Dość długo Anna Iwaszkiewicz pozostawała całkowicie w cieniu męża, będąc jedynie żoną słynnego poety Jarosława Iwaszkiewicza(...) Dopiero na przestrzeni ostatnich 15 lat wraz z ukazaniem się listów i - przede wszystkim - "Dzienników", można ocenić jak niebanalną osobowością była(...) Homoseksualizm Jarosława nie był dla nikogo tajemnicą, także Anna wiedziała za kogo wychodzi za mąż. Wiedziała od samego narzeczonego...
Dość długo Anna Iwaszkiewicz pozostawała całkowicie w cieniu męża, będąc jedynie żoną słynnego poety Jarosława Iwaszkiewicza i matką jego dwóch córek: Marii i Teresy. Za życia, częściowo pod pseudonimem Adam Podkowiński, opublikowała zaledwie kilka artykułów, parę przekładów, zbiór opowieści o zwierzętach. Dopiero na przestrzeni ostatnich 15 lat wraz z ukazaniem się listów i - przede wszystkim - "Dzienników", można ocenić jak niebanalną osobowością była. Nawet jej córka napisała we wstępie do zbioru "Dzienniki i wspomnienia": "nigdy i w żadnej mierze nie zdawałam sobie sprawy z głębi Jej umysłu, z Jej przemyśleń, z walki, jaką toczyła o formowanie swojej osobowości".
Kiedy Iwaszkiewiczowie pobierali się 12.IX.1922 r. w brwinowskim kościele św. Floriana on miał lat 28, ona 24. Jarosław był juz wówczas członkiem Skamandra, autorem tomu "Okstostychy" i powieści "Zanobia. Palmura", jego przyszła żona miała za sobą wieloletnie narzeczeństwo z księciem Krzysztofem Radziwiłłem, a jako córka zamożnego przemysłowca Stanisława Lilipopa, uchodziła za jedną z najlepszych partii w Polsce.
Przede wszystkim należy wyjaśnić, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego, małżeństwa homoseksualnych mężczyzn nie były niczym niezwykłym, do wyjątków należeli raczej ci, którzy na podobny krok się nie decydowali. Irena Krzywicka w jednym z pierwszych polskich tekstów na ten temat pisała: "oni w końcu się żenią i są podobno lepszymi od innych mężami". Nawet ci, którzy pozostali kawalerami - jak Lechoń czy Szymanowski, nie uniknęli nacisków otoczenia i wielokrotnego swatania. Nie było to zresztą zmuszanie, sami homoseksualiści, z różnych względów, nie byli w stanie wyobrazić sobie spędzenia życia z mężczyzną. Notabene rzecz przedstawiała się zupełnie inaczej w przypadku kobiet, gdzie wspólne mieszkanie stanowiło nieraz nawet nieuświadomioną, ale realną alternatywę dla małżeństwa.
Homoseksualizm Jarosława nie był dla nikogo tajemnicą, także Anna wiedziała za kogo wychodzi za mąż. Wiedziała od samego narzeczonego, który tak pisał o tym po latach w swoim "Dzienniku": "Hania oczywiście wiedziała (i to nie z plotek, ale z moich ust), kogo poślubia [..] Nawet gdybym chciał to ukryć, to w owych czasach - przy gadatliwości Lechonia, przy zupełnej szczerości Karola [Szymanowskiego] nie dałoby się to ukryć." (23.III.1958).
Hania wiedziała - jak pisze Iwaszkiewicz, ale jednocześnie nie za bardzo wierzyła. Czytając jej "Dzienniki" i listy można odnieść wrażenie, że homoseksualizm dla niej nie istniał, nie za bardzo chciała nawet nazywać rzecz po imieniu, ograniczając się do eufemizmów. O Szymanowskim napisała: "Ten erotyzm Karola 'na obie strony' jest rzeczywiście przerażający" (28.XII.1931), nie chcąc najwidoczniej przyjąć do wiadomości, że akurat w przypadku wybitnego kompozytora może być mowa tylko o "jednej stronie". Podobnie z Lechoniem, który według Iwaszkiewczowej jedynie udawał homoseksualistę: "najśmieszniejszym jest już to pozowanie na tego rodzaju 'przyjaźń', jak stale robi to Leszek. Przecież ten człowiek obnosi się wiecznie z jakimś chłopakiem (który, mam wrażenie, często nudzi go śmiertelnie, co było z Wackiem), jedynie po to, aby mówiono, że to jego kochanek. Chce koniecznie uchodzić za bardziej chorego nerwowo i zdegradowanego, niż jest rzeczywiście" (26.III.1924).
