Będzie osobiście. Poniekąd zbliżająca się wiosna uczyniła mnie jakoś nieco bardziej sentymentalnym. Różne spotkania i rozmowy nastroiły nostalgicznie. Postanowiłem zatem dać wyraz moje, słusznie zauważonej przez licznych czytelników i czytelniczki mniej liczne, grafomanii i napisać felieton osobisty...
Będzie osobiście. Poniekąd zbliżająca się wiosna uczyniła mnie jakoś nieco bardziej sentymentalnym. Różne spotkania i rozmowy nastroiły nostalgicznie. Postanowiłem zatem dać wyraz moje, słusznie zauważonej przez licznych czytelników i czytelniczki mniej liczne, grafomanii i napisać felieton osobisty.
Swego czasu byłem gościem słynnego programu Ewy Drzyzgi "Rozmowy w Toku". Wystąpiłem tam razem z Naczelnym "Innej Strony", czyli Januszem Marchwinskim (który do dziś nie może mi darować, że go to tego namówiłem) oraz pewnym przystojnym młodym człowiekiem, który w studiu siedział obok mnie. Młody ów człowiek ma na imię Tomek i był wówczas moim partnerem, z którym przeżyłem fantastycznych dziesięć lat. Nie chcę i nie mogę - nie mam do tego prawa - opowiadać szczegółów naszego wspólnego życia czy przyczyn rozstania, ale chcę napisać o dwóch pytaniach, jakie najczęściej są mi stawiane właśnie w reakcji na ową informację o naszym pożyciu - i o rozstaniu.
Pytanie pierwsze zazwyczaj brzmi: jak to możliwe, że udało wam się tak długo być razem? Najczęściej odpowiadam: ponieważ Tomek jest człowiekiem anielskiej cierpliwości i jakoś znosił moje liczne napady szału / depresji / innych tym podobnych stanów. Ale poważnie, myślę, że sekret jest następujący: związek to przede wszystkim umiejętność przechodzenia do porządku dziennego nad różnymi złymi rzeczami, które w nim się przytrafiają. I od razu dodaję: wcale nie chodzi o zdrady czy jakieś wielkie nieszczęścia. Przeciwnie: chodzi o cała masę różnych codziennych niedociągnięć, niedoskonałości, o zły humor we czwartek i niespodziewany napad radości w poniedziałek, o przejawach egoizmu, a czasem nadmiernego altruizmu, a gadanie wtedy, kiedy drugi jest śpiący i spanie, kiedy drugi chce pogadać, o to, że jeden woli teatr, a drugi kino, o to, kto w końcu pozmywa te gary, o to kto kupi te cholerne bułki i że przecież wyraźnie mówiłem, że nie lubię szpinaku. O duperele, które tak często niszczą różne wspaniałe związki. Wielkoduszność: to jest chyba najważniejsza cecha kogoś, kto poważnie myśli o naprawdę wieloletnim związku. Byłem z Tomkiem tyle lat, ponieważ umiał być wielkoduszny wobec mnie (a czasem także i odwrotnie...)
Tak, czasem chodzi także o zdradę i seks na boku. Bez podtekstów: nie to było przyczyną rozstania mojego i Tomka. Ale z tego, co obserwuję, to jest bardzo duży problem w naszych, gejowskich czy lesbijskich związkach i myślę, że tu nie ma uniwersalnej rady, niestety. Przynajmniej ja nie jestem na tyle mądry, żeby ją podać. Mogę się jedynie odwołać do mojego mistrza intelektualnego, Michela Foucault, i za nim powtórzyć: nie kopiujmy wzorców heteroseksualnych. Monogamia jest normą kulturowa, bardzo głęboko wdrukowaną w naszą tożsamość, ale jednak kulturową. Oznacza to, że jedni z nas są bardziej, a inni mniej monogamiczni. Niektórzy zaś zupełnie nie potrafią żyć z jednym partnerem seksualnym, co jednak, jak podkreślał Foucault, nie oznacza, że nie są zdolni do miłości. Po prostu: oddzielają miłość od seksu. Jest po polsku książka amerykańskiego terapeuty, Dona Clarka, "Lesbijki i geje. Jak ich kochać". Otóż Clark wyróżnia trzy poziomy seksu: seks miłosny, będący wyrazem relacji miłości; seks przyjacielski, będący elementem relacji przyjaźni łączącej dwie osoby oraz seks rekreacyjny, będący po prostu dobrą zabawą. To trochę tak, jak z jedzeniem: można zjeść uroczystą kolację z ukochanym / ukochaną, można zjeść obiad z przyjacielem, a można wpaść na szybkiego, za przeproszeniem, hot-doga. I oczywiście są tacy, którzy nie uznają "szybkiego jedzenia", ale są tacy, co od czasu do czasu lubią uzupełnić dietę niezdrowym skądinąd hamburgerem. I takie są fakty: jesteśmy różni. Staram się powtarzać (także sobie samemu, rzecz jasna), że musimy się nauczyć nie tylko akceptować tę różnorodność, ale cieszyć się nią. Wiem, że to są strasznie trudne rzeczy i bardzo intymne, ale chcę powiedzieć tyle: nawet w tak trudnych sprawach czasem, ze względu na miłość, potrzeba wielkoduszności.
