Dla bulwarowej prasy niemieckiej nastały ciężkie czasy. Jeszcze kilka lat temu wiadomość, że jakiś prominentny polityk jest homoseksualistą wywołałaby sensację. Zawodowi węszyciele i paparazzi przez całe tygodnie mieliby pełne ręce roboty. Ale dziś taka informacja nie jest warta nawet funta kłaków. Cóż z tego, że nadburmistrz Hamburga jest gejem, skoro nikogo to nie interesuje? Jego wredny polityczny konkurent nie takiej spodziewał się reakcji... Sądził, że wystarczy pokazać palcem, wykrzyknąć "Popatrzcie! To pedał!", a wszyscy rzucą się i rozszarpią nieszczęśnika na strzępy. Nic z tego. Dziennikarze tylko ziewnęli z nudów a skarżypyta sam spadł z gałęzi i boleśnie potłukł sobie tyłek.
Ale - po kolei: Od ostatnich wyborów, władzę w Hamburgu sprawuje prawicowa koalicja, której przewodzi Ole von Beust, polityk z partii chrześcijańsko-demokratycznej CDU. Partia ta stanowczo sprzeciwiała się uchwaleniu a potem wprowadzeniu w życie ustawy o małżeństwie homoseksualnym, zwanym w Niemczech "Homoehe" (homo-małżeństwo). Koalicyjnym partnerem Ole von Beust'a został niejaki Ronald Schill, były sędzia słynący drakońskich wyroków za najmniejsze nawet przewinienia, radykalnie prawicowy populista i krzykacz wiecowy. W hamburskim Senacie (zarządzie miasta) zajmował on fotel senatora do spraw wewnętrznych. Ten właśnie sędzia Schill oskarżył swojego szefa - burmistrza - że jest homoseksualistą a na dodatek miał zapewnić swemu przyjacielowi i długoletniemu partnerowi Rogerowi Kuschowi urząd senatora do spraw wymiaru sprawiedliwości. W wywiadzie prasowym Kusch powiedział, że nigdy nie ukrywał, że jest gejem, ale nie sądzi, by kogokolwiek mogłoby to interesować. Burmistrz Ole von Beust zareagował w jedyny możliwy sposób: wylał swego nielojalnego partnera z pracy. Próba szantażu i ordynarnej intrygi spaliła na panewce. Jedna z niemieckich gazet napisała: "Senator Ronald Schill przekalkulował się. Oskarżając burmistrza Hamburga o homoseksualizm, miał zamiar złamać mu karierę. Ale dowiódł tylko, że jest kompletnie oderwany od rzeczywistości. Bowiem większość ludzi w Niemczech jest zdania, że to, co polityk robi w łóżku nie ma żadnego znaczenia".
Autor tego komentarza ma rację. A przecież jeszcze w roku 1884, wysoki dowódca niemieckiej armii, czterogwiazdkowy generał Günter Kießling został odwołany ze stanowiska, ponieważ ktoś puścił plotkę, że jest gejem. Minister obrony (późniejszy sekretarz generalny NATO Manfred Wörner) uznał, że homoseksualista narażony jest na próby szantażu. W przypadku, burmistrza Hamburga opinię publiczną interesowało jedynie, czy prawdą jest, że Ole von Beust załatwią posadę swemu partnerowi. Na razie - nie ma na to żadnych dowodów.
Inny komentator zauważył, że hamburska afera powinna dać sporo do myślenia niemieckim chrześcijańskim demokratom, którzy tak uporczywie sprzeciwiali się legalizacji partnerstwa homoseksualnego, a teraz - choć nie wszyscy - popierają watykańską krucjatę przeciwko gejom. Także w ich szeregach są osoby homoseksualne obojga płci. Niektóre z nich znajdują się na samym szczycie partii, sprawują władzę i nic nie wskazuje, by ich orientacja seksualna odbijała się negatywnie na ich pracy.
Znany politolog Lothar Probst zauważył, że "kto w dzisiejszych Niemczech próbuje zastraszać lub dyskryminować osoby homoseksualne, sam skazuje się na społeczne potępienie. Albowiem zdecydowana większość Niemców akceptuje zasadę, że geje i lesbijki posiadają takie same prawa jak heteroseksualna większość".
Ole von Beust z pewnością nie zostanie idolem niemieckiej społeczności homoseksualnej, takim jak burmistrz Berlina Klaus Wowereit. Bowiem sam fakt bycia gejem nie zastąpi wizji politycznej, postępowych poglądów czy wreszcie odwagi cywilnej, koniecznej do publicznego ujawnienia swej orientacji seksualnej. Jego przypadek dokumentuje, jak dalece społeczeństwo niemieckie zmieniło się w ciągu zaledwie dwudziestu lat.
Gabriela Ruszkowska-Meier - Berlin