Właśnie ukazała się książka Beaty Dorosz o dziejach przyjaźni Juliana Tuwima i Jana Lechonia. Ta bez wątpienia ciekawa pozycja nie zmienia sytuacji na rynku - Jan Lechoń pozostaje znaną i cenioną postacią polskiego życia literackiego, która nie doczekała się pełnego opracowania życiorysu i rzetelnej biografii. Należący do grupy Skamander poeta był w okresie międzywojnia pasowany niemal na kolejnego wieszcza. Długie okresy milczenia, wieloletnia emigracja i zawirowania polityczne sprawiły, że dziś więcej uwagi poświęca się jego "Dziennikowi", który pisany w Stanach Zjednoczonych w latach 1949-56, został wydany w Londynie w okresie 1967-73, a w Polsce pojawił się dopiero na początku lat 90.
Naprawdę nazywał się Leszek Serafinowicz, urodził się 13 czerwca 1899 roku. Szybko zadebiutował, jego pierwszy tomik "Na złotym polu" wyszedł, gdy miał 14 lat. Następny - "Po różnych ścieżkach" rok później. Był współtwórcą słynnego kabaretu literackiego Pod Picadorem i redaktorem pisma "Pro Arte et Studio". W 1920 roku powstał Skamander. Tak Lechonia wspominał po latach w "Alei Przyjaciół" Jarosław Iwaszkiewicz, też członek tej grupy poetyckiej: "Mówiąc swoje wiersze przeobrażał się zupełnie. Stawał się piękny. A przecież znana była jego szpetota, powiększona jeszcze w początkowej epoce naszej znajomości przez dziwaczny i zaniedbany ubiór. Ojciec Lechonia był drobnym urzędnikiem, matka nauczycielką, żyli w bardzo trudnych warunkach materialnych".
Lechoń uchodził za postać tragiczną i ten wizerunek utrzymał się właściwie do dzisiaj. Na takim odczytaniu jego biografii zaważyły liczne okresy impotencji twórczej, problemy finansowe, kompleksy, kłopoty miłosne, depresje i pierwsza próba samobójcza już w 1921 roku. Po wielkim sukcesie swojego drugiego "dorosłego" tomu wierszy "Srebrne i czarne" (1924) obezwładniony powodzeniem i legendą zamilkł na długie lata. Pośrednim tego efektem było spędzenie lat 1930-39 w Paryżu, gdzie pełnił obowiązki attache kulturalnego ambasady polskiej. Wojna i klęska Francji spowodowały przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych. Tam pracował w radiu i jako redaktor kilku pism, wydał też kolejne zbiory wierszy.
W sierpniu 1949 roku zaczął pisać swój "Dziennik", który miał być swoistą terapią. Prowadził go aż do samobójczej śmierci i trzeba przyznać, że sumiennie notował codziennie wydarzenia, wspomnienia, a przede wszystkim zapisy niemocy twórczej. O swoim homoseksualizmie nie chciał, nie potrafił, a może też nie mógł pisać wprost, a jednak kwestia ta jest jedną z dominujących w zapiskach i nawet osobę niezorientowaną musi zdziwić obsesyjne wracanie do tego tematu. Jak zwykle najciekawsze okazuje się to co zostaje ukryte, a nie wizerunek, który Lechoń próbuje tworzyć.
Przez cały "Dziennik" przewijają się wzmianki dotyczące "najdroższej osoby". Pod tym określeniem kryje się wieloletnia miłość Lechonia - Aubrey Johnston. W zapiskach pozbawiony on zostaje nie tylko danych personalnych, odbiera mi się nawet płeć, bo rodzaj żeński sugeruje, że chodzi o kobietę. Są to zresztą opisy bardzo niekonkretne: "'Najdroższa osoba'. Czy wie ona, o czym sam nieraz nie wiem, że jest wciąż i chyba będzie na zawsze najdroższa?" (1 sierpnia 1951), albo: "w ostatniej mojej od ośmiu już lat sprawie na pewno jest 'najdroższa osoba', na pewno chodzi mi o nią, o jej przyszłość, spokój jej myśli, jej zdrowie." (22 lutego 1951).