A drugie pytanie, jakie jest mi stawiane, jest reakcją na informację, że nadal utrzymujemy z Tomkiem kontakt i że, co więcej, uważamy się za przyjaciół. Jak to możliwie? Po co? Musisz zapomnieć, żeby zacząć nowe życie! Odpowiadam: zapomnieć, tak, ale nie o związku (bo jak wymazać z pamięci dziesięć lat?), ale o tym, co było złe. Na szczęście, pomijając różne traumy, nasza pamięć funkcjonuje w ten właśnie sposób: zapominamy złe rzeczy, pamiętamy dobre. Otóż wydaje mi się, że wielu z nas hołubi w sobie nienawiść do "byłego" lub "byłej" z zapałem godnym lepszej sprawy. Efekt jest taki sam, jakby uporczywie grzebać patykiem w ranie. Jest coraz gorzej. Tymczasem zazwyczaj jest tak, że wina nie leży po jednej ze stron, jeśli w ogóle można mówić o jakiejś winie. Czasem po prostu miłość umiera i nie ma na to rady. Wtedy jednak można ocalić z niej wszystko to, co dobre i zamienić w przyjaźń. My z Tomkiem wybraliśmy taką właśnie drogę. Co i Wam polecam, mając świadomość, że wiosna, a z nią różne kłopoty "sercowe", coraz bliżej...
Jacek Kochanowski
To prawda felieton jest sprwa subiektywna, musze sie z tym zgodzic, a nawet chce...
Chodzi jednak o to, ze ten, kto pisze felietony powinien brac odpowiedzialonosc za to, ze ksztaltuje opinie innych. Z calym szacunkiem dla wszystkich i kazdego z osobna, ale wiadomo ( a nie ja to odkrylem, odkryla to psychologia:-)), ze ludzie czytajac wypowidzi (w tym wlasnie felietony) osob popularnych (a tak wlasnie mysle o panu Kochanowskim, jako o osobie popularnej...)przyjmuja ja bezkryycznie.
To wielka odpowiedzialnosc jest, mnie sie wyfaje, ze bardzo wielka i dlatego ten feliton mnie sie nie podoba.
Zle jest kiedy osoba popularna, naukowiec....foruje cos.
Ot tyle....
Felietony to trudna sztuka, niewielu potrafi je popelniac dobrze. Ja nie umiem - nie popelniam. To, ze ktos jest doktorem, to , ze jest sie opoularnym - jeszcze nie daje prawa do bycia autorem felietonow...
Powyższy tekst nie jest wywodem naukowym, a felietonem!! To jest bardzo istotne różnica, bo felieton jest tak bardzo subiektywny, jak to tylko możliwe, a jego autor może mieć najrozmaitsze poglądy. Takie są widać Jacka, nikt nie musi się z nimi zgadzać.
Moją intencją zresztą nie było jakoś strasznie gorliwie bronić tego tekstu.
Pozdrawiam -
T.
Moja wypowiedz i moje poczatkowe stwierdzenie "pieprzmy sie", ze zacytuje, to moj swiatopoglad i mam do niego prawo. Tak jak i wiele osob ma prawo do skokow w bok, hot-dogow i sexu dla sexu.
Nie podoba mi sie jednak i to bardzo, ze pan Kochanowski w swoim eseju nie jest obiektywny (proponuje przeanalizowac go raz jeszcze, rowniez pod wzgledem formalnym), to nie jest sesej naukowy ani nawet pseudonaukowy. To mym zdaniem cos najgorszego - cos napisanego pod publiczke, dla zaspokojenia czytelnikow...i unaukowienia swoim autorytetem zachowan duzej zapewne grupy homoseksualistow...
Tak sie nie robi!
Dowodem tego o czym mwoei sa komentarze czytelnikow zamieszczone pod "nasza" dyskusja...
Pozdrawiam
Michal
Twoje wypowiedzi sa trafne i sensowne.
etykę zostawmy na boku - bo to nauka o moralności, więc musi być jedna. ale nie wydaje mi się, aby badała jedną morlaność!
http://pl.wikipedia.org/wiki/Etyka
Pozdro
Mysle jednak, ze nie mozna mowic o moralnosci katolickiej. Moralnosc jest ludzka i jest czyms wykraczajacym podan katolicyzm, buddyzm i wszytkie inne religie.
Moralnosc to przejaw etyki!]
Etyka jest jedna, moze byc warunkowana przez kulture, religie a nawet czas, w ktorym zyjemy - jest jednak jedna.
np. w sferze moralności katolickiej czynne współżycie homoseksualne, nawet kompletnie monogamiczne i czynione w ukryciu, jest niemoralne! czy to znaczy, że katolicyzm nie odkrył właściwej i tej jednej moralności, czy to może ja się do niewłaściwej moralności stosuje? a może też w 10 przykazaniach nie chodzi o moralność, tylko tolerowanie lub nietolerowanie pewnych zjawisk?