Nadeszły długo wyczekiwane wakacje, w związku z czym dla każdego bibliofila rozpoczyna się błogosławiony okres nadrabiania zaległości lekturowych. Dla człowieka czytającego na okrągło nudne i ciężkie książki naukowe, jest to czas radosnego zanurzenia się w beletrystyce, w związku z czym na początku wakacji o trzech książkach, bardzo różnych...
Nadeszły długo wyczekiwane wakacje, w związku z czym dla każdego bibliofila rozpoczyna się błogosławiony okres nadrabiania zaległości lekturowych. Dla człowieka czytającego na okrągło nudne i ciężkie książki naukowe, jest to czas radosnego zanurzenia się w beletrystyce, w związku z czym na początku wakacji o trzech książkach, bardzo różnych.
Pierwsza to - uwaga, uwaga - kolejny tom "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz. Dla niewtajemniczonych: "Jeżycjada" to seria powieści z gatunku tych "dla młodzieży", choć właściwie takie ich opisanie jest mylące. To książki dla wszystkich, dość tradycjonalistyczne opowieści o rozrastającej się z latami (kolejne tomy ukazują się od lat siedemdziesiątych) rodzinie Borejków i ich przyjaciołach, mieszkających głównie w poznańskiej dzielnicy "Jeżyce". Musierowicz ma niezwykły dar opowiadania w prosty sposób o ważnych i trudnych sprawach dotykających każdej i każdego z nas. Miłość, przyjaźń, szczęście, cierpienie, smutek, rozpacz, radość, entuzjazm - wszystko to jest przecież treścią każdego doświadczenia. "Jeżycjada" to na pierwszy rzut oka hołd składany tradycyjnym wartościom, jednak spotykamy tam nie tylko wielopokoleniowe rodziny z gatunku "idealnych", ale także matki samotnie wychowujące dzieci, ludzi kochających się, rozstających i wracających do siebie po latach. Nie ma lesbijek i gejów, nie ma homoseksualnej miłości, Musierowicz jest zbyt mocno zakorzeniona w katolickiej tradycji, by odważyć się poruszyć ten problem, choć, kto wie, co jeszcze napisze. Ale mimo wszystko jestem fanem jej pisarstwa ze względu na obłędnie naiwny, a przez to fundamentalnie ważny przekaz: warto wierzyć w takie rzeczy, jak uczciwość, otwartość, tolerancja, poświęcenie dla innych, bezinteresowna przyjaźń.
Obrzydzony gruntownie polityczną i społeczną kondycją naszego zapyziałego kraiku uciekam do Musierowicz po nadzieję, że jednak może nie wszyscy są tacy, że w codziennym życiu spotkać można ludzi innych niż Leppery i Rywiny, że wreszcie świat może być lepszy przede wszystkim wtedy, kiedy sam, w swoim domu i wokół siebie będę potrafił stworzyć oazę ciepła, życzliwości, otwartości. Czytałem najnowszą, piętnastą już część "Jeżycjady" pt. "Język Trolli" w jednej z warszawskich kafejek, to wybuchając śmiechem, to ocierając łzy, wzbudzając tym oczywiście zainteresowanie licznych siedzących tam biznesmenów i bizneswomenek, zapewne zdziwionych, że ktoś traci cenny czas (time is money, jak wiadomo) na coś tak idiotycznego, jak czytanie i to jeszcze w publicznym miejscu. A tam ocierając łzy: momentami ryczałem jak bóbr, kiedy tekst Musierowicz wydobywał ze mnie dawno zapomniane przekonania, jak choćby to, że nie ma naprawdę złych ludzi, to raczej wszystko wokół jest tak porąbane, że gubimy się, starając nie zwariować. "Jeżycjada" Musierowicz to czysta donkiszoteria: w każdej ze swych opowieści Autorka stara się przekonywać, że małostkowość krzywdzi przede wszystkim tego, kto jest małostkowy, a wielkoduszność otwiera wiele zaryglowanych, wydawałoby się, drzwi do ludzkich serc. Mam dla Was radę: dajcie sobie spokój z psychoterapiami i depresjami, poczytajcie Musierowicz, żeby uwierzyć, że bez względu na wszystko opłaca się być dobrym człowiekiem.
