- Pani karta znalazła się pomiędzy Damą Pik, a Dziewiątką Trefl. Problemy rodzinne ulegną pogłębieniu.
- Ale ja nie mam żadnych problemów rodzinnych, wszystkich odprowadziłam już na cmentarz. Jestem sama i nie mam żadnych problemów.
-A, więc chodzi być może o problemy zawodowe, środowisko pracy...?
-Jestem od roku na rencie i jedyne, co robię to hafty krzyżykowe, trudno tu o jakieś problemy.
Pokój wydawał się kurczyć. Woń olejku piżmowego unosząca się do tej pory w powietrzu zaczęła coraz bardziej drażnić. Kiedy pięć lat temu Paweł rozpoczynał praktykę wróżbiarską takich chwil bał się najbardziej. Przez ostatnie miesiące spotykało go to coraz częściej. Coraz częściej też zadawał sobie pytanie czy jest na właściwym miejscu, czy robi to, co powinien. A przecież przynosiło mu to radość i było źródłem nieograniczonej energii. Kiedy po raz pierwszy wziął do rąk talię kart poczuł moc i mądrość ukrytą za czarnymi i czerwonymi symbolami. Zrozumiał, że odnalazł swój dom. Nieznany dotąd mistyczny świat wypełnił go otwierając wszechświat. Dzisiaj czuł się samotny i zagubiony wobec daru, który stał się jego udziałem. Wypełniło go uczucie zagrożenia i wycięcia z rzeczywistego świata. Coraz gorzej sypiał. Wraz z zachodami słońca odczuwał strach i wewnętrzny dyskomfort. No i te pytania, które dręczyły go za każdym razem, kiedy rozkładał karty na okrągłym stole. Czy mam prawo? Kto opowiada mi o przyszłości tych wszystkich ludzi? Kogo jestem cichym reprezentantem? Światła czy mroku? A co jeżeli to wszystko to tylko projekcja mojej wyobraźni, fenomen mózgu?
Choć stało się to dla niego źródłem bólu i wewnętrznego rozdarcia podświadomie wiedział, iż nie potrafi robić nic innego, że nie ma dla niego innej drogi. Bał się odejść równocześnie nie wiedząc czy ma prawo zostać.
Krzysztof przyglądał się temu wszystkiemu z nieodpartym uczuciem bezradności i bezsilności. Kochał Pawła, nie potrafił już inaczej. Byli razem ze sobą od siedmiu lat. Był to dla niego najważniejszy okres wśród bezbarwnych tysiącleci pełnych niepokoju i pustki. Usychał razem z nim patrząc na jego cierpienie. Nie rozumiał i nienawidził magii. Dostrzegał w niej jedynie destrukcyjną i złą siłę, która niszczy swoich wyznawców za ochłapy niepewnej prawdy. Chciał tylko jego i wspólnego szczęścia. Pragnął, żeby było jak wtedy, kiedy Paweł wracał ze swojego holistycznego centrum, pełen życia i miłości, którą tak chętnie dzielił się z nim, nie prosząc o nic więcej.
-A jeśli nie jestem żadnym medium? Jeśli to wszystko to tylko urojenia? Jak mógłbym spojrzeć potem na tych wszystkich ludzi, na siebie? Jak mógłbym żyć potem normalnie, wstawać, co rano, być z Tobą? Jak...?! - Krzysztof nie mógł o tym zapomnieć.
Jadę w pustym tramwaju. Jest noc. Jakieś światła dziwnego miasta za oknem.
Tramwaj zatrzymuje się na przystanku i wsiada do niego twój ojciec z mężczyzną, którego twarz jest zawinięta jakimiś bandażami. Siadają naprzeciw mnie i wtedy ten nieznajomy odwija te opatrunki. Jego twarz była spaloną miazgą zalaną ropą i krwią.
To był mój ojciec. Powiedział mi, że w tę niedzielę umrze.
- To tylko sen, spokojnie...- Krzysztof głaskał delikatnie Pawła po spoconych włosach próbując uspokoić targane drgawkami ciało
- Ja nie mogę już tak dalej żyć! Nie mogę być parapsychologicznym eremitą szukającym prawdy i pewności. Kim ja jestem, Krzysztof? Co ja mam robić? - wyrzucił próbując złapać regularny oddech
- Jesteś kimś, kogo kocham...
W pokoju zapadła cisza. Paweł wpatrywał się w biała kołdrę szukając pospiesznie właściwych słów.
-Krzysztof, musimy odpocząć od siebie, na jakiś czas. Ja...muszę pobyć sam, poszukać odpowiedzi, zdobyć pewność, że mam prawo, że mam dar.
Płakali szukając w myślach winnego zaistniałej sytuacji. Tej nocy zasnęli na dwóch przeciwległych końcach ich wspólnego łóżka.
Rano Paweł spakował swoje rzeczy i przeniósł się do ich znajomej. Kaśka była nauczycielką jogi i całe dnie spędzała pomagając ludziom stanąć na głowie lub upodobnić się do patrzącego w dół psa. Samotnie spędzone dni wyglądają prawie zawsze tak samo. Przychodzi ten moment, kiedy ma się dość prozaicznej wolności, chce się krzyczeć i zatracić w czyichś ramionach. Paweł milczał wpatrując się w siebie, ale nie znajdował tam niczego oprócz pożegnanej już dawno przeszłości i kilku zabłąkanych myśli. Kim był? Jezusem na pustyni, wygnanym druidą, uczniem pozbawionym mistrza? Oglądał tak zachody i wschody czekając na cud, cud oprzytomnienia.
- Paweł...muszę coś Ci powiedzieć...możesz mnie wpuścić?
