Politycy tkwią ciągle w autostereotypie Polski jako kraju konserwatywnego i rodzinnego. W efekcie wszyscy gonią za pewnym wyobrażeniem, które od dawna nie istnieje. Dochodzi do takich absurdów, że politykę wspierającą tradycyjne rodziny będzie stosować prawdopodobnie Jarosław Kaczyński, czyli kawaler mieszkający z mamą i kotami...
Dla wszystkich znudzonych kampanią wyborczą nie mam dobrych wiadomości, koszmar nigdy się nie kończy, więc choć wybraliśmy parlament, wyścig polityczny trwa dalej i prawdopodobnie dopiero będzie nabierać kolorów. Trudno powiedzieć kogo jeszcze pochłonie, bo do tej pory było dość pechowo, a nawet tragicznie. Najpierw w przedbiegach odpadła Maria Szyszkowska, której nie udało się zebrać 100 tys. podpisów poparcia. Potem zaskoczył Zbigniew Religa, nagle rezygnując z wyścigu i popierając Donalda Tuska. Po drodze wykończono Włodzimierza Cimoszewicza, a w przeddzień wyborów zmarła Wiesława Surażska i tragicznie zginął Daniel Podrzycki.
Ostatnia dwójka to nazwiska dość istotne dla środowiska gejowsko-lesbijskiego. Choć Podrzycki nie miał większych szans w wyborach, założona przez niego Polska Partia Pracy wpuściła na swoją listę m.in. Antyklerykalną Partię Postępu 'Racja', to stąd kandydowała do sejmu Maria Szyszkowska. Przeciwległy biegun stanowi Wisła Surażska, która startując z siódmego miejsca warszawskiej Platformy Obywatelskiej prawdopodobnie zostałaby posłanką. Surażska była jedną z najbardziej cenionych specjalistek od polityki regionalnej, miała niestety na swoim koncie także wyjątkowo homofobiczne artykuły i wystąpienia w programie Jana Pospieszalskiego. Choć eufemistycznie mówiąc nie byłem wielbicielem jej poglądów, poczułem niesmak widząc, że Platforma Obywatelska na swojej oficjalnej stronie nie znalazła miejsca by umieścić najmniejszy nawet nekrolog swojej kandydatki.
Same wyniki wyborów nie były chyba dla nikogo zaskoczeniem. Mogło oczywiście zdziwić znalezienie się PIS-u przed PO czy dość słaby wynik Ligi Polskich Rodzin, ale są to w gruncie rzeczy przesunięcia niewiele znaczące, bo i tak przynajmniej od pół roku wiadomo jakie ugrupowania będą tworzyć rząd. Dlatego ciekawsze wydaje się zastanowienie nad samą kampanią, a także jej największymi przegranymi. Czy były nimi jedynie partie polityczne, które dostały mniej głosów niż się spodziewały? Chyba nie tylko.
Źle zaprezentowały się najważniejsze media, prasa, ale przede wszystkim telewizja. Stronniczość stała się właściwie normą i w efekcie była niemal przeźroczysta, choć nie trzeba być specjalnie przenikliwym by zauważyć wsparcie jakie np. TVN zafundował Donaldowi Tuskowi i jego partii. Środki przekazu odpowiedzialne są także za niespotykaną wcześniej sondażomanię, która zastąpiła niemal całkowicie jakąkolwiek debatę. Można właściwie odnieść wrażenie, że jedyne tematy, które do tej pory się pojawiły w obu kampaniach to ataki na Cimoszewicza i zmiany w rankingach.
Sami dziennikarze w większości nie zdają sobie chyba sprawy jak przebiega w Polsce proces wyborczy. Tak się składa, że nie żyjemy w Stanach Zjednoczonych i prezydenta wybiera się u nas w dwóch turach. Niezrozumiałe jest więc ustawianie kampanii w ten sposób, że liczy się tylko pierwsza w sondażach para. W efekcie wielu wyborców rezygnuje z poparcia najlepszego dla siebie kandydata, a obstawia od razu "mniejsze zło", a więc stosuje zasadę drugiej tury. Podobnie było zresztą z parlamentem, gdzie na długo przed 25 września media zdecydowały kto przekroczy prób 5%, a kto nie. Ugrupowania poniżej kreski mogły się już tylko tłumaczyć ze swojego niskiego poparcia.
W efekcie nie było debaty wyborczej, był raczej wyborczy cyrk w którym każdy z dopuszczonych do głosu klaunów mógł zaprezentować swój zespół. Były to najczęściej grupy związane więzami rodzinnymi, jeden z kandydatów przedstawił więc żonę i dzieci. Drugi poszedł dalej i zapoznał potencjalnych wyborców nie tylko z wnuczką, ale nawet jej piłką do gry. Kolejny z rozgrywających jako osoba zbyt młoda by kandydować postanowił wystawić w wyborach swojego tatę. A wszyscy oni oczywiście niezwykle cenią prywatność i życie intymne, na tyle, że wydaje im się niewłaściwie zezwolenie na Paradę Równości, której głównym hasłem była przecież walka z dyskryminacją mniejszości, a nie prezentowanie ulubionych technik seksualnych.
Politycy tkwią ciągle w autostereotypie Polski jako kraju konserwatywnego i rodzinnego. W efekcie wszyscy gonią za pewnym wyobrażeniem, które od dawna nie istnieje. Dochodzi do takich absurdów, że politykę wspierającą tradycyjne rodziny będzie stosować prawdopodobnie Jarosław Kaczyński, czyli kawaler mieszkający z mamą i kotami. Jego brat dużo mówi o wielodzietnych rodzinach, choć sam ma jedną córkę. Partie prawicowe pełne są kawalerów, którzy dawno przekroczyli trzydziestkę, jak Robert Strąk czy Zbigniew Ziobro. Jan Rokita prezentuje tylko swoją drugą żonę, a wszystkich przebija Donald Tusk, który w czasie kampanii bierze kościelny ślub ze swoją żoną, dokładnie 27 lat po... ślubie. Tutaj nawet prezentując swoją żonę Chinkę jeden z kandydatów mówi tylko o tradycyjnych wartościach chrześcijańskich.
Brak merytorycznej debaty odbija się także na sprawach LGBT. Wątki gejowsko-lesbijskie po raz pierwszy zaistniały w głównym nurcie kampanii, choć niestety bardzo stereotypowo i jedynie hasłowo. Nie było mowy o sporze na temat kształtu kraju i miejsca mniejszości w społeczeństwie. Po prostu Narodowe Odrodzenie Polski obwieściło "zakaz pedałowania", LPR kilka razy zapewniło, że będzie bronić tradycyjnej rodziny przed zakusami "homoseksualnego lobby", w reklamówce PIS-u geje mieli zamazane twarze niczym przestępcy, Wojciech Olejniczak zapewnił, że będzie bronić wykluczonych, a samo SLD w swoich spotach kilka razy pokazało Roberta Biedronia. I to tyle! Niewiele, choć więcej niż kiedykolwiek.
Ranking przedwyborczy przeprowadzony na Innej Stronie pokazał, że jeśli nie wszyscy geje i lesbijki w Polsce to przynajmniej bywalcy portalu wybierają ugrupowania mające coś do zaproponowania mniejszościom seksualnym. Sygnały w stronę środowiska wysyłały bowiem zarówno SDPL, Paria Demokratyczna, jak i SLD. Drugie miejsce zajęła co prawda Platforma Obywatelska, ale też nie powinno to dziwić wobec ogromnego poparcia dla ugrupowania w całej Polsce, a także utrzymującego się ciągle, mimo oczywistych wypowiedzi i działań, wrażenia partii liberalnej obyczajowo.
Trudno nie wspomnieć o porażce jaką poniosła Socjaldemokracja Polska, której nie udało się przekroczyć progu wyborczego. Lista SDPL/UP/Zieloni 2004 zajęła pierwsze miejsce w sondażu IS, ale zwycięski wynik nie był porażający, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że dzięki Zielonym to tam znalazła się największa liczba osób otwarcie mówiących o swojej homo- czy biseksualnej orientacji. Dlaczego w tak niewielkim stopniu znalazło to odzwierciedlenie w wynikach wyborczych? Być może nie tylko polskie społeczeństwo, ale sami geje i lesbijki nie dojrzali do tego by mieć swoich reprezentantów w parlamencie. Nie jest wykluczone, że na tym etapie rozwoju jaki teraz mamy, polskim homoseksualistom łatwiej utożsamić się z prowadzącymi podwójne życie politykami niż wyoutowanymi gejami i lesbijkami dla których problemem nie jest homoseksualizm, ale homofobia.
Dużo się mówi o preferencjach wyborczych kolejnych grup społecznych, ale bardziej interesujący są chyba ci, którzy nie wzięli udziału w wyborach, tym bardziej, że jest ich większość. Polityków w gruncie rzeczy niewiele to obeszło pobiadolili oczywiście na ten temat, pozwolili też wypowiedzieć się socjologom i politologom, nie ma jednak wątpliwości, że niewiele to zmieni. Mam zresztą wrażenie, że jedynymi osobami, które realnie zajmowała malejąca frekwencja wyborcza były uczestniczki nieistniejącego już programu telewizyjnego "Co Pani na to", który jak wszystko co udane w polskiej telewizji musiał zniknąć z anteny wraz ze zmianą kierownictwa.
Oczywiście gdy nie ma pomysłu jak zachęcić do udziału w tworzeniu parlamentu, pojawiają się propozycje najgorsze z możliwych. Jedną z nich są jednomandatowe okręgi wyborcze, które nie wiadomo jakim cudem miałyby być lekiem na całe zło. Wybierany w ten sposób sejm, wyglądałby mniej więcej tak jak wygląda dziś senat, a więc praktycznie bez opozycji. Dlatego zmiany powinny pójść w drugą stronę, bo problemem w polskim parlamencie jest raczej zbyt małe zróżnicowanie i brak umiejętności debatowania oraz dochodzenia do kompromisu między kilkoma ugrupowaniami. Nie mówiąc o wielu grupach, które nie mają swojej reprezentacji właśnie ze względu na taką, a nie inną ordynację wyborczą preferującą duże ugrupowania.
Tegoroczne wybory wygrała prawica. Jest ona jednak w dużej mierze tak samo bezideowa jak była SLD pod wodzą Leszka Millera. Dlatego nie ma co opowiadać o czarnej nocy dla gejów, wyrzucaniu homoseksualnych nauczycieli ze szkół czy zamykaniu lokali. Pewnie trudniej będzie zorganizować Paradę Równości czy Marsz Tolerancji, ale też wcale tak być nie musi. Jeśli telewizja stanie się jeszcze bardziej konserwatywna, wówczas warto nadrobić zaległości książkowe, bo branżowych tytułów jest coraz więcej. A przede wszystkim wziąć za rok udział w równie ważnych wyborach samorządowych. I wybrać lepiej!
Krzysztof Tomasik
A jedną z przyczyn słabego wyniku było także wzajemne podgryzanie się lewicy, a nie krytyka rzeczywistych zagrożeń.
Ale nie twierdzę, że przyczyną porażki byli zieloni. Przyczyn było conajmniej kilka.
Ale jak wskazują rozmowy koalicyjne zwycięzcy mogą stracić poparcie szybciej niż się spodziewamy, a za rok kolejne wybory (samorządowe) więc nie jest tak źle, zwłaszcza jeśli rządząca prawica istotnie jest bezideowa, jak pisze autor.