Obok "najdroższej osoby" intymną sferę życia Lechonia reprezentują także "romanse". Chodzi o jego przygody seksualne, które opisane zostają jako coś złego, "brudnego", czego nie chciał i czego żałuje. Typowy zapis brzmi: "miałem dziś rano coś, co nazwałbym poetycznie 'romansem', ale co należy rozumieć bardziej realistycznie. Było to, jeśli nie wbrew mej woli, to w każdym razie dla spełnienia woli innej." (20 stycznia 1951). W tym przypadku także nie ma mowy o konkretach czy nawet określeniu płci osób z którymi się spotykał: "Nie tylko zawracanie głowy w związku z wieczorem Boya przeszkodziły mi w pracy. Ale również 'romans', wcale niekonieczny, co znaczy właściwie niepotrzebny." (10 grudnia 1951).
Natomiast już bez ogólników, za to z nazwiskami i lubością pisze Lechoń, gdy chodzi o homoseksualizm innych. Krytykuje przede wszystkim Andre Gide'a, którego Irena Krzywica scharakteryzowała w 1936 r. jako "bóstwo intelektualistów, pisarzy, krytyków i pederastów". W chwili śmierci Gide'a Lechoń notuje: "Wczoraj umarł Andre Gide. Już się wynoszą ostatni z pokolenia, które walczyło i zwyciężało, gdy byłem młody, które było legendą mej młodości. W tej chwili myślę o tej legendzie, którą Gide stworzył za swego życia i swoich pism, legendzie dziś słusznie dyskutowanej, ale w pewnym okresie potrzebnej i twórczej." (20 lutego 1951). Przy innej okazji nie zostawia na nim suchej nitki: "Prawie skończyłem to tomisko 'La Nouvelle Revue Française' o Gidzie. Cóż za mizeria! Nic w tym człowieku nie ma bohaterskiego, niezwykłego, wspaniałomyślnego i nawet w tej jednej sprawie, dla której narażał się dla opinii - w sprawie jego gustów seksualnych - wszystko życiowo układa mu się, nic nie jest w stanie zakłócić niezmiennego spokoju życia. (...) Kiedy złudzony najgłupszą propagandą pojechał do Rosji, chciał widzieć się ze Stalinem (opowiada o tym Guilloux), aby uzyskać ulgi dla pederastów. Oto hierarchia zagadnień tego człowieka." (14 stycznia 1952).
W Gidzie raziło Lechonia jednak nie tylko upominanie się o sprawy homoseksualistów, ale w ogóle poruszanie tej kwestii: "'Ainst-soit-il', ostatnie co Gide napisał - cóż za świństwo, cóż za pustka! Ten starzec nad grobem opowiada, jak mu się udawało z chłopcami w Moskwie, oblizuje się na wspomnienie jakiegoś małego Arabczyka, wzdycha, żeby mieć go ze sobą na łożu śmierci." (7 marca 1952). Z tych samych powodów zostaje skrytykowana twórczość Geneta: "Tak jak teraz to jest napisane, jest to cloaca maxima - i co najwyżej materiał dla psychiatry." (16 czerwca 1951).
Konsekwentny konserwatyzm "Dziennika" dotyczy nie tylko homoseksualizmu. Niechęć do kobiet jest wręcz chorobliwa, Lechoń z upodobaniem zbiera wszystkie mizoginiczne anegdotki, a do rzadkości nie należą stwierdzenia w rodzaju: "Kobiety to wielkie dzieci. Z ich instynktem, urokiem, żądzą władzy, aktorstwem i zbrodniczością." (11 marca 1951). Także inne grupy nie są ocenione lepiej, poeta nie ma dobrego zdania o czarnych, a nawet... głuchoniemych. Widząc w autobusie cztery osoby rozmawiające na migi zanotuje: "Bardzo dziwne widowisko zupełnej zgody na nieszczęście albo braku poczucia nieszczęścia." (8 maja 1951).
