W kalendarzu na stałe widnieje kilka szczególnych nocy, jak choćby Wigilia czy - w wersji dla ateistów - noc świętojańska. W tym roku w Poznaniu zdarzył się jeszcze jeden, nadprogramowy wieczór cudów. Jako że przypadł na szczególną datę, 1 kwietnia, trudno było zgadnąć, na ile poważnie można było traktować zapowiedź organizatorów koncertu Heleny Vondrackovej w poznańskim klubie Sfera...
W kalendarzu na stałe widnieje kilka szczególnych nocy, jak choćby Wigilia czy - w wersji dla ateistów - noc świętojańska. W tym roku w Poznaniu zdarzył się jeszcze jeden, nadprogramowy wieczór cudów. Jako że przypadł na szczególną datę, 1 kwietnia, trudno było zgadnąć, na ile poważnie można było traktować zapowiedź organizatorów koncertu Heleny Vondrackovej w poznańskim klubie Sfera.
Nieco chyba sceptycznie nastawiona publika schodziła się z wolna, ginąc w kłębach scenicznego dymu, nader obficie i jakby dla zmyłki rozpylonego po całym lokalu. Małe opóźnienie potwierdzało podejrzenia o żart, choć z drugiej strony trudno w dzisiejszych czasach o punktualne gwiazdy: ostatni koncert Kasi Kowalskiej na Zamku opóźnił się o półtorej godziny, a Ireny Santor w Teatrze Wielkim - też o dobre 30 minut. Tak więc jeszcze wpół do pierwszej nic nie zapowiadało skali wydarzenia.
W końcu, po krótkiej zapowiedzi, Helena stanęła na scenie. Jak zwykle dystyngowana w każdym calu, acz energiczna.
Ubrana gustownie w efektowną, błękitną bluzkę i jasne spodnium, dobitnie podkreślające niezmiennie zgrabną sylwetkę. Doskonale tego świadoma artystka jeszcze dwukrotnie zmieniała kostiumy, by zakończyć występ w pięknej czerwonej sukni. Ale nie uprzedzajmy biegu wydarzeń.
Publiczność, która w pierwszym momencie przyjęła Helenę nieco chłodno, być może zrażona mniej znanym repertuarem, z piosenki na piosenkę coraz bardziej się ożywiała. Tylko co niektórzy, najwyraźniej doskonale obeznani z twórczością piosenkarki, śpiewali razem z gwiazdą. Jednak gdy rozbrzmiały pierwsze takty najbardziej znanych przebojów, występ nabrał zupełnie innego tempa: parkiet szybko się zaludniał i falował coraz intensywniej.
Największy entuzjazm wzbudził rzecz jasna "Malowany dzbanek" (przebój, którym Vondrackova podbiła festiwal sopocki w 1977 roku, jakim cudem młodzież tak dobrze go pamięta?), oraz - jakże by inaczej! - czeskojęzyczna wersja "I Will Survive" w tanecznej aranżacji, jaką przed kilku laty zaproponowała Diana Ross. Potem nastąpiły kawałki w stylu pań Lopez i Cher, i nie trzeba było długo czekać, żeby coraz liczniejszy tłum pod sceną ruszył do szalonego tańca. Helena także się nie oszczędzała i po kilku tanecznych kawałkach zaczęła ukradkiem ocierać pot ze skroni.
Okazało się jednak, że to dopiero początek atrakcji, bowiem widzów czekała kolejna niespodzianka: nieco już zmęczona gwiazda postanowiła się przebrać, a schodząc ze sceny zapowiedziała nie kogo innego, jak samą Marylę Rodowicz. Panie - jak wiadomo - przyjaźnią się serdecznie i w zasadzie można było się spodziewać, że obecność Vondrackovej na scenie Sfery wiąże się ze znakomitym (i świetnie przyjętym) występem Maryli pod koniec stycznia, niemniej mało kto spodziewał się pojawienia obydwu artystek w komplecie.
Maryla - jak wiadomo - wielka jest, więc potrzebowała zaledwie chwili i wiązanki swoich największych hitów, by rozgrzać publikę do czerwoności. Zaraz potem powróciła Helena (już w czerwonej sukni), i wtedy dopiero panie pokazały, na co je stać. W repertuarze Maryli nic nie porusza mas bardziej, niż "Maryśka", stąd trudno się dziwić, że po wykonaniu tej piosenki widownia całkiem oszalała, dopominając się wciąż więcej i więcej. I dostała, czego chciała: artystki bisowały co najmniej trzy razy. Na koniec jeszcze raz wspólnie wykonały "Malowany dzbanek", by wreszcie wśród rzęsistych braw ostatecznie zniknąć ze sceny.
Rzecz jasna nie oznaczało to końca imprezy - zaraz po części artystycznej dj przypomniał rozochoconym tancerzom kilka klasycznych, dyskotekowych kawałków ABBY, Boney M i Village People, by na koniec powrócić do rytmów jak najbardziej współczesnych. Zabawa trwała do białego rana...
A wszystkim tym, którzy mimo nie poczuli się do końca usatysfakcjonowani poziomem występów (choć nawet ci początkowo zdegustowani pląsali potem roześmiani razem z innymi), pozostaje na pociechę zapowiedź kolejnej atrakcji: W czerwcu na scenie Sfery stanąć ma kolejna niepowtarzalna i tym razem jak najbardziej autentyczna gwiazda przez Duże G - sama Edyta Górniak.
Czego sobie, Sferze oraz Państwu życzę...
koosie
PS.
Imiona bohaterek zostały zmienione.
Wszelkie podobieństwo do oryginalnych postaci scenicznych jak najbardziej zamierzone.
To nie 'inwazja mocy'...