Krótko o dwóch pozostałych książkach. Przeczytałem "Europejkę" Manueli Gretkowskiej i przyznam, że właściwie nie wiem, dlaczego. Gretkowska jest świetną pisarką, nie ma wątpliwości, odważną, posiadającą jasną wizję swego pisarstwa. Niestety, jej dziennik (będący kontynuacją "Polki") jest w zbyt małym, jak na mój gust, stopniu zbiorem obserwacji "z codzienności", a w zbyt dużym prezentacją "ogólnej teorii wszystkiego". Autorka "Europejki" ma chyba trochę wyćwiczoną na niej przez media potrzebę wypowiadania się na każdy temat, czego przykładem jest choćby przytaczany w dzienniku wywiad na temat teatru, na którym Gretkowska, jak przyznaje z rozbrajającą szczerością, wcale się nie zna i w ogóle uważa go za zawracanie głowy. Teza odważna i raczej, nie ukrywajmy, intelektualnie kompromitująca. W książce jest sporo takich pseudo - intelektualnych fajerwerków, a szkoda, bo Gretkowska jest piekielnie inteligentnym człowiekiem, ma fantastyczny dar ironicznego podglądania świata. To przecież feministka znienawidzona przez swoje "siostry" za brak należycie czołobitnego stosunku wobec Sprawy i cięty język, to przecież osoba dość religijna, która potrafi jednocześnie kreować swobodnie własną religijność, sięgając po różne inspiracje, to wreszcie pisarka, która walczy z polskim, obyczajowym obskurantyzmem i która w związku z tym ma przechlapane na przykład w telewizji publicznej za wypowiedzenie na antenie, w "Pegazie", słowa "pizda". "Europejka" momentami irytuje, momentami okazuje się, mimo wszystko, mocno "polską" narracją, momentami rozczarowuje, ale wciąga. Nie wiem, dlaczego.
No i trzecia książka z serii "lekkich": osławione "Cząstki elementarne" Michela Houellebecqa. Jak informuje wydawca, "Świat Książki", książka została uznana w 1998 roku za "książkę roku" we Francji i otrzymała "prestiżową nagrodę" IMPAC Dublin Literary Award, cokolwiek to jest. A powieść jest o sfrustrowanych braciach, których dopada deprecha, egzystencjalny dół czy andropauza, w każdym razie mają dojmujące poczucie "pustki duchowej". Ponieważ świat jest okropny, ludzie ohydni i w ogóle nie ma po co żyć, jeden z braci "opada w marazm", drugi zaś właściwie na okrągło się onanizuje. No i o tym marazmie i onanizowaniu się jest książka, która ma być podobno "bezwzględną krytyką współczesnego społeczeństwa i jego pustki duchowej", jak informuje wydawca. Nudy i dupa, że zacytuję opinię mojego znajomego o tej książce, którą chciałbym podtrzymać. A wspominam o niej dlatego, że jest radykalnie odmiennym sposobem krytykowania "tego świata" niż ten wybrany przez Musierowicz. Gretkowska w "Europejce" sugeruje, że wszyscy przeciwnicy książki Houellebecqa są ciemniakami, bo nie dostrzegają rewolucyjnego wymiaru opisów walenia konia. Otóż chciałbym poinformować, że od seksu w literaturze francuskiej jest Markiz de Sade, który nie był "skandalistą", lecz wybitnym myślicielem opowiadającym w swych książkach o tym, co z naszymi ciałami i pragnieniami wyprawia kultura. Odważne pisanie o seksie nie czyni z książki wielkiej literatury, w przeciwnym przypadku do lektur szkolnych należałoby wprowadzić opowiadania z "Nowego Mena". Trzeba dać "coś jeszcze" do tego seksu, a tego "czegoś jeszcze" u Houellebecqa nie ma. Jest frustracja, zniechęcenie do "cywilizacji konsumpcjonizmu", tak zwane "ogólne rozczarowanie światem" i to wszystko. Musierowicz też pisze o tym, że świat jest niefajny, ale robi to w zupełnie inny sposób: pokazuje drogę wyjścia z tego zapadliska, bardzo prostą drogę wiodącą przez heroiczną w tych czasach wiarę w ludzką dobroć. A to jest mniej więcej ta sama drogą, którą usiłuję podejmować w swojej teorii społecznej twierdząc, że szansą na społeczeństwo bez wykluczeń jest otwarty dialog, możliwy tylko przy założeniu, że Można Się Dogadać. Jak wiadomo, porozumieć się można jedynie z ludźmi rozsądnymi i - koniec końców - dobrymi, to znaczy: życzliwymi, otwartymi, skłonnymi do patrzenia poza czubek swojego nosa. Można pójść drogą Sary Kane: stwierdzić, że świat jest obrzydliwy i powiesić się.