Nie bardzo wierząc w homoseksualizm u innych, Iwaszkiewiczowa nie wiedziała co począć, gdy jej samej przytrafiła się fascynacja kobietą, aktorką i publicystką Marią Morską, wieloletnią miłością Antoniego Słonimskiego. W "Dzienniku" najpierw zapisała tylko "spotkałam Marię" (4.IV.1925), a potem relacjonowała ich poznanie się w Beaulieu: "spotkałam w sklepiku tabacznym przypadkiem tę dziwną, czarowną, niezapomnianą kobietę", a także wspólne spędzony czas: "te parę dni, kiedy żyłam w jakimś niepojętym oczarowaniu przez tę kobietę, zatarło we mnie myśl o Tolku i jego roli w jej życiu. Ona tylko w ogóle stała się dla mnie jakąś niewypowiedzianie uroczą i tajemniczą istotą, od której myślą nie byłam w stanie się oderwać. Widywałyśmy się codziennie" (3.V.1925).
Przez następne miesiące pełne egzaltacji wspomnienia Morskiej regularnie pojawiają się na kartach "Dzienników": "O Mario, Mario, czym jesteś? Czym jest twoje wspomnienie, czym jest moja tęsknota za Tobą? Czyż to wszystko nie pryśnie, kiedy naprawdę cię zobaczę? Myśl o spojrzeniu znowu w twoje przedziwne niebieskie oczy zdaje mi się czymś niemożliwym, nierealnym, czymś, co graniczy z bajką. Czasami kiedy wspominam cała naszą kilkudniową zaledwie znajomość, to wydaje mi się, że we śnie tylko to wszystko przeżyłam i że z tego dziwnego snu pozostało, jak to często bywa, jakieś niezwykle intensywne, bolesne zarazem i słodkie wspomnienie" (6.X.1925). Niewiele zmieniło kolejne spotkanie, Iwaszkiwiczowa zapisała: "Mam wrażenie, że widziałam ją jakby we mgle, tak jak widzi się publiczność grając na scenie teatru amatorskiego; odczuwa się tylko tremę i jakąś dziwną nieprzytomność, w której słowa roli, jakby mechanicznie, same z nas wychodzą. Kiedy wyszłam, myślałam, że ten czar, który na mnie wywierała, skończył się. Nie czułam żadnego wzruszenia, ale miałam ją ciągle przed oczyma i znowu ciągle widziałam jej oczy, jej niesamowite, nieprawdopodobnie piękne, przerażające oczy..." (1.XII.1925).
Po roku Anna znów wyjeżdża do Beaulieu, tym razem Morskiej tu nie ma. Wspomina ich spotkanie w Warszawie: "Umówiłam się jeszcze z nią w przeddzień wyjazdu, żeby wziąć książki na drogę, i wróciłam. Po drodze nie myślałam o niczym konkretnie, ale biegłam prędko, bo zdawało mi się, że uciekam od czegoś, co gniecie mnie i nieznośnie kłuje gdzieś pod sercem w zupełnie określonym i namacalnym miejscu" (19.III.1926).
Uczucie, które tak Iwaszkiewiczową niepokoiło i przed którym uciekała, nie jest znowu tak trudne do odgadnięcia. Samą zainteresowaną najbardziej przerażała myśl o homoseksualizmie Morskiej: "W głowie mąci mi się, kiedy o tym wszystkim myślę, to wszystko jest tak zawiłe, a tak ze wszystkich stron, jakby naprawdę nie było - bolesne. Bo o ile ona jakimś cudem naprawdę byłaby czystą, to jakaż mogłaby być tego przyczyna? Czyż nie ta, o której na samą myśl coś mi serce zamraża. Nie to, co kiedyś mówił mi Jarosław, że twierdzi o niej Leszek? Ta myśl przeraża mnie dlatego, że wtedy sumienie moje zmuszałoby mnie odsunąć się od niej, bo gdyby ona dowiedziała się, że taką rolę odgrywa w moim życiu, to na czym to wszystko skończyłoby się?!" Pomocy Anna postanowiła szukać u księdza: "kiedy najbardziej szczerze mówiłam Nowakowskiemu o tym, że naprawdę moje uczucia dla niej są czyste i że chciałabym móc zrobić coś dla jej duszy, która niepokoi mnie i jest mi droga, on jako kapłan pominął to, tylko powiedział te tak przerażające dla mnie słowa: 'Strzeż się, dziecko, bo na tej drodze ona może łatwo cię wciągnąć'. Więc nie znając jej przypuszczał od razu, że jest tu coś takiego. Więc te rzeczy zdarzają się jednak tak często?!" (20.III.1926).
Wreszcie przyszło potwierdzenie przypuszczeń Anny: "Bałam się dawniej dowiedzieć, czy w ogóle Maria skłonna jest do tych rzeczy, ale do głowy mi nie przychodziło, że dowiem się tego właśnie w stosunku do siebie. A więc teraz już koniec z tym. Muszę mieć odwagę z tym skończyć, skoro wiem. Bo wreszcie, czy tak, jak mówiła Eberowa [siostra Morskiej], ona 'wyobraża sobie' czy 'wmawia sobie', to czy też tak jest rzeczywiście, nie ma żadnego znaczenia. Ostatni raz piszę o tym, o niej" (23.IV.1926). Tego przyrzeczenia nie udało się zrealizować, jeszcze kilkakrotnie Iwaszkiewiczowa wracała do całej sprawy, pisała rozpaczliwie: "Nie wiesz, że teraz ciągle żegnam cię w myśli, że każdej chwili, kiedy widzę twoje pytające cudowne niebieskie oczy, to myślę, że muszę o nich zapomnieć, że muszę spod powiek wyrwać obraz, który zawsze tam tkwi i rani mnie i ten ostatni, właśnie najbardziej ten ostatni wyraz twoich oczu wyczekujących jakby z żalem, jakby z żądaniem odpowiedzi, której dać nie mogę, nie dam nigdy..." (29.V.1926).
Jeden z ostatnich zapisów w "Dziennikach" poświęcony Morskiej brzmi szczególnie dramatycznie: "Wiem na pewno, że nie usłyszę słodkiego, trochę dziecinnego jakby głosu, nie zobaczę oczu niezapomnianych i rąk, tych rąk najpiękniejszych chyba na świecie, o długich, nieprawdopodobnie delikatnych ostrych palcach, tych rąk, które tak bardzo zawsze pragnęłam całować, ach naprawdę, tylko ręce, tylko ręce... Wtedy wiosną zrozumiałam całą straszliwą słodycz, całą przepaść pokusy i odeszłam, na zawsze odeszłam" (8.I.1927).
Choć Jarosław prawdopodobnie nie wiedział o fascynacji żony Marią Morską, doskonale zdawał sobie sprawę z jej biseksualizmu, po latach pisał w "Dzienniku" o swoim związku: "Oczywiście były tu i wszystkie sprawy, na których mogli sobie używać freudyści: przeniesienie na Hanię obrazu matki (zresztą Hania w wielu rzeczach bardzo mamę przypomina), chłopięcość Hani w młodości, jej pociąg do kobiet, który zresztą zanikł w miarę czasu itd. itd." (22.III.1958). "Dziennik" Iwaszkiewicza odpowiada zresztą na dużo więcej pytań, także dotyczących samego małżeństwa, które mimo upływu lat, szeregu romansów Jarosława, choroby psychicznej Anny, a także jej dewocji, okazało się nadzwyczaj trwałe i szczęśliwe. Pisarz przyznawał: "Właściwie mówiąc, nasze małżeństwo jest bardzo szczęśliwe, chyba najszczęśliwsze ze wszystkich, jakie znałem, bez żadnych wielkich dziur" (9.IV.1966).
Maria Morska zmarła w 1945 r. w wieku zaledwie 50 lat, nie pojawia się w powojennych zapiskach Iwaszkiewiczowej. Anna przeżyła ją o prawie 35 lat, zmarła 23 grudnia 1979 r. Nie minęły nawet trzy miesiące, a umarł także Jarosław. Zaledwie kilka lat wcześniej zapisał w "Dzienniku": "zostaje we mnie uczucie radości i wdzięczności dla Hani, która stała się taka nudna i nieznośna, ale jest taka jedyna na świecie, gdybym jej nie spotkał, to co bym ja robił?" (25.III.1974).
Krzysztof Tomasik
chciałem coś pisać..... ale myślę że tylko zniszczę to coś co ten tekst obudził.. tęsknotę za czymś...
bardzo dobry jeżeli wolno mi tak mówić o czymś co opisuje historię tak tragiczną, ale chyba piękną za razem....
pozdrawiam.