W ciągu ostatniego roku ukazały się w Polsce cztery książki dotyczące tematyki homoseksualnej. Nie bedę tu rozstrzygać czy dużo to czy mało w ponad 35- milionowym społeczeństwie, grunt, że więcej niż kiedykolwiek przedtem. Czyżby więc to właśnie z tej strony miało przyjść posunięcie dyskursu publicznego dotyczącego homoseksualizmu? Przy nierychliwości polityków i konserwatyźmie mediów wcale nie jest to wykluczone...
W ciągu ostatniego roku ukazały się w Polsce cztery książki dotyczące tematyki homoseksualnej. Nie bedę tu rozstrzygać czy dużo to czy mało w ponad 35- milionowym społeczeństwie, grunt, że więcej niż kiedykolwiek przedtem. Czyżby więc to właśnie z tej strony miało przyjść posunięcie dyskursu publicznego dotyczącego homoseksualizmu? Przy nierychliwości polityków i konserwatyźmie mediów wcale nie jest to wykluczone.
Kiedy w kwietniu 2004 r. ukazała się książka Magdaleny Okoniewskiej "Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki" nic jeszcze nie wskazywało, że tematycznie nie jest to ostatnia premiera roku. We wrześniu wyszła "Homofobia po polsku" pod redakcją Zbyszka Sypniewskiego i Błażeja Warkockiego, a potem "Lubiewo" Michała Witkowskiego i "Trzech panów w łóżku nie licząc kota. Romans pasywny" Bartosza Żurawieckiego. Duży to rozrzut tematyczny i zaprezentowany poziom, od zbioru tekstów przez fabularyzowany dziennik do opowiadań spod znaku szaletu i powieści o gejowskim trójkącie. Od zapisków pełnej dobrych chęci, ale momentami żenujących do znakomitej literatury.
Wbrew pozorom książki te łączy nie tylko tematyka, ale także sukces rynkowy, oczywiście na miarę polskich warunków. Mam tu na myśli nie tylko "Lubiewo", które zawędowało na listy bestsellerów, a wydanie drugie poprawione zapewne nie będzie ostatnim. Także powieść Żurawieckiego czeka na dodruk, a "Homofobii po polsku" i "Dziennika lesbijki" rozszedł się cały nakład. Wszystko to bez wielkiej reklamy, z informacją prowadzoną głównie w internecie, na portalach gejowskich i lesbijskich. Recenzje w prasie także pojawiały się, choć rzadko w entuzjastycznym tonie (to jedynie przypadek "Lubiewa"). Najmniejszy odzew wywołała "Homofobia po polsku", będąca chyba najbardziej niewygodna dla potencjalnych recenzetów, którzy musieliby ustosunkować się do takich pojęć jak heteronormatywność czy "homofobia z ludzką twarzą" mediów głównego nurtu. Z braku laku sami autorzy, przekonani o ważności i potencjale zbioru, wzięli się za zachęcanie do lektury. W "Przeglądzie" robiła to Bożena Umińska, w telewizyjnych "Dobrych książkach" - Kinga Dunin, a w "Trybunie" Jacek Kochanowski.
Jak łatwo zgadnąć nieodłącznym składnikiem powodzenia "Lubiewa" czy "Trzech panów w łóżku..." jest tematyka. Można oczywiście bajać, co jest częste szczególnie w przypadku Witkowskiego, że liczy się tylko literatura i talent. Skoro jednak tak, to warto sobie zadać pytanie dlaczego podobnego odzewu nie miała pierwsza książka pisarza - "Copyright"? Czyżby jednak znaczenie miała też tematyka i możliwość jej wykorzystania, choćby przez połączenie z życiem prywatnym autora? Wątpiących odsyłam do wywiadów z Michałem Witkowskim, na przykładzie których widać jak wiele miejsca zajmują pytania o samą książkę, a ile wątek homofobii, legalizacji związków i ważności seksu w życiu gejów.
Na podstawie danych dotyczących sprzedaży wszystkich czterech tytułułów łatwo wysnuć wniosek, że isnieje w Polsce realne zapotrzebowanie na książki (a prawdopodobnie nie tylko książki) poświęcone tematyce gejowsko-lesbijskiej. Co ważne, na przychylność może zresztą liczyć nie tylko literatura piękna, ale też teksty publicystyczne, wręcz akademickie, bo i takich nie brakuje w "Homofobii po polsku". Oznaczałoby to wykształcenie nowego typu geja czy lesbijki w Polsce, świadomych swojej odmiennej sytuacji, znudzonych utożsamianiem się z heteroseksualnym narratorem, potrzebujących przeczytać o sobie. Skoro jednak tak, warto się zapytać dlaczego grupa ta ciągle nie została rozpoznana? Chyba każdy wydawca chciałby zarobić, a przynajmniej nie stracić, a jednak nikt nie zalewa polskich księgarni literaturą gejowsko-lesbijską, wystarczyło za to, że książki Witkowskiego i Żurawieckiego wyszły w odstępie kilku miesięcy, a już pojawiło się nieśmiertelne słówko "moda".
