Do najżałośniejszych widoków w knajpie gejowskiej zalicza się drewniany, napakowany heteryk z płaskim tyłkiem o niskim zawieszeniu, okrzyczany nie wiedzieć czemu symbolem seksu, wykonujący pożal się boże striptiz przed homoseksualną publicznością. Takiej refleksji doświadczyłem podczas wyborów Mena Wielkopolski w ubiegły weekend...
Do najżałośniejszych widoków w knajpie gejowskiej zalicza się drewniany, napakowany heteryk z płaskim tyłkiem o niskim zawieszeniu, okrzyczany nie wiedzieć czemu symbolem seksu, wykonujący pożal się boże striptiz przed homoseksualną publicznością. Takiej refleksji doświadczyłem podczas wyborów Mena Wielkopolski w ubiegły weekend. Z ekscytacji piszczeli tylko co bardziej napruci widzowie, bo show pozostawiał wiele do życzenia.
(Z tego co słyszałem, podobnie piorunujące wrażenie robią występy najbardziej zawodowych striptizerek przed lesbijkami. To doskonały poligon, na którym jak na dłoni widać, czym obie orientacje różnią się od siebie. Wprawne wymachiwanie piersiami doskonale poprawia samopoczucie panom, ale akurat na lesbijkach nie musi wywoływać ani grama ekscytacji.)
Piątkowym występom z pozoru nie brakowało niczego: były ruchy bioderkami, symulacja ruchów posuwnych nad podłogą, napowietrzna minetka, no i duża ilość nagiego ciała. Wszystko jednak podlane ciężkim sosem wyćwiczonej rutyny przy wdzięku zredukowanym do poziomu wózka widłowego. Chwilę później na scenę wkroczyli kandydaci to tytułu Mena i w tej samej konkurencji do reszty pogrzebali sławę profesjonalisty: przynajmniej dwóch zaprezentowało wdzięczny zestaw figur, których tamten mógłby się od nich uczyć, gdyby tylko był wystarczająco gibki.
Nota bene bezproblemowość, z jaką chłopcy zrzucili z siebie szybciutko całą odzież i pomysłowość w eksponowaniu wygolonych miejsc intymnych nasunęły podejrzenie, że nie są bynajmniej amatorami. To chwyt często stosowany przez kluby heteryckie: dla podniesienia temperatury na widowni - a w konsekwencji spożycia napojów chłodzących - na konkursy Miss Mokrego Podkoszulka zwożone są prawdziwe fachurki, które w takich wypadkach występują przed publicznością jak najbardziej właściwą. Podejrzenia dodatkowo pogłębiał fakt, że imprezę firmował swą winietką miesięcznik erotyczny, a kolesie startujący do miana Faceta Wielkopolski pochodzili z Warszawy i Szczecina.
Wszystko to jednak kwestie drugorzędne, gotów byłbym przełknąć podobną manipulację wobec zamiaru urządzenia atrakcyjnego show, który niestety spalił na panewce. Być może atmosfera dałaby się podgrzać dużo bardziej, gdyby dopisała publiczność. Niestety, mimo patronatu dwóch potężnych mediów: prasy i internetu, mimo naciąganych w swej treści maili, zapowiadających występy tajemniczych gwiazd z Warszafki (wieść gminna głosiła nawet przybycie znanego prezentera telewizyjnego oraz piosenkarza), w nowym klubie na obrzeżach miasta próżno było wypatrywać tłumów, jakie stały się jego udziałem w dniu otwarcia kilka tygodni temu.
W żadnym stopniu nie usprawiedliwia to natomiast faktu, że impreza, podobnie jak wszystkie inne gejowskie szopki, jakie dane mi było ostatnio przećwiczyć na własnej skórze, sprawiała wrażenie mocno improwizowanej. Urok i doświadczenie Zazy nie starczył za wszystko i nawet po kilku głębszych nie potrafiłem uwolnić się natrętnego pytania: i to już? Nie po raz pierwszy poczułem się zlekceważony założeniem, że będę na tyle pijany i napalony na gołe tyłki i tatuaże, by zrobiło mi się wszystko jedno, czy cokolwiek na scenie ma jeszcze kończyny.
