Aleśmy wybrali - tak "Gazeta Wyborcza" zatytułowała swój główny tekst, opublikowany w dniu ogłoszenia wyborów parlamentarnych w 2001 roku. Szokiem był wtedy wynik Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin - niewielu socjologów i politologów przypuszczało, że te populistyczne, antydemokratyczne, egzotyczne ugrupowania wejdą do parlamentu. Tym razem zatem, po ogłoszeniu wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego, wypada powtórzyć: aleśmy wybrali! Zaskoczeń jest wiele, przeważają jednak takie, które zwiastują niekorzystny dla lesbijek i gejów wydarzeń w Polsce. Ale po kolei.
Przede wszystkim przerażający jest fakt, że pierwsze trzy partie polskiej sceny politycznej po tych wyborach: Platforma Obywatelska, Liga Polskich Rodzin, Prawo i Sprawiedliwość, to ugrupowania jednoznacznie homofobiczne. Przypomnijmy: bojówkarze z nacjonalistyczno - fundamentalistycznej LPR i jej brunatnej przybudówki, Młodzieży Wszechpolskiej otwarcie, agresywnie i bezwzględnie walczą ze społeczną obecnością lesbijek i gejów, m.in. rozbijając krakowską Paradę Równości. Poparła ich w tym zbożnym dziele krakowska Platforma Obywatelska, zaś jeden z liderów PO, Jan Rokita, typowany na przyszłego premiera, jednoznacznie potępił parady gejowskie jako prowokację. W tym zgodnym homofobicznym chórze chętnie wziął udział jeden z liderów PiS, prawdopodobnie przyszły prezydent, Lech Kaczyński, zakazując warszawskiej Parady Równości ze względu na "obrazę moralności" i "szerzenie pornografii". I to właśnie te trzy partie będą decydować o życiu politycznym w naszym kraju przez najbliższe lata. Warto przy tym zauważyć, że będzie to miało kolosalny wpływ na kształtującą się wciąż jeszcze, młodą polską demokrację. Okazuje się, że obowiązywać będzie model bezwzględnych rządów większości wraz z pogardą dla mniejszości i odmawianiem jej jakiegokolwiek prawa głosu. Jedynym beneficjentem tego stanu rzeczy będzie bez wątpienia Kościół katolicki, który może odzyskać wpływy polityczne i społeczne na miarę tych, którymi dysponował w okresie II Rzeczypospolitej. Zwycięzcy tych wyborów zafundują nam zatem swojski, katolicki zaścianek na wzór trzeciego świata, do którego zresztą zapewne dołączymy w sytuacji, gdy żadne z tych trzech ugrupowań nie ma sensownego programu gospodarczego. Nawet pozująca na rozsądną PO ogranicza się do rzucania hiperliberalnych sloganów i wygłasza takie poglądy makroekonomiczne, za które student ekonomii wyleciałby ze studiów. Program gospodarczy PiS nie istnieje. Jeśli zaś chodzi o LPR, to możemy być pewni tylko znacznych subwencji dla płodzących się na potęgę rodzin katolickich. Jednym słowem: czeka nas Polska biedna, zaściankowa, ale katolicka.
