W polskiej literaturze martyrologicznej i wojennej zjawisko masowego występowania zachowań homoseksualnych w więzieniach, obozach koncentracyjnych i jenieckich jest niemal całkowicie przemilczane. Wyjątkiem jest relacja, spisana przez Stanisława Grzesiuka, pisarza, legendarnego "trubadura z Czerniakowa", znanego wykonawcę piosenek warszawskich. Grzesiuk trafił do obozu w Dachau w 1940 roku, potem przebywał w Mauthausen i Gusen a na wolność wyszedł dopiero po upadku Niemiec w 1945 roku. W książce "Pięć lat kacetu" niezwykle otwarcie i szczerze opisuje swoje obozowe przeżycia. Jest wnikliwym obserwatorem - nie omijającym tematów "wstydliwych". Zjawisku homoseksualizmu wśród więźniów poświęca wiele uwagi, dodając w pewnym miejscu, że po pewnym czasie chwytał się na tym że "zaczęli mu się młode chłopaki podobać". - "Zaczęli mi się podobać i nic na to poradzić nie można było. Nie wiem jak by to u mnie wyglądało, gdyby mi przyszło siedzieć jeszcze dwa lata w tych samych warunkach".
Jak pisze recenzent: "Nikt przed Grzesiukiem nie opisał tak dokładnie brutalnej prawdy, jacy ludzie przeżywali te lata mordowni i głodu i co robili na co dzień, żeby przetrwać". W tym kontekście, obserwacje dotyczące seksualnych zachowań zamkniętej i szczelnie odizolowanej od świata społeczności, wielotysięcznej rzeszy ludzi walczących o życie - są niezwykle cenne. Stanisław Grzesiuk, który zaraził się w obozie gruźlicą, zmarł w 1963 roku.
Przytaczamy jeden z fragmentów książki "Pięć lat kacetu":
(...) Nigdzie przez nikogo nigdy nie podejmowanym problemem obozowym jest współżycie seksualne mężczyzn. Zagadnienie to istniało we wszystkich obozach koncentracyjnych i obozach jeńców wojennych. Pederastia w obozach męskich istniała wszędzie, tak jak wszędzie w obozach kobiecych istniało współżycie seksualne wśród kobiet. Temat ten jest dyskretnie przemilczany w książkach i artykułach w prasie, a jeśli ktoś coś szepnie, to tylko w związku z jakimś człowiekiem, że podobno on... albo że ten, to... z tym. A przecież te rzeczy istniały od początku. Już w Mauthausen otworzyły mi się oczy na te sprawy. Zaobserwowałem, że Niemcy na funkcjach, ci zdrowi, wyżarci, otaczali się i opiekowali młodymi chłopcami. Chłopcy ci nigdy nie spali wśród innych współwięźniów.
W Mauthausen nie było kapówek, to arystokracja miała swoje osłonięte szafkami sypialnie w jadalni i tam mieszkali też wybrańcy losu, którzy cieszyli się względami "panów". Tu nazwisk żadnych wymieniać nie będę. Ani nazwisk "panów", ani nazwisk "pań". Niewątpliwym faktem jest, że wielu młodych, ładnych chłopców w ten sposób robiło "karierę" obozową i dostawało pracę w dobrych grupach roboczych; nikt ich nie bił, częściej oni bili, byli zawsze ładnie ubrani i mieli pod dostatkiem jedzenia. "Panami" w pierwszy okresie byli Niemcy na funkcjach - tzn. ci, którzy byli silni i zdrowi i przebywali już kilka lat w obozie. Później "panami" byli także ci Polacy i Hiszpanie, którzy od samego początku pobytu w obozie dostali dobrą robotę, w której mieli dosyć jedzenia. Ci byli zdrowi i wyżarci i pierwsi poczuli pociąg do chłopców.
Jak długo komendantem obozu był Chmielewsky, to jest do maja 1942 roku, sprawy te były mocno zakonspirowane, bo tropił on tego rodzaju przestępstwa i strasznie karał. Niejeden fraz stali pod bramą "panowie" i "panie". W roku 1941 dwie doby stały pod drutami dwie grupy, w pewnych od siebie odstępach. W jednej grupie panowie, kapowie i blokowi, w drugiej grupie młodzi chłopcy, dobrze odżywieni, ładnie ubrani, przystojni.