To tylko jeden z przejawów infantylizacji społecznej, którą społeczność gejowska wydaje się dotknięta podwójnie, bo reklamodawcy, na których zawsze jeszcze może liczyć kultura powszechna (o Kulturze nie śmiem nawet napomykać) szerokim łukiem omija wszystko, co może się kojarzyć jednopłciowo. Na efekty nie przyszło długo czekać: reaktywacja Gejzera najlepiej pokazuje, że bez dupy w zbliżeniu niczego już się gejom w tym kraju nie wciśnie.
W największych miastach Polski OBOP prowadzi właśnie badania mężczyzn "mających kontakty seksualne z mężczyznami" (he!). Prawdziwie rozbawiło mnie pytanie na temat nawyków czytelniczych gejów. Z jakich pobudek sięgają po prasę branżową: Po informacje? literaturę? żeby dowiedzieć się o planach i działalności swoich organizacji? Z rozrzewnieniem wspomniałem czasy, kiedy tak faktycznie bywało.
Żeby nie było nieporozumień - nie brak w tym kraju zapaleńców, dzięki którym dochodzą do skutku rewelacyjne przeglądy filmowe, konferencje, zloty, wszelkiej maści warsztaty i panele. W samym Poznaniu odbyło się w ostatnich miesiącach tyle imprez, że momentami trudno było dokonać wyboru. Ale nie o takich eventach marudzę i nie takich atrakcji się domagam, a to z prostych przyczyn: to imprezy niszowe, nie masowe, i trudno przyjmować, że w jakimkolwiek stopniu dotyczą SZEROKO pojętego środowiska, a po drugie - dla mnie akurat ważniejsze - dotyczą najczęściej dorobku cudzego, bo importowanego.
Wystarczy pobieżnie przejrzeć program ostatniego Berlinale, by pojąć różnicę. Nawet w krajach, których nigdy byśmy o to nie podejrzewali, powstają co roku filmy o gejach - w programie było ich co najmniej kilkanaście, co mocno daje do zastanowienia.
Zgoda, to akurat świadczy o liberalnych nastrojach społecznych w tych krajach. Zgoda, ktoś musiał na to wyłożyć pieniądze, może nie od razu ogromne, ale zawsze. Ktoś musiał dopuścić produkt do rozpowszechniania. Ktoś musiał chcieć go pokazać. Ktoś wytypował go do konkursu uznając, że jest się czym pochwalić. Tymczasem w Polsce wiadomo: kinematografia leży, w kulturze mizeria ogólna, na wszystkich polach uwarunkowania, czarna dyktatura, brak funduszy i aprobaty, i ogólna niemożność.
To wszystko prawda. Ale żaden z tych powodów nie uzasadnia braku w Polsce gejowskich kabaretów, klubów sportowych, towarzystw śpiewaczych, chórów, zespołów tanecznych, grup artystycznych, galerii, rysowników z prawdziwego zdarzenia. Do tego rodzaju działalności rozrywkowej i twórczości nie trzeba ani wielkich pieniędzy, ani aprobaty. Wystarczy odrobina wolnego czasu i dobrych chęci.
To w żadnym stopniu nie usprawiedliwia braku na wolnym rynku normalnej gejowskiej gazety, choćby nawet czarno-białej, ale za to miarodajnej i opiniotwórczej, którą - będę powtarzał to do znudzenia - dałoby się czytać, i to publicznie. To nie ma nic wspólnego z faktem, że na łamach popularnych portali i jedynego pisma z ambicjami czytam teksty nie tylko pozbawione znaków przestankowych, ale w ogóle jakiegokolwiek sensu.
NIE WIERZĘ, ŻE NIE MAMY NIC DO POWIEDZENIA.
