Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych - a zwłaszcza ich wynik - zwróciły uwagę na niezwykłe ugrupowanie lobbystyczne: The Log Cabin Republicans, stowarzyszenie gejów-konserwatystów. Nazwa ta odnosi się do domku z drewnianych bali z czasów pionierskich, w jakim urodził się prezydent Abraham Lincoln. Podczas poprzednich wyborów amerykańscy homokonserwatyści popierali usilnie kandydaturę George W. Busha przeprowadzając nawet akcje zbiórki pieniędzy wśród zamożnych i dość głęboko zakamuflowanych gejowskich przedsiębiorców. Dość rychło musieli się jednak przekonać, że homoseksualizm i konserwatyzm amerykańskiego chowu - w potocznej mowie "homocons" - nie jest jednak harmonijną mieszanką...
Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych - a zwłaszcza ich wynik - zwróciły uwagę na niezwykłe ugrupowanie lobbystyczne: The Log Cabin Republicans, stowarzyszenie gejów-konserwatystów. Nazwa ta odnosi się do domku z drewnianych bali z czasów pionierskich, w jakim urodził się prezydent Abraham Lincoln. Podczas poprzednich wyborów amerykańscy homokonserwatyści popierali usilnie kandydaturę George W. Busha przeprowadzając nawet akcje zbiórki pieniędzy wśród zamożnych i dość głęboko zakamuflowanych gejowskich przedsiębiorców. Dość rychło musieli się jednak przekonać, że homoseksualizm i konserwatyzm amerykańskiego chowu - w potocznej mowie "homocons" - nie jest jednak harmonijną mieszanką.
Mniej więcej dwa lata temu, okładkę lewicowego magazynu The Nation zdobiła karykatura typowego amerykańskiego "homocona" w garniturze i pod krawatem. W poprzek strony, zielonymi literami biegł wściekle napis: "Atak homoconów". Ogromna większość amerykańskich gejów, żyjąca w wielkich i postępowych aglomeracjach miejskich nie znosi i nie rozumie mentalności homokonserwatystów. Symbolem wstecznictwa i kompletnego poplątania pojęć był dla nich zamordowany populista holenderski Pim Fortuyn, który będąc gejem głosił rasistowskie poglądy polityczne.
Tymczasem polityka George W. Busha wtrąciła Log Cabin Republicans w najgłębszy kryzys w ich dwudziesto siedmioletniej historii. Homokonserwatyści czują się sprzedani i zdradzeni. I to właśnie przez prezydenta, który podczas kampanii wyborczej przed swym pierwszym wyborem solennie obiecał, że kwestie orientacji seksualnej nie staną się bronią w walce politycznej. Stało się inaczej. George W. Bush bez ogródek zwrócił się przeciwko próbom zalegalizowania wszelkich form partnerstwa homoseksualnego i uparcie dążył do wprowadzenia do Konstytucji USA poprawki, definiującej małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Wyniki referendów w kilkunastu stanach, których przywiązani do religii i tradycji mieszkańcy ogromną większością wypowiedzieli się przeciwko legalizacji homozwiązków, wyraźnie pokazały, co "zwykli ludzie" sądzą o obyczajowych nowinkach. Wyniki te potwierdziły ekipę Busha w przekonaniu, że mobilizacja skrajnie konserwatywnego elektoratu i dystansowanie się od "homoconów" było słuszną strategią wyborczą.