Wyniki wyborcze Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Unii Pracy i Socjaldemokracji Polskiej, choć prezentowane przez liderów i liderki tych partii jako "zachęcające", są w istocie totalną klęską, przekraczającą nawet to dno, które ówczesna SdRP osiągała na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to Włodzimierz Cimoszewicz, kandydujący na urząd prezydenta, dostał nieco ponad 9 %. W ciągu trzech lat koalicja SLD - UP zjechała z poparcia ok. 40%, a zatem z poparcia rekordowego w dziejach politycznych III RP do poparcia podrzędnej partyjki, nie odgrywającej specjalnej roli i cieszącej się, że w ogóle weszła do parlamentu. W dodatku rozpadła się i wyodrębniła z siebie nowe ugrupowanie, które, jak się okazuje, nie było w stanie obudzić w elektoracie lewicowym nadziei na nową jakość po tej stronie sceny politycznej. W sumie, jak słusznie zauważył korespondent "Rzeczypospolitej": "atmosfera rodzinnej stypy". Dodajmy: baty, jakie dostaje lewica, są całkowicie zasłużone. Afery, nieudolność, brak, jak się okazało, kompetentnego programu, serwilizm wobec Kościoła katolickiego i wdanie się w idiotyczną awanturę amerykańską na Wschodzie skutecznie wkurzyły elektorat lewicowy, który, wszystko na to wskazuje, po prostu został w domu. Także lesbijki i geje nie mają powodów do radości: unikalna sytuacja, gdy w Polsce rządził lewicowy prezydent i lewicowa partia została zmarnowana: projekt prof. Szyszkowskiej został, jak widać, potraktowany niepoważnie i w ten sposób wizja partnerstwa gejowskiego w Polsce odsuwa się na wiele, wiele lat. Co więcej: zaniedbano także podstawowych działań związanych z zapewnieniem krajowi neutralności światopoglądowej, nie zatrzymano milionów złotych, które płyną z budżetu do różnych kościelnych organizacji, nie zmieniono haniebnej ustawy antyaborcyjnej, nie przywrócono szkole jej laickiego charakteru poprzez wyrzucenie z niej lekcji religii, na których dzieciaki słuchają o tym, jakim grzechem jest masturbacja. I tak dalej, i tym podobne. Czego zatem ma teraz obywatel o poglądach lewicowych oczekiwać od ugrupowań, które po prostu wypięły się na lewicowy etos, w trosce o dobre stosunki państwo - Kościół, jak nieraz słyszeliśmy?
Czekają nas trudne lata i chyba wypada sobie życzyć, żeby rząd prof. Belki jednak jeszcze porządził. W przypadku sierpniowych wyborów, jak wyliczyli socjologowie, gdyby wyniki były podobne do tych, które mamy teraz, czeka nas koalicja PO - PiS - PSL lub PO - PiS - LPR. I to jest wariant optymistyczny, bowiem w teorii polityki mówi się o efekcie "kuli śniegowej": ugrupowanie niedoceniane w sondażach, które otrzymało w wyborach zaskakująco duże poparcie, może poparcie to nadal zyskiwać, co prowadzić może do koalicji LPR - PiS i Romana Giertycha w roli premiera. Tego nawet klapa wyborcza Samoobrony i powrót do parlamentu Unii Wolności nie osłodzi.
Pozostaje mieć nadzieję, że lewica, zamiast pocieszać się, że "mogło być gorzej" zrobi coś, by jednak było lepiej... Będzie trudno, bo "stara gwardia" w SLD trzyma się mocno i zapowiada, że "trzeba unikać pośpiesznych zmian personalnych", zaś SdPL brakuje ewidentnie struktur partyjnych zdolnych przeprowadzać skutecznie kampanie wyborcze "na dole". Będzie trudno, bo potrzebna jest radykalna zmiana stylu myślenia polityków lewicowych, polegająca na powrocie do ideałów socjaldemokratycznych i socjalistycznych. Pierwszą jaskółkę już mamy: w SLD powstałą "Platforma Socjalistyczna", struktura pozioma, której celem jest odnowienie lewicowego etosu w SLD. Może zatem nie wszystko jeszcze stracone.
Jacek Kochanowski
Ale iż trochę za późno na rwanie szat i bicie się w piersi.
Marzy mi się by w wyborach do naszego parlamentu chodziarz jeden gej oficjalnie o tym mówiący, dostał się do senatu lub sejmu. By był chodziarz jeden człowiek mówiący nie! I mogący uzasadnić to merytorycznie a nie emocjonalnie.
Jest tyle organizacji które zwalczają się nawzajem, powinny raczej wykorzystać swą energie i potencjał by w Polsce zmienił się sposób postrzegania homoseksualistów. To powinien być nadrzędny cel i nie wystarczy raz na 5 lat jedna kampania. A kościół to nie nasz wróg nr 1. Zostawmy go w spokoju. Wystarczy nam wrogów.