NIE WIERZĘ, ŻE NIE ISTNIEJE ZAPOTRZEBOWANIE NA RZECZY ODBIEGAJĄCE POZIOMEM OD BEŁKOTU ESEMESÓW.
Nie wierzę, że ten marazm to ze strachu, dla wygody i świętego spokoju. Szeroko pojęta kultura nie rozwija się li tylko w szklarnianych warunkach opieki państwa i akceptacji społecznej, wręcz przeciwnie. Brak czegokolwiek, próżnia wypełniona fiutami, która mnie otacza, to czysty produkt konformizmu, upadku poczucia wspólnoty, całkowity zwis i lenistwo. I ja tym lenistwem czuję się obrażony.
Bo jakkolwiek bym nie lubił zawiesić oka na dupie, czasem mam ochotę na więcej. Nie od razu na polską "Śmierć w Wenecji", Bacona, Platona, geniuszu na miarę Viscontiego czy artyzmu George'a Michaela. Nie potrzeba mi nawet jawnie żyjących gwiazd sceny i szklanego ekranu, które swymi błyskotliwymi dowcipami podnosiłyby poczucie wartości całego środowiska. Na początek w zupełności wystarczy dobre opowiadanie, skecz, komiks, piosenka. Drag queens, które z szacunku dla widowni naprawdę przygotują się do występu, zamiast przywozić ze sobą autokary wypełnione klakierami.
Tyle że wtedy pewnie przestanie być swojsko przaśnie i pies z kulawą nogą się nawet nie zainteresuje. Dzięki temu lektury na miarę genialnego "Lubiewa" nie doczekamy pewnie przez najbliższe 10 lat. I dlatego kolejne wydarzenie w Poznaniu, na które się wybiorę, to następne wybory, tym razem do tytułu Mister Gay, bo nawet Mistera nie możemy mieć jednego, tylko pod egidą dwóch różnych czasopism, jakby nie robili ich ci sami ludzie.
Czy muszę wspominać, że na Zachodzie tego typu plebiscyty wyłaniają reprezentantów środowiska, a nie tylko jednosezonową atrakcję na rozkładówki sponsorujących je gazet? Chyba nie ma sensu... Lepiej ściągnąć sobie z sieci następny film, to w dzisiejszych czasach nic nikogo nie kosztuje. W przeciwieństwie do nieobecności i milczenia, także w wymiarze kulturowym, za które będziemy płacić jeszcze długie lata.
Niech przez ten czas nadal zabawiają nas drewniani heretycy z płaskimi tyłkami. Sami chcieliśmy!
Marcin Pietras
Pietras istnieje od kiedy istnieje Internet. Komentuje i opisuje bezpośrednio i wprost gejowską kulurę i rozrywkę. Zazwyczaj, w moim odczuciu, nie myli się w swoich ocenach. Jest ostry, ale sprawiedliwy. Poza tym ma dystans i do siebie i do całej gejowskiej społeczności... Zarzucanie mu kompleksów jest nawet zabawne...
Poza tym Pietras od dziesięciu lat robi właśnie to, do czego namawia w tekście - jest aktywny. Prowadzi własny serwis, gdzie oddaje się swojej pasji podglądania i prezentowania tego, co w gejowskiej popkulturze ciekawe i wartościowe... Są różni aktywiści gejowscy... Pietras do nich należy.
Nagle pokazuje się jakiś facet, który robi dokładnie to, co sam mu zarzuca: okropnie się przegina i jest po prostu tylko złośliwy. Różnica jest taka: jeden faktycznie coś robi a drugie chyba raczej nie. Więc z czym do ludzi?
Wiem, że jako współautor tego portalu nie powinienem na takie głupie wpisy reagować, ale nie potrafię, bo są głupie, złośliwe i obraźliwe.
Jeśli chcesz dyskutować to proszę bardzo, ale najpierw dowiedz się coś na temat ludzi / rzeczy, które krytykujesz.