Zresztą osobom indywidualnym dostaje się nie mniej. Ze znajomych przychylnie wypowiada się chyba jedynie o nieżyjącym już wówczas Boyu-Żeleńskim, dla reszty nie ma taryfy ulgowej: Iwaszkiewicz to idiota, Jastrun - grafoman, Broniewski - zapity, Nałkowska - bez cienia oryginalności. Nie ma dobrego słowa dla Krzywickiej, Czapskiego, Terleckiego. Nawet George Sand to potworna baba wściekła na macicę, a Eleonora Roosevelt - podszyta bolszewizmem baba , która zarabia na demokracji i humanitaryzmie. W liście do przyjaciela napisze: "Miłosz jako poeta jest to gówno psie" (październik 1953).
Krytyka innych nie idzie oczywiście u Lechonia w parze z krytycznością wobec siebie. Nowelom Iwaszkiewicza "Panny z Wilka" i "Nauczyciel" zarzuca, że są skłamane i zakłamane, a jednocześnie wspominając osiem "lat rozpusty" spędzonych w Paryżu stwierdza: "Muszę to kiedyś, oczywiście dobrze ukrywszy, o co chodzi, opisać w powieści." (9 maja 1951). Choć poruszanie tematów intymnych uważa za błahe i niesmaczne, także jego te kwestie bardzo interesują: "Mickiewicz i żona wariatka, Krasiński i żona niekochana, i Delfina, Słowacki - załgany zupełnie na ten temat - przepraszam, ale chyba onanista, jeżeli nie nieświadomy pederasta, Chopin - za słaby na George Sand i niezdolny zatrzymać innej kobiety. Wyspiański - ożeniony z rezygnacji z prostą kuchta." (14 lutego 1952).
Dość ciekawe, że w ostatnich latach Lechoń stał się jednym z ulubieńców środowisk konserwatywnych i polskiej prawicy. W 2001 roku Cezary Michalski na łamach "Życia" stwierdził z uznaniem, że samobójstwo poety to wynik protestu przeciwko systemowi komunistycznemu. Pomysł sprostował w swym felietonie Ryszard Marek Groński. Wtedy odezwał się Rafał Ziemiekiwcz. W "Gazecie Polskiej" nie próbował już bronić absurdalnej tezy Michalskiego, zaprotestował przeciwko nazywaniu Lechonia gejem i obrażaniu w ten sposób wielkiego poety. Nawet jeden z mózgów "Naszego Dziennika" - Jerzy Robert Nowak powoływał się w jednym ze swoich tekstów na "słynnego poetę Jana Lechonia".
Znamienne są także książki, które w ostatnich latach poświęcono autorowi "Karmazynowego poematu". W 1999 r. w serii Biblioteka "Więzi" wyszedł zbiór wspomnień poety: "Portrety ludzi i zdarzeń" w opracowaniu Pawła Kądzieli. Natomiast Katolicki Uniwersytet Lubelski wydał "Jan Lechoń jako redaktor i publicysta w okresie nowojorskim" Stanisława J. Kowalskiego. Obie książki są tak ułożone, że nie ma w nich o homoseksualizmie autora "Balu u senatora" i nie próbują wyjaśnić tego co w jego biografii najciekawsze, a jedynie umacniają mit "tragicznego twórcy". Istnieje nadzieja, że sytuację zmieni przygotowywana przez Beatę Dorosz "Kronika życia i twórczości Jana Lechonia".
"Dziennik" poety to popis megalomanii, hipokryzji i hipochondrii, ale też dramatyczności sytuacji homoseksualisty, który nie potrafi zaakceptować swojej orientacji seksualnej. To także świadectwo, że konserwatywni geje i lesbijki nie są wynalazkiem naszych czasów, byli/były zawsze. Czasami zresztą Lechoń potrafi być w swoich zapiskach naprawdę sympatyczny, choćby, gdy opowiada anegdotę: "Matka mówi do 5-letniego synka: 'Czemuś wyszedł na drogę?' 'Piesek mnie namówił.' Matka wychodzi, wraca i konstatuje: 'Piesek mówi, że cię nie namawiał.' 'Piesek kłamie'."
Krzysztof Tomasik[email protected]
A co do Lechonia to chyba nie do końca można powiedzieć że był zakłamany nie ze swej woli, równolegle żyjący Iwaszkiewicz potrafił jakoś się „pogodzić” ze światem. A Lechoń był nie tylko prototypem konserwatywnego, ale niemal homofobicznego homoseksualisty.