje, które o tym miejscu miałem. Zgodziłem się, ale wcale nie dla tego, że chciałem zostać uleczony, lecz by móc wreszcie zobaczyć moją ojczyznę, która ostatnimi czasy tak rzadko nawiedzałem.
Wysupłaliśmy nasze oszczędności i wsiedliśmy w samolot. "Lecę w tą podróż nie tak zupełnie bezinteresownie-, kochany!"- wyjaśnił w powietrzu Karolek, - ja także mam pewną fiksację związaną z Hollywood. Mnie ukształtowały jednak zupełnie inne filmy niż ciebie- takie dzieła jak The Toung and the Hung, Malibu Surfers albo Hollywood Hunks. I mam nadzieję, że w Los Angeles poznam niektórych odtwórców ról nie koniecznie głównych, bo ich wielkie... no powiedzmy.. talenty również z zapartym tchem podziwiałem1.

Na lotnisku L.A. wynajęliśmy samochód i wyruszyliśmy. Dokąd? Nie mieliśmy pojęcia. Ośmiopasmowe autostrady, wypchane samochodami, w oddali olbrzymie litery HOLLYWOOD widniały na wzgórzach. Należało się kierować po prostu w ich stronę. "W końcu tam stoi Hollywood, więc musi ono tam być"- moja logiczna argumentacja była porażająca.
Właśnie mijaliśmy Studio- Universal, więc zdecydowaliśmy się spontanicznie na zwiedzanie. Z tabunami turystów zajrzeliśmy za kulisy "Psychozy", "Szczęk" i "King Konga". Nudny park rozrywki. Gdzie podział się tamten blask, magia, gdzie znikli statyści w historycznych kostiumach pijący kawę przed fasadami, (bo stały tylko fasady) filmowych dekoracji? Gdzie byli reżyserzy w spodniach - dżokejkach? Blondynki w kusych spódniczkach spieszące w stukających szpilkach na umówioną próbę? Tu w każdym razie ich nie było!
"Jeśli jest jakieś wejście do starej krainy, to będzie to niewątpliwie wspaniała brama do Paramount Studio, przez którą wjeżdżał do pracy sam Valentino w swej limuzynie". - próbowałem wyjaśnić Karolkowi.
Kluczyliśmy więc naszym wynajętym samochodzikiem zapadłymi przedmieściami by w końcu wylądować przed Paramount Studio, ale ... starej bramy nie było!. Wysiadłem z auta by wyjaśnić czarnemu portierowi, czego właściwie szukamy. Ten spojrzał na mnie ze współczuciem i burknął: Słynna brama Paramount? Taaa, jest taka z tyłu jako tylni wjazd. Ale już prawie nie używany.
Objechaliśmy cały teren i rzeczywiście, stała, niczym w filmie wspaniała brama, zamknięta na łańcuch i jakaś taka mniejsza, niż ją sobie wyobrażałem. Z prawa i z lewa profanowały ją druty kolczaste a za nimi obrzydliwe hale i baraki biur.
"Nie ważne- powiedziałem, - zrób zdjęcie. Ustawiłem się na tle napisu Paramount Studio i uśmiechnąłem hollywoodzkim uśmiechem.
"Cholera"- zaklął Karolek.- nie mamy filmu w aparacie".
W tak zwanym międzyczasie poczęło zmierzchać. Jechaliśmy dalej wzdłuż Sunset Boulevard, mijając kurwy i meneli, szlifujących gwiazdy zatopione w trotuarze. Zaczynałem już mieć doła. Tęskniłem za Hollywood, nie za tym smętnym nad podziw realnym teraz miejscem, lecz za fikcyjnym miastem, które tak często był moją jedyną ucieczką od rzeczywistości.

Wynajęliśmy pokój w tanim motelu. Recepcjonista siedział za pancerną szybą. Poprzez szczelinę musieliśmy przepchnąć mu pieniądze za nocleg, i tą samą drogą otrzymaliśmy klucz. Dostaliśmy pokój ekskluzywny. Z telewizorem i karaluchami.