Przyglądając się postawie amerykańskich homokonserwatystów oraz sporej części polskich gejów, trudno oprzeć się ważeniu, że mają oni ze sobą bardzo wiele wspólnego. Log Cabins nigdy nie domagali się głośno prawa do legalizacji związków partnerskich, a już tym bardziej prawa do adopcji dzieci. Zawsze podkreślali, że odmienna orientacja seksualna jest tylko niewielką częścią ich tożsamości i że sprawy intymne powinny pozostać w obszarze prywatności, której nie powinno się wywlekać na światło dzienne. "Homoconom" nie chodzi o emancypację, lecz o dyskretną tolerancję. Za wszelką cenę pragną pozostać "normalni", nie wyróżniający się i płynący z głównym nurtem. Nie chcą mieć nic wspólnego z tak zwanym "środowiskiem", któremu przypisują wszystkie najgorsze cechy. W deklaracjach Log Cabins używana jest prawicowa frazeologia, upstrzona patriotycznymi sloganami i zapewnieniami wierności tradycji i "wartości". Z całą pewnością to oni właśnie najchętniej skorzystaliby z dobrodziejstw uznanego prawnie partnerstwa gejowskiego - bowiem dla amerykańskich tradycjonalistów "rodzina" stała zawsze na pierwszym miejscu. Ale na otwartą walką o prawo do takiego związku nigdy by się nie odważyli.
Kiedy na początku 2004 roku najwyższy trybunał stanu Massachusetts zawyrokował, że zakaz zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci stoi w sprzeczności z konstytucją, w środowisku amerykańskich gejów zapanowała radość. Już niedługo potem, przygotowujący się do reelekcji prezydent G.W. Bush przeszedł na stronę skrajnej, religijnej prawicy i zaczął głosić, że trzeba wreszcie położyć kres atakom na "małżeństwo, które jest świętą instytucją łączącą kobietę i mężczyznę". Na homokonserwatystów posypała się seria upokorzeń, przy których poprzednie wpadki okazały się niegodne wzmianki. Patrząc na politykę Busha, nikt już nie pamięta, że jakieś osiem lat temu Log Cabin Republicans wspomogli datkiem kampanię wyborczą republikańskiego kandydata Boba Dole - a ten po prostu odesłał czek, ponieważ prasa rozgłosiła, że "bierze kasę od pedałów".
Kiedy amerykańscy geje-konserwatyści wreszcie się obudzili, było już za późno. Na medialną kampanię przeciwko prezydenckim próbom zmiany konstytucji, Log Cabins zebrali milion dolarów. Za te pieniądze wyprodukowali reklamówkę telewizyjną. Słychać na niej głos wiceprezydenta Dicka Cheney'ego, który mówi, że "Ameryka jest krajem wolnych ludzi a wolność to prawo dla każdego wyboru związku, jakiego sobie życzy". Do tego obrazki murzyńskiego ruchu na rzecz praw obywatelskich i obejmujących się par. Rzecz jasna w żadnym miejscu nie pada słowo "gej" lub "lesbijka", co jest typowe dla zachowawczej postawy konserwatystów. Tym niemniej, odzew ze strony mediów w USA był ogromny. O reklamówce napisały najpoważniejsze amerykańskie gazety. Przewodniczący Log Cabins, Patrick Guerriero zapowiadał pełną mobilizację przeciwko planom Busha wszystkich gejów w administracji rządowej w Waszyngtonie - ukrytych i jawnych. Niewiele z tego wyszło, choć zamiary prezydenta pokrzyżowane zostały na razie skomplikowanymi procedurami prawnymi.
Obecność homokonserwatystów na amerykańskiej scenie politycznej pokazuje problemy osób, których przekonania polityczne i system wartości nie koresponduje z uprzedzeniami i stereotypami, jakie ciągle żywe są w tradycjonalistycznym społeczeństwie amerykańskim. Lub przynajmniej jego połowie, popierającej partię konserwatywną i prezydenta Busha. Z całą pewnością skala problemu jest w Polsce bardzo podobna. Także nad Wisłą ogromna część gejów chce pozostać w ukryciu, żyć bogobojnie respektując konserwatywne kanony i nie wychylać się na powierzchnię. I nie ma oznak rychłej zmiany takich zachowań.
Krystian Piotrowicz
samo stowarzyszenia o którym nic nie wiedziałem też ciewkawe i ciekawe jego losy skoro istnieją już dwadzieścia parę lat.