Niewiele imprez byłoby w stanie wyciągnąć mnie z domu w czwartek o godzinie 21.00. Jednak pierwszy wieczór klubowy w Sfera Club, który odbył się 27 maja, a podczas którego wystąpiła Reni Jusis, miał w sobie tę magiczną moc przyciągania. Po pierwsze magnesem jest artystka, która w krótkim czasie zrobiła zawrotną karierę, i jej ciekawa osobowość. Choć przecież w jej wypadku nie sama popularność jest najistotniejsza...
Niewiele imprez byłoby w stanie wyciągnąć mnie z domu w czwartek o godzinie 21.00. Jednak pierwszy wieczór klubowy w Sfera Club, który odbył się 27 maja, a podczas którego wystąpiła Reni Jusis, miał w sobie tę magiczną moc przyciągania. Po pierwsze magnesem jest artystka, która w krótkim czasie zrobiła zawrotną karierę, i jej ciekawa osobowość. Choć przecież w jej wypadku nie sama popularność jest najistotniejsza. Reni przeszła bowiem bardzo długą drogę. Artystka ta od czasu nagrania chórków na płycie Yaro "Jazda" rozwinęła nie tylko swoje zdolności wokalne, ale także własny niepowtarzalny styl. Dzięki doskonałemu kontaktowi z publicznością oraz tanecznemu, ambitnemu repertuarowi jak niewielu innych wykonawców nadaje się na koncerty w klubach.
Obok Reni były jednak jeszcze dwa powody, dla których nie mogłem przegapić tego wieczoru. Pierwszym jest sam klub, który stwarza swoim gościom duże możliwości zabawy ze względu na powierzchnię i rozkład barów i daje też idealne warunki do klubowych koncertów. Drugim są patroni medialni czyli radio Blue FM, magazyn Queer City oraz portal InnaStrona. To dawało mi dodatkową gwarancję, że impreza będzie na wysokim poziomie. I tak też było.
Wchodzących gości witała pięknie ubrana właścicielka klubu, Grażyna, a moją uwagę niemal natychmiast przykuli też postawni, eleganccy panowie z ochrony, którzy dyskretnie i profesjonalnie czuwali nad bezpieczeństwem w klubie. Ważnych gości wprowadzano do specjalnie wydzielonej części dla VIP-ów, a reszta klubowiczów rozeszła się po całym lokalu lub bawiła na parkiecie przy doskonałej klubowej muzie. Specjalnie na ten wieczór klub otworzył dla gości dodatkową, dużą salę. To tam zmontowano scenę, na której miała wystąpić Reni.
Występ artystki zaplanowano na godzinę 23.00, ale ponieważ goście ciągle przybywali przesunięto go o kilkanaście minut. Przy barze zgromadził się całkiem spory tłumek ludzi, którzy wymieniali poglądy o pomyśle wieczorów klubowych. Sympatyczni barmani (ciekawe, którym z nich jest ten Krzysiek, bohater tylu wpisów w internetowych komentarzach) uwijali się bardzo sprawnie, obsługując gości.
Mnie najbardziej ciekawiła sama Reni, no i przede wszystkim to, czy zaśpiewa na żywo. Wreszcie z pewnym poślizgiem, ale koncert się rozpoczął. Nie zawiodłem się od pierwszych zaśpiewanych dźwięków. Reni śpiewała na żywo, jedynie z kamerą pogłosową! Natychmiast nawiązała też znakomity kontakt z tłumem zgromadzonym pod sceną. Z piosenki na piosenkę rozkręcała się zarówno publiczność, jak też sama wokalistka. Zabrzmiały najpopularniejsze przeboje z jej repertuaru, ale najwięcej z płyty Trans Misja. Publiczność witała każdy utwór z entuzjazmem, a artystka dała z siebie wszystko, śpiewając bez przerwy ponad godzinę. Potem była oczywiście burza oklasków, piosenki na bis, gratulacje i autografy. Po chwili potrzebnej piosenkarce na ochłonięcie pojawiła się w lokalu i bawiła się z nami jeszcze przez kilka godzin. Większość gości rozpalona występem ochłodziła się nieco w barze, ale emocji do końca schłodzić się nie dało i, nie zważając na to, że następnego dnia był piątek, normalny dzień pracy, bawili się jeszcze przez wiele godzin.
Damian