Moja szkolna edukacja seksualna obejmowała dwa fundamentalne wydarzenia. No dobrze, trzy. Pierwszy etap edukacji miał miejsce na lekcji biologii, kiedy to wśród oczywistych chichotów i komentarzy podekscytowanej młodzieży pani wyrysowała na tablicy "męskie i żeńskie narządy płciowe" tłumacząc, jak to wszystko działa. Drugi etap to projekcja filmu na tzw. godzinie wychowawczej. Filmu czarno - białego, nagranego pod koniec lat sześćdziesiątych, z którego zapamiętałem przede wszystkim bardzo szczegółowy instruktaż dotyczący utrzymywania "organów płciowych" w czystości. Koniec edukacji seksualnej. Tak, był trzeci etap, trwający od wczesnych lat szkolnych i polegający na mozolnym zdobywaniu doświadczenia seksualnego w ramach mniej lub bardziej niewinnych przygód z kumplami z klasy (przy czym znaczenie zasadnicze miały jednak kolonie...).
Z braku teorii poświęciłem się zdobywaniu umiejętności praktycznych, doczytując czasem to i owo w encyklopedii i nielicznych książkach o seksie, dostępnych na purytańskim, peerelowskim rynku wydawniczym. Ponieważ wychowałam się w rodzinie agnostyków, nie miałem szczególnego problemu ze swoją, odkrytą dość wcześnie, orientacją seksualną, ale pamiętam pewne zafrapowanie związane z faktem, że wszystkie źródła, jakie były dostępne, określały homoseksualizm co najmniej jako zaburzenie. Pod tym względem seksuologia peerelowska była równie homofobiczna, jak katolicka. Na szczęście dla mnie praktyka gejowska okazała się zbyt interesująca, by owe wyroki seksuologów robiły na mnie jakiekolwiek wrażenie.
Ale, zdaję sobie z tego sprawę, mój przypadek nie jest typowy. Większość lesbijek i gejów wychowuje się w rodzinach, gdzie dominuje katolicki punkt widzenia na seksualność w ogóle, a na homoseksualizm w szczególności. Od wczesnego dzieciństwa zdarza się podsłuchać jakieś niewybredne komentarze na temat dewiantów rzucane przez rodzicieli. Albo w najlepszym razie temat nie istnieje, natomiast z czasem pojawiają się pytania "dlaczego nie masz dziewczyny", albo "czemu zamykasz się z kolegami w pokoju?" Wychowujemy się w rodzinach heteronormatywnych, to znaczy takich, gdzie, po pierwsze heteroseksualizm jest wyłączną normą, po drugie homoseksualizm uznawany jest za zboczenie, po trzecie, oczekuje się od nas wkroczenia na "normalną" drogę heteroseksualną: dziewczyna ==> żona ==> dziecko ==> rodzina. Alleluja i do przodu! Model obowiązuje bez względu na to, jak bardzo praktykująca religijnie jest rodzina.
W tej sytuacji zupełnie fundamentalną rolę odgrywać powinna rzetelna edukacja seksualna w szkołach, co zresztą podkreśliła także minister Magdalena Środa w wywiadzie dla "Innej Strony". Jeśli nie można liczyć na to, że rodzina stanie się miejscem przyjaznej dla pragnień seksualnych dojrzewającego nastolatka lub dojrzewającej nastolatki edukacji seksualnej, zadanie to musi przejąć szkoła i poinformować młodych ludzi o tym, że brednie o dewiacyjności homoseksualizmu już dawno zostały zdewaluowane przez autorytety naukowe i w związku z tym identyfikacja w sobie pragnień homoseksualnych nie powinna być powodem żadnych niepokojów. A jest - wystarczy popytać psychologów, ilu młodych chłopaków i ile młodych dziewczyn trafia do nich z poważnymi zaburzeniami emocjonalnymi: poczuciem winy, kompleksem "gorszości", stanami lękowymi, nerwicami... Wszystko dlatego, że nie było nikogo, kto - będąc dla młodego człowieka autorytetem -powiedziałby: homoseksualizm jest ok. Nie jest chorobą, zaburzeniem, dewiacja, w związku z czym masz prawo do seksualnych i emocjonalnych pragnień wobec osób tej samej płci, masz prawo do tego, by inni szanowali twoje pragnienia, masz prawo dążyć do ich spełnienia poprzez związanie się z kimś, kogo, zwyczajnie, pokochasz.
Magdalena Środa uważa, że nazwa "wychowanie seksualne" czy "edukacja seksualna" nie jest zbyt dobra i zgadzam się z nią: zbyt często problem homoseksualizmu sprowadzany jest tylko i wyłącznie do kwestii rozładowania napięcia seksualnego, a chodzi przecież o coś znacznie więcej: o miłość. O prawo do przeżywania zauroczenia osobą tej samej płci, do tworzenia z nią związku, do wspólnego życia. Chodzi zatem także o potrzeby emocjonalne, fundamentalne dla każdego człowieka. Z tego powodu szkoła powinna uczyć nie tylko o tym, że homoseksualizm jest ok jako orientacja seksualna, ale także o tym, że emocjonalne relacje pomiędzy osobami tej samej płci są tak samo godne szacunku, jak te pomiędzy osobami heteroseksualnymi. Co oznacza, że rzetelna informacja na ten temat jest potrzebna nie tylko samym lesbijkom i gejom, ale wszystkim - po to, żeby usunąć z naszej przestrzeni społecznej homofobię, nienawiść wobec osób homoseksualnych albo zwykłą nietolerancję. Przy różnych okazjach można o tym mówić, nie tylko na "lekcjach o seksie": na lekcjach z polskiego można omówić teksty dotyczące miłości pomiędzy osobami tej samej płci, na historii można mówić o słynnych homoseksualistach i o walce lesbijek i gejów o równouprawnienie, na wiedzy o społeczeństwie o tolerancji i szacunku dla odmienności. Nie można bowiem dłużej tolerować faktu, że w wielu - jeśli nie w większości szkół - o miłości homoseksualnej mówi się tylko na lekcjach religii. W jakim kontekście - wiadomo.
Walka o otwarcie polskiemu systemu edukacji na problemy związane z doświadczeniem homoseksualnym powinno być jednym z najważniejszych zadań polskich organizacji lesbijek i gejów. Gorąco je namawiam do spotkania się z ministrem edukacji, z kuratoriami oświaty, z dyrektorami szkoły, do organizowania projektów edukacyjnych, na które przecież chętnie pieniądze da Unia Europejska, zainteresowana zwalczaniem przejawów ksenofobii i homofobii w krajach członkowskich. To bardzo ważne - w okresie szkolnym kształtuje się światopogląd człowieka i to z tego powodu Kościół katolicki tak zabiegał o powrót religii do szkół. Powinniśmy zadbać o to, by pokrzyżować plany katechetów i by szkoła, zamiast o mówić homoseksualizmie jako dewiacji, chorobie i grzechu, uczyła szacunku dla lesbijek i gejów, zresztą w kontekście szacunku dla wszystkich odmienności. To w szkole rozpoczyna się batalia o to, czy nowe pokolenie obywateli ukształtuje nasz kraj jako ksenofobiczny skansen czy jako nowoczesne, otwarte, tolerancyjne państwo.
Jacek Kochanowskiwww.kochanowski.of.pl
szkole!!! bez przesady!!!
I prawda jest, ze edukacja seksualna, serwowana na lekcjach religii przez splonionego katechete lub nieudolna katechetke w osmej klasie, zapadla mi w pamieci jako zenujace doswiadczenie. Poglady, ktore reprezentowali i sposob w jaki je przekazywali mogl wyprodukowac jedynie sfrustowanych "closetow" i wyglodnialych kochankow w kajdanach przyzwoitosci, nieszczesliwych i pelnych poczucia winy. Ani to ludzkie, ani przyjemne, ani budujace, ani nawet prawe w siwetle Biblii; zalosc!