-Prosiłem Cię, żebyś nie przychodził...dlaczego mi to robisz...? - wyszeptał przez szparę w drzwiach do Krzysztofa
-Twój ojciec...
-Co mój ojciec?
-Był wypadek...spalił się wczoraj Wasz dom...ojciec był w środku...
Upadając Paweł rozwalił sobie głowę o kant szafki na buty. W niedzielę jest czynna tylko apteka w centrum, więc Kaśka dobrodusznie wypruła swoim rzęchem zostawiając mężczyzn samych.
- Zadzwoniła Twoja matka. Była wtedy z Zośką w kościele, kiedy to się stało. Ojciec podobno był wypity, dlatego został...
-...ale jak? - wydukał Paweł.
-Podobno mieli już z tym piecem jakieś problemy, zresztą sam mi mówiłeś, że chcieli pożyczyć pieniądze...- przerwał, ponieważ przypomniał sobie, że pokłócili się o to przed tygodniem.
-Chryste Panie, mój sen...
-A więc masz swoją gwarancję, swoją pewność. Masz dar, możesz żyć dalej normalnie... - wyszeptał ze smutną radością w głosie Krzysztof.
-Dar?! Mój ojciec usmażył się żywcem, a Ty nazywasz to darem?!
Krzysztof zamknął brudną od łez twarz w dłoniach i przytulił ją do swojej najdelikatniej jak tylko potrafił. Znajome ciało znów łkało w jego objęciach, jak w noc, gdy Paweł postanowił od niego odejść.
Stali razem wsłuchując się w tępe uderzenia ziemi o brązową trumnę. Zziębnięty tłum zawył fałszywie żałobną pieśń pełną orszaków, aniołów i końca. Paweł patrzył jak znika pod czarna ziemią resztka spokoju, którą przechowywał w sobie na takie dni jak ten. Razem z ojcem żegnał magię. Już nigdy karty nie przemówią do niego w żadnym z języków.
Kier. Ziemia przykrywa człowieka w pudełku. Karo. Rośnie małe wzgórze by uczcić człowieka. Pik. Metalowy krzyż przebija mogiłę. Trefl. Kondukt żałobny odchodzi w milczeniu. Jest jeszcze Joker, ale to pusta karta.
To był ten sam tramwaj, tyle, że ojciec siedział naprzeciw mnie i uśmiechał się. Miał strasznie ubrudzone ręce ziemią, ale powiedział, że to nic, że się umyje. A później popatrzył na mnie tak dziwnie i stwierdził, że zaraz kogoś poznam i wskazał jakiś punkt po mojej prawej stronie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że ktoś koło mnie siedzi. Odwróciłem się i to byłem ja sam tyle, że z przestrzeloną głową.
- Krzysiek, ja umrę! Rany Boskie, ktoś mnie zastrzeli!!!
-O czym Ty mówisz?! To tylko pieprzony sen!!!
-A mój ojciec?! Chryste Panie....
-Uspokój się! Nic się nie dzieje, nic się nie stanie. Jestem przy Tobie.
-Przestań być tak kurewsko opiekuńczy. Mam tego dość, rozumiesz?! Mam dość Twoich zapewnień, mam dość Ciebie!! - rzucał wściekle Paweł - Czy Ty nie rozumiesz, że dzieje się coś, czego nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, co przerasta mnie, Ciebie, nas wszystkich?!
-Przecież tego chciałeś, potwierdzenia swojego daru!
-Czy Ty nie rozumiesz, że jeżeli tamten sen był prawdziwy, był proroctwem, to teraz przyszła kolej na mnie!
Nagle wszystkie mięśnie Pawła spięły się, a chłopak runął na podłogę ściągając za sobą lampkę z nocnego stolika. Padaczka - nagłe, synchroniczne wyładowanie grup komórek istoty szarej mózgu. Krzysztof nie raz był świadkiem makabrycznego tańca ukochanego. Tym razem jednak było inaczej. Oczy Pawła zmieniły się w dwie białe kule białek, a twarz wydawała się zaraz eksplodować pod naporem krwi. Dusił się. Zalane śliną usta błagały w milczeniu o najmniejszy skrawek boskiego powietrza, o życie.
- Paweł! Już dobrze. Już wszystko dobrze. Nie bój się. Rany Boskie. Wybacz mi. To ja! To ja zabiłem Twojego ojca! To ja go spaliłem! Jesteś bezpieczny, nic Ci nie grozi. Kurwa, Paweł słyszysz...?! Chciałem Ci dać nadzieję, pewność, żebyś się czuł wyjątkowy, żebyś był szczęśliwy, jak dawniej. Powiedziałeś, że nie mógłbyś być ze mną... zadbałem o nas, o Ciebie... Paweł!
Spokój przychodzi z czasem. Opada razem ze zrozumieniem na głowy znużonych oczekujących. Dla Pawła zmaterializował się w postaci długiego, cichego snu nie przerwanego żadną wizją, myślą czy przeczuciem.
-Tym właśnie jest śmierć-boskim niebytem - pomyślał budząc się w szpitalnej sali koło kaszlącego nadmiarem życia starca.
"...14 listopada 1997 roku w prywatnym mieszkaniu przy ul.Królewskiej 12
Paweł K. odebrał sobie życie strzałem z pistoletu w przód głowy.
Policja poinformowała nas, iż przyczyną samobójstwa była najprawdopodobniej
śmierć ojca..."
Angelluss
ale w miłości do Ojca, która przeważyła uczucie do part-nera, powodując samobójczą śmierć. Wybrał podróż za Ojcem niż podróż przez życie z kochankiem.
w zaświaty za