Warto także bliżej przyjrzeć się drodze wydawniczej omawianych tu książek. Okazuje się, że i w tej kwestii sporo je łączy. Przede wszystkim żadna z nich nie wyszła w dużym i ważnym wydawnictwie. Wszystkie natomiast wydano dość tanio, wyraźnie oszczędzając na korekcie. Aż dwie ("Homofobia po polsku" i "Trzech panów...") ukazały się w jednym wydawnictwie - Sic!, które ma już spore zasługi w przybliżaniu literatury lesbijskiej, to tu ukazały się "Bo to jest w miłości najważniejsze" Nicole Mueller i "Związki miłosne między kobietami od XVI do XX wieku" Marie-Jo Bonnet.
Nie obyło się bez problemów wydawniczych. Fragmenty powieści Bartosza Żurawieckiego wydrukowano w "Ha!arcie" dwa lata temu, tekst oznaczony jest zresztą datą 2003, jeszcze niedawno autor skarżył się w wywiadach na kłopoty ze znalezieniem wydawcy. "Homofobia po polsku" prawdopodobnie nigdy by się nie ukazała, gdyby nie wsparcie Pełnomocniczki Rządu d/s Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn oraz zapracie redaktorów. Także "Lubiewo" zostało dofinansowane przez Ministerstwo Kultury.
Sytuacja na polskim rynku wydawniczym w kwestii książek gejowsko-lesbijskich, dość dobrze pokazuje naiwność myślenia, że na wolnym rynku tam, gdzie jest popyt, szybko pojawi się podaż. Popyt niewątpliwie jest, są media w postaci portali gejowskich i lesbijskich, docierające do konkretnych odbiorców, nawet prasa mainstreamowa wykazuje zainteresowanie (z najważniejszych dzienników i tygodników jedynie w "Rzeczpospolitej" nie ukazała się recenzja "Lubiewa"). A jednak nie widać lawiny, duże wydawnictwa nie zalały rynku powieściami gejowskimi czy lesbijskimi, zarówno jeśli chodzi o twórczość rodzimą, jak i przekłady. Okazuje się, że uprzedzenia czy stereotypy w myśleniu o odbiorcy książek są trwalsze niż mogłoby się wydawać.
A to oznacza, że swoista luka, która istnieje na polskim rynku zapełniać się będzie powoli. Brakuje analiz dotyczących strategii ruchu LGBT, nie ma opracowań sytuacji homoseksualizmu w Polsce i na świecie, ale też uwikłania rynkowego i komercyjnego wykorzystywania inności. Nie mówiąc już o życiu osób homoseksualnych w przeszłości, zarówno w PRL-u, jak i XIX wieku, biografiach słynnych gejów czy lesbijek uwzględniających ich perypetie miłosne czy antologii tekstów z dwudziestolecia międzywojennego. Bardzo odczuwalny jest brak opracowania dotyczącego kina gejowsko-lesbijskiego na świecie, odłogiem leży też ta kwestia w polskim wydaniu. Także teoria queer nie ma szansy na szersze poznanie, nie ma przetłumaczonej żadnej książki ani Judith Butler ani innych idelogów tego swistego ruchu intelektualnego wyrosłego na gruncie LGBT.
Nie wiem czy nie najciekawszym efektem powodzenia "Lubiewa" i powieści Żurawieckiego, było spotkanie, które odbyło się w ramach Toruńskiego Buumu Poetyckiego 18 maja br. Dyskutowano tam na temat roli orientacji seksualnej w twórczości literackiej, a udział w rozmowie, którą poprowadził Igor Stokfiszewski z "Ha!artu" więli: Izabela Filipiak, Grzegorz Musiał, Ewa Schilling, Michał Witkowski i Adam Widemann oraz Anna Gruszczyńska z Kampanii Przeciw Homofobii. Takie spotkania są ważne, bo niejako zmuszają samych pisarzy do zdefiniowania ram w których się poruszają w swojej twórczości. Zwracają także uwagę na autorki w rodzaju Ewy Schilling, której zbiór opowiadań "Lustro", a także ostatnia książka "Akacja", przeszły niemal niezauważone.
"Homofobia po polsku" była pierwszą książką o homofobii, dziennik Okoniewskiej to pierwsza polska książka z lesbijką w tytule, powieść Żurawieckiego nie miała poprzedników jeśli chodzi o opisywanie trójkąta gejowskiego, a "Lubiewo" reklamowano jako "pierwszą powieść pedalską". Mam nadzieje, że ponad rok od ukazania się pierwszej z nich nastąpi koniec tego ciągłego zdobywania pierszeństwa. Warto, aby pojawiły się kolejne książki z danego gatunku. W końcu prawdziwym sprawdzianem talentu jest drugie dzieło.
Krzysztof Tomasik
pozd.
Burroughs'a.