Budzę się rano i pierwsze, o czym myślę, to fakt tytułowy. Siadam na łóżku zupełnie nagi i zaczynam zastanawiać się nad całą sprawą. Dziwię się. Fascynuje mnie samo uczucie, ale i ta sama płeć. Jak to możliwe, że kocham? Jak to się dzieje, że faceta? A co się będę wysilał. I tak na to nie wpadnę. Nie wykombinuję, choćbym nie wiem jak chciał. Nie odgadnę, dlaczego w czasach sieci przez wielkie S mojemu ciału i mojej głowie zachciało się akurat prawdziwej miłości, która znosi wszystkie cierpienia - w tym torturę największą z możliwych: odległość. Towaru mocno zużytego, przereklamowanego i deficytowego zarazem.
Idę do łazienki. Pod prysznicem dotykam się lubieżnie i wyobrażam sobie, że to jego palce. Jeszcze trzynaście dni. Jaka szczęśliwa liczba. Wszystkie liczby są teraz szczęśliwe. Istnieją już tylko słodkie czarne kotki pędzące przez moje ulice, drogi uroczo dziurawe i pełne romantycznej chlapy w listopadzie. Są mili znajomi, którzy tak melodyjnie krzyczą: "Zejdź wreszcie na Ziemię! To tylko sen!!!". Kochani.
Robię sobie śniadanie. Kiedy kończę jeść ostatni przypalony tost, oblizuję się ze smakiem a moje oczy wpatrują się w okno. Nie mogę się doczekać, kiedy wyjdę z domu, to takie ekscytujące. Każdy dzień jest teraz jak kolejne opowiadanie ulubionego Gombrowicza.
Jadę tramwajem. Patrzę przed siebie. Ooo... reklama. Ma taki sam model komórki. Komórkę trzyma zawsze w lewej dłoni, w palcach! Te palce pomogły mi uwierzyć w to, że moje ciało zasługuje na najsubtelniejsze pieszczoty świata. Były już wszędzie, na zewnątrz i wewnątrz mnie. Poznały mnie całego.
Wysiadam. Późno w nocy zamykam te palce w swoich dłoniach, dopóki nie zaczną mnie parzyć. Dopiero wtedy pozwalam mu spać z rękami na kołderce. I to ja nią jestem, któżby inny.
Pada deszcz. Oczywiście nie wziąłem parasola. Ci ludzie to w ogóle nie wiedzą, ile radości może sprawić deszcz lejący się za kołnierz, zwłaszcza z dodatkiem tych wszystkich siarczanów czy jak im tam. Kieruję twarz ku chmurom. Jestem szczęśliwy. Otulam go mocniej i zaczynam lizać jego szczęki. Twardą zapowiedź zarostu, który jutro znów mu wyrośnie. Delikatnie całuję moje ulubione miejsce pod dolną wargą a potem przechodzę do nosa. Prawy płatek, lewy płatek. Szczyt. Obłęd.
Samochody wokół mnie trąbią w takt mojej równoległej rzeczywistości. A nie, to ja zatrzymałem się na szczycie. Na środku skrzyżowania.
Coś mnie uderza w lewą nogę. Na tyle mocno, że upadam. Przytomność odzyskuję w szpitalu. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo wszystko jest białe a pielęgniarze bardzo mili. Do mojego łóżka podchodzi przystojny brunet i mówi, że powinienem spróbować się podnieść i pójść za nim, bo mogę nie mieć takiej drugiej szansy. Jestem obolały, jednak udaje mi się spełnić jego żądanie. Bierze mnie za rękę, uśmiecha się prawie jak mój Tomek, po czym odwraca się i prowadzi bardzo długim, jasnym korytarzem. Na końcu są białe drzwi. Otwiera je i doznaję szoku.
- Boże... to naprawdę ty??? No nie, zawsze myślałem, że jesteś starszy - nie mogę wyjść z podziwu.
- Jestem, jaki jestem.
- O nie, proszę, tylko nie humor a la Wiśniewski... nie mam nastroju - mówię smutno - Szczerze mówiąc, to myślałem, że przeżyłem...
Ten Bóg, na którego nigdy jakoś specjalnie nie liczyłem, ma jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu i jest całkiem przystojnym blondynem. Spogląda mi prosto w oczy i mówi:
- A wydaje ci się, że umarłeś?
- No nie wiem, mam nadzieję, że może od ciebie się dowiem, skoro ten przystojniak w białym mundurze już mnie tu przyprowadził...
O kurde (w tym momencie zamyka się kurdepętla - patrz początek). Żeby tylko nie pomyślał sobie, że jestem gejem, bo wszystko stracone! W najlepszym razie jakiś kocioł z gorącą smołą.
- Dowiesz się, dowiesz. Podaj mi dłoń.
Mam niezłego cykora, ale robię to. Ujmuje silnie moją rękę i zamyka oczy. Nie wiem, dlaczego, ale pod wpływem jego widoku... a może i jakiejś innej siły... robię to samo. Widzę swoje ostatnie w życiu skrzyżowanie, podróż tramwajem, przypalone śniadanie i to, jak nagi siedzę na łóżku. Siedzę i...
Czuję ciepły oddech Boga nad uchem. Szepcze mi:
- Piękne, naprawdę piękne. I czemu ty się dziwiłeś, głuptasie???
Tekst dedykuję temu, który uśmiecha się jeszcze ładniej,
prawiebrunet.
Zołzo;
podporządkowałaś się systemowi, i jesteś jego narzędziem. Ty pisarka, ja filozof; jedne słowo powie mi więcej niż zdanie...
Od opowiadania emanuje naturalność. Zauważyłem oczywiście mankament pod koniec, ale przecie to bohater umiera a nie jego autor... Napisał zresztą, co odczuwa a to, w świecie materialnym nigdy nie będzie ideałem do końca, choć nim naprawdę jest.
Zgadzam się z tobą, iż literaturę się piszę wymyśloną o przyjętych regułach, bo to zauważyłem w swych rozważaniach i taki NACISK kładą w szkołach. Ale; wtedy takowa literatura jest podręcznikiem obsługi jednego z wielu programów w systemie współczesnego życia. Zresztą kobiety lubią wciąż nawijać i rozmyślać o romansach! Mężczyzna a kobieta myślą i rozumieją inaczej...
Bruno Schulz pisał do szuflady tak samo i proszę, jest w literaturze polskiej.
Ja przekaz, jaki niesie powyższe opowiadanie zrozumiałem. Wymusza on myślenie i zrozumienie a oto szybkie zrozumienie