Chmielewsky szczególnie mocno karał "panów". Wieszano ich na dwie, trzy godziny za ręce, bito i posyłano do karnej kompanii. Gdy w 1942 roku wybudowano puff i sprowadzono prostytutki, "panowie" chodzili do puffu, ale to wcale nie przeszkadzało im mieć swojego "chłopczyka" na boku, bo do puffu mógł iść raz na jakiś czas, a chłopaka miał zawsze. Zagadnienie pederastii przybrało na sile w okresie paczkowym. Przybyło wielu prominentów paczkowych, więc ci również zaczęli szukać dla siebie rozrywki.
Wielu było takich, którym "wstydliwość i poczucie godności" nie pozwalało chodzić do puffu, ale to nie przeszkadzało im mieć "swojego chłopca", którego "bezinteresownie żywili. Ponieważ w obozie było ciemno i ludzie spali po dwóch w jednym łóżku, dawało to dodatkowe możliwości odpowiedniego dobierania się mężczyzn.
Znane mi były przypadki, że dobierało się dwóch młodych chłopców, którzy razem spali i razem żyli. Tu już nie było kawalera i panny. Każdy z nich raz był kawalerem, drugi raz panną. Zdarzały się wielkie tragedie miłosne, że "panowie" rżnęli się nożami za odbicie "panny". w 1944 roku kapo Robert, Niemiec, uderzył nożem rywala - innego kapa - a sam poszedł na druty.
Poważniejsze konflikty miłosne znane nam były dobrze, a przynajmniej znane były starym więźniom. Od roku 1944 zjawisko to przybrało formy masowości i bez mała jawności. Wieczorami po pracy i w niedzielę po uliczkach obozowych i placu apelowym spacerowało wiele par zakochanych. On - przeważnie w poważniejszym wieku pan, wyżarty, którego rozpiera niewyładowana energia; "ona" - to młody, ładny chłopaczek, pulchny, rumiany i ładnie ubrany. Jedni i drudzy to ludzie różnych narodowości. Tu nie decydowała przynależność narodowa, tylko odpowiednia ilość żarcia, jak długo w obozie i - ważne - jak długo już powodzi mu się dobrze. Przeważnie byli to tacy, którzy siedzieli długo i już od dłuższego czasu mieli dobre warunki. Nie znaczy to, że robili to wszyscy - ale faktem jest że dużo takich było, którzy robili to jawnie, inni mniej jawnie a inni mimo dogodnych warunków nie robili wcale.
Gdy w niedzielę graliśmy na którymś bloku, bywało tak, że granie do słuchu zamieniało się w zabawę taneczną. Możliwe to było na blokach mniej zaludnionych, bo w nich na środku sztuby było trochę miejsca. W jakiś sposób błyskawicznie rozchodziła się wiadomość, że tańczą, i schodzili się goście. Parami - on i ona - i rozpoczynał się upojny taniec. Nazywaliśmy te zabawy "zabawą szwuli".
Nigdy nie angażowałem zespołu na taką zabawę, ale to byli też cwaniaki. Blokowy zaangażował granie, zapłacił, a gdy zaczęliśmy grać, schodzili się "szwule". Pewnego razu przyszła para, dwóch Niemców, z których jeden był umalowany i przebrany za kobietę. To nie było poważne - dla humoru tylko - "zabawa szwuli". Przebrany za kobietę wdzięczył się do mężczyzn, wabiąc kształtami sztucznie powiększonymi. Rozmawiał cienkim, piskliwym głosem. Zapraszał do tańca. Był to typowo bandycki, niemiecki humor. Mierziło mnie to. Koledzy z orkiestry odczuwali to samo. Patrzyliśmy zdziwieni, nie wiedząc gdzie tu jest humor. Obserwowałem obleśne uśmiechy na twarzach Niemców patrzących i biorących udział w tej zabawie. Zakończono ją dopiero wtedy, gdy bardziej rozgorączkowany kawaler podciągnął do góry spódnicę a inni zaczęli klepać - i to mocno - po gołym tyłku. Ryk, śmiech, radość... i "panna " uciekła do kapówki przebrać się w męskie ubranie i umyć się.
W związku z tym były różne komiczne historie. W prominenckim bloku 1 brzęknęła pułapka nastawiona na ewentualnego złodzieja. Zapalono światło, a pod stołem siedzi młody, ładny chłopaczek. Wiadomo że nie złodziej. O szafkę oparł się macając po omacku, a dzwonek był słabo założony i zaalarmował. W majteczkach tylko i w jedwabnej koszuli. Obudzili się wszyscy i patrzą zaciekawieni. Blokowy zapytał go po co tu przyszedł.
- Zabawi się - odpowiedział bez żadnej tremy.
- Do którego? - zapytał blokowy.
- O, do tego - pokazał na pierwszego z brzega.
A ty szczeniaku, taka twoja mać - poderwał się ten z łóżka.
Wszystkich porwał wielki śmiech. Śmiał się i blokowy, i chłopczyk, bo ten na którego on pokazał, to stary, kulawy, zasuszony człowiek. Chłopak nie chciał pokazać tego, do którego przyszedł. Byli tacy, co go zapraszali do swoich łóżek - dla hecy - a może by wielu z nich naprawdę go przyjęło. Gdy blokowy pozwolił mu odejść, odszedł z uśmiechem i godnością. Chłopak wcale się tym nie speszył.
(...)
A teraz trzeba powiedzieć też, kto to były "panienki" i skąd się ich tyle brało. W pierwszym okresie rekrutowali się oni z tych, którzy z głodu zgadzali się na takie życie. Z jednej strony widział takie ciężkie życie szarego więźnia, z drugiej strony pokazano mu, jak będzie żył jak się zgodzi. Chodziło tu o młodych chłopców, którzy nie mieli za dużo rozumu jeszcze. Ot, tyle ile może mieć chłopak siedemnasto-dziewiętnastoletni. U takich chłopców trudno było doszukać się twardego, zdecydowanego charakteru. (...)
Gdy przyszedł nowy transport do obozu, starzy pederaści - ci na funkcjach - upatrywali "towar" dla siebie. Wzywał takiego do siebie, dał mu jeść i kazał być swoim posługaczem, inaczej "szwungiem", jak mówili w obozie. Do obowiązków takiego "szwunga" należało słanie łóżka dla swego chlebodawcy, fasowanie dla niego jedzenia, czyszczenie butów i załatwianie innych usług. Chłopak taki był ładnie przez swego pana ubierany, dobrze karmiony i albo wcale nie pracował, albo szedł do lekkiej roboty, pod dachem, gdzie go nikt nie bił i maltretował. Gdy "arystokrata" wziął sobie takiego "szwunga", po kilku dniach kazał mu przyjść w nocy do siebie do łóżka albo sam szedł do niego. Jeżeli to był chłopak nie zorientowany, który z tym zetknął się pierwszy raz w życiu - nie zgadzał się i następnego dnia nie szedł już do niego robić. Wtedy taki blokowy czy kapo posyłał go do roboty. Tam już wiedzieli kapowie, że mają mu dać szkołę. Nie tak, żeby zabić ale tak, że chłopak był ledwie żywy i miał wrażenie że każdej chwili mogą go zabić. Po kilku dniach jego "pan" znów kazał mu usługiwać, dał mu jeść i nie posyłał do roboty, a jeszcze okazał dobroć i współczucie - ale przecież nie może go trzymać na bloku, jeśli nie będzie jego "szwungiem". Po trzech dniach znów kazał mu przyjść do łóżka i chłopak szedł. Z jednej strony pokazano mu jak wygląda życie szarego więźnia z głodem, chłodem, pracą, biciem i możliwością utraty życia w każdej chwili, z drugiej strony - lenistwo lub lekka praca, pełny brzuch, ciepło, ładne ubranie, nikt nie uderzy; a wszystko za taki drobiazg jak spanie od czasu do czasu ze swoim "panem", któremu wszystkie te wygody zawdzięcza. Gorzej, bo i chłopcy ci rozwydrzyli się w tych dobrych warunkach; byli oni nietykalni dla innych więźniów, bo za każdym stał jego protektor, który zabiłby każdego, kto śmiałby dotknąć czy w inny sposób skrzywdzić jego pupilka. Częste były wypadki, że taki wyżarty zasraniec bił po twarzy innych więźniów, często ludzi starych. Rozpierała go siła i męstwo wobec słabych kolegów, którzy nie mieli szczęścia mieć osiemnastu lat, gładkiej gęby i możnego "pana".
(...)
Powstał też typ obozowej prostytutki męskiej. Ci nie mieli swojego stałego "pana". Oddawali się jednorazowo, za pewną opłatą w postaci jedzenia lub papierosów.
...............
Powyższe fragmenty wyjęte zostały z książki Stanisława Grzesiuka "Pięć lat kacetu", którego pierwsze wydanie ukazało się w 1958 roku. Wstrząsająca relacja "trubadura z Czerniakowa" doczekała się trzynastu wydań, ostatnie ukazało się w roku 1996 roku nakładem Książki i Wiedzy.
(Wybór i wprowadzenie JM)
— Może jednak do 1942?