Piszę to bez ironii: czasem wrażliwy człowiek naprawdę nie jest w stanie wytrzymać tego, co obserwuje wokół siebie. Można też pójść drogą bohaterów Houellebecqa: uciec w depresję, alkoholizm, seks... Albo w pracę na przykład. Można też inaczej: budować wokół siebie i na swoją małą skalę sprawiedliwy i dobry świat i szukać możliwości przełożenia tego na poziom relacji społecznych. Ten sposób bardziej mi odpowiada i dlatego wolę Musierowicz od Houellebecqa.
Jacek Kochanowski
Musierowicz pisze cos w rodzaju mieszczanskiego hymnu pochwalnego, ale z drugiej strony pokazuje poznanski klimat. Poznan jest hermetyczny i chyba ma najmniej znana w Polakom atmosfere mieszczanska, ktora sie naparwde niezle przykonserwowala. Poznan bardziej sie kapie w swoim rosole niz Krakow, ale to jest jego wielki urok. Te uroki Musierowicz rejestruje, a kiedy zna sie juz to miasto to chetnie sie siega po et troche naiwne ksiazki. No coz dziewczyna mojego brata to stara Poznaniara i wszystko przyrownuje do niej.
Poznan jest w Polsce a Polska to piekny kraj, w ktorym mozna cos zmienic. jak sei cos nei podoba to trzeba zakasac rekawy jak Silaczka, zazcac od wlasnego indywidualnego ogrodka, ktory sie sklada na po0lish reality. niektorzy mowia o zlodziejstwie i korupcji ludzi z gory a sami nie skasuja bileciku w tramwaju.
niesmak to kwestai gustu, racjonalnie rzecz ujmując w działalności publicystycznej pana Kochanowskiego nie ma nic nieadekwatnego, natomiast ze względów pragmatycznych całkiem słuszne jest promowanie jego osoby jako przedstawiciela gejowskiej - mimo wszystko - elity...
zresztą nie wyobrażam sobie jak, choćby najwybitniejszy, specjalista od czegokolwiek mógłby wypowiadać się cały czas "odpowiednim, dobrym" stylem. byłoby to po prostu fatalnie nudne i nie do zniesienia nadęte.
felietonów Jacka nie trzeba od razu cytować w swojej pracy magisterskiej. nie muszą być merytoryczne i poważne, a i tak są o niebo lepsze od felietonów Zanussiego, drukowanych niegdyś w polityce. czyż to nie wprowadza w zdegustowanie, że człowiek wybitny, jakim okrzyknięto Zanussiego, pisze głupstwa i cotygodniowo streszcza nam swoje zagraniczne przygody, a na dodatek owe wypociny drukowane są w magazynie pretendującym do miana prestiżowego?
nie szukajmy igły w stogu siana!
pozdrawiam
... a potem dostajemy rozwlekly belkot, w ktorym pomieszane sa style pisarskie (od pseudo-naukowej beletrystyki czy tzw. krytyki literackiej po bliski rynsztokowemu jezyk ), tematy (nawet postmodernisci zauwazyliby, ze powiesc "dla dziewczat" czy jak chce autor - "dla mlodziezy" :-) - to inna gra jezykowa niz kolejne omawiane pozycje), dowiadujemy sie glebokich madrosci o zawartosci Nowego Mena i ksiazek de Sade, a takze mozemy oczami wyobrazni zobaczyc Pana Doktora siedzacego w warszawskiej kawiarni i zasmiewajacego sie do rozpuku nad zakupiona wlasnie ksiazka, ilustrujaca zycie mlodego pokolenia...
w sumie wszystko to jest na tyle zalosne, ze mozna tylko w popperowskim stylu nazwac to nedza gejowskiej publicystyki... bycie wybitnym specjalista w dziedzinie queer studies nie oznacza posiadania rozleglej (i wystarczajacej) wiedzy i kompetencji do wypowiadania sie na kazdy mozliwy temat, od polityki po literature mniej lub bardziej piekna, no chyba ze chce sie zostac meskim (gejowskim) wcieleniem Magdaleny Srody i zapelniac tworczoscia strony "Pani Domu" vel wspomnianego wczesniej "Nowego Mena", gdzies musi byc umiar!
Panie Jacku, to po prostu nie przystoi - nawet zdeklarowanym postmodernistom :-)))
dotad (a w zasadzie nadal) zyczliwy dla Pana
Znajomy