Karolek pozostawał obojętny na te wszystkie okropieństwa. -"Ja teraz zamawiam taksę do West Hollywood. Tam są te wszystkie pedalskie lokale, w których zbierają się ci wspaniali kalifornijscy chłopcy. Trzymaj za mnie kciuki! Może uda mi się poznać jakąś gwiazdkę porno. Oni, w przeciwieństwie do Katherine Hepburn i Richarda Widmarksa mają jedną wielką zaletę: What you see is what you get. -jak się to mówi. Oni nie grają żadnych ról tylko użyczają swych ciał do filmów. A chłopcy porno są tak samo jurni w realu jak w filmie. Pamiętaj - Greta Garbo nie jest damą kameliową.
Z kurwikami w oczach Karolek wskakiwał do taksówki.

Pozbawiony moich iluzji oraz towarzystwa mego wiernego Karolka policzyłem karaluchy na ścianie i rozważyłem możliwość kontynuowania dawnej tradycji i skoczenia w otchłań z liter napisu Hollywood.
Zamiast tego włączyłem telewizor. Właśnie leciał Red River z Johnem Wayne i Montgomery Cliftem. Tego było już za wiele. Opuściłem motel by w najbliższym supermarkecie zakupić flaszeczkę wódki i oddać się innej starej hollywoodzkiej tradycji: alkoholizmowi. Chciałem pijany stać na łóżku w motelu, śpiewać "evergreens" i jak Judy Garland rzucać moje buty w (składającą się z karaluchów) publiczność.
Na jednej z bocznych uliczek hollywoodzkiego bulwaru znalazłem supermarket. Gdy zadumany stałem przed regałem i zastanawiałem się, jaką wódeczkę mam sobie dziś zapodać ktoś z impetem rąbnął mnie w plecy swoim wózkiem. Excuse me. Obróciłem się, uśmiechając przepraszająco i rozpoznałem kobietę z zakupami w wózku jako Barbarę Streisand.
"Mocno Pana uderzyłam?"- pytała troskliwie. "Tak strasznie mi przykro. Wygląda pan jakoś smutno. Może wpadłby pan do mnie na kolację? Zaprosiłam tez Montgomerego Clifta i Johna Wayne. Będą gefilte fish."

Obudziłem się na moim motelowym łożu, strzepnąłem karaluchy z brzucha, sen z Barbarą z głowy, i postanowiłem, że teraz naprawdę się upiję. Spacerując po słabo oświetlonych zaułkach, z zepsutymi budkami telefonicznymi, pokrytymi graffiti fasadami domów i chrapiącymi pod płachtami kartonów menelami dotarłem do Graumann`s Chinese Theatre. Dwukrotnie zagadnęły mnie dziwki, które wyglądały inaczej niż Julia Roberts w Pretty Women. Jakiś rasta próbował sprzedać mi trawkę, a później herę.

Znużony usiadłem wreszcie w jakiejś knajpie z bilardem, wypiłem kilka piw i powlokłem się z powrotem do motelu. W telewizji leciał "Błekitny Anioł". Marlena Dietrich przemierzała podobnie obmierzłe ulice, outsiderka, lecz odważna i dumna. Cały ten brud nie mógł jej nic zrobić.
Ach Hollywood. Karaluchy śpiewały mi do snu.

Karolek wrócił dopiero koło południa. Wyglądał niczym mały chłopak, który właśnie dorwał trzy tabliczki czekolady.
"Baby, powiem ci tylko, że tu marzenia stają się rzeczywistością. Nie uwierzysz, jak Ci Faceci tu wyglądają. I gdzie oni mają mięśnie. Po prostu wszędzie! Jak ktoś mówi z niemieckim akcentem to ich jeszcze bardziej podnieca. Bosheee! Co za noc! Przeprowadźmy się tutaj!!! Albo przynajmniej jeszcze dziś w nocy odwiedźmy razem West Hollywood."
Byłem wściekły: "Nie rozumiesz mnie! Dla mnie Hollywood to nie jest żaden porno- raj; tu była moja ojczyzna, świat, do którego zawsze mogłem uciec, gdy rzeczywistość stawała się nie do zniesienia. Zawsze, kiedy tylko chciałem. I teraz ten świat legł w gruzach.
"Widzisz- wiedziałem, ze wyleczę cię z twoich nostalgiczno - romantycznych bredni, stwierdził Karol tryumfująco.
"Ale ja nie chce być wyleczony"
"No więc czego w końcu chcesz?"
"Chce mojego, dobrego, starego Hollywood!"
"Tego nie ma. To istnieje tylko w kinie"- krzyknął Karol.
Oczywiście, to było rozwiązanie.

Resztę naszego pobytu w Los Angeles spędziłem na śledzeniu programu kin, gdzie dają stare filmy. I gdy Karolek robił powtórkę z rozrywki w West Hollywood i podziwiał namacalnie to, co od lat mógł wyłącznie na ekranach pornoli podziwiać, ja siedziałem w zapyziałych kinoteatrach na starych, wytartych pluszowych fotelach i spotykałem wszystkich znajomych z mej starej ojczyzny.
Cieszyli się z moich odwiedzin, nawet, jeśli mnie widzieć nie mogli. Mimo wszystko wiedzieli, że tam byłem ja, jeden z "tych wspaniałych ludzi, tam na sali w ciemnościach"
Witaj w domu - szeptali

Fragment książki: Baby Neumann - "Nicht zu fassen!" ("Nie do wiary!")

© Wydawnictwo Querverlag, 2005

Tłumaczenie: Janusz Boguszewicz

1 Ach, te amerykańskie pornole! W początkach lat dziewięćdziesiątych uniwersalny gejowski Eros zdominował sex- wideoteki. Ci wszyscy amerykańscy chłopcy: Mike Henson, Ryan Idol i Kevin Williams stanowili temat wilgotnych snów całej homo- generacji, którzy naprawdę wierzyli, że najbardziej fajni i jurni chłopcy żyją tylko w USA. Kristen Björn, producent filmów porno, swymi onanistycznymi wizjami był współautorem tej hiperpomyłki i zasłużył za to niewątpliwie na Platynowego Członka.
OCEŃ ARTYKUŁ
Podoba mi się (0)
Nie podoba mi się (0)
Komentarze (1)
HEJT STOP!Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Komentuj
Moja ikona
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
anix
04.11.2006 22:13 anix (37) Warszawa
Ta ksiazka musi być świetna!!
Czy mozna ją dostać w Polsce??
cytuj zgłoś 0 0
Autor
Redakcja Queer.pl
Pierwszy polski portal ludzi LGBT
Inne tematy
Minister Kierwiński o parach jednopłciowych: "będą korzystać z większości praw, które mają wszyscy polscy małżonkowie" Wtorek, 19.05.2026 Minister Kierwiński o parach jednopłciowych: "będą korzystać z większości praw, które mają wszyscy polscy małżonkowie"
Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu? Sobota, 16.05.2026 Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu?
Prezydent Nawrocki zapowiada weto ws. ustawy o statusie osoby najbliższej. Będzie projekt prezydencki? Czwartek, 28.05.2026 Prezydent Nawrocki zapowiada weto ws. ustawy o statusie osoby najbliższej. Będzie projekt prezydencki?
Kontakt Reklama Regulamin
Social media
Polub na Facebooku Obserwuj na Twitterze Instagram WhatsApp
© 1996-2026 Queermedia.pl, ISSN 2299-9019 Polityka prywatnościUstawienia prywatnościPrzerwij abonamentOdstąpienie od umowy







🌈
Odkryj więcej na Queer.pl
Zalogowani użytkownicy mogą oglądać zdjęcia innych osób, zakładać profile, komentować artykuły i oceniać filmy.
Dołącz do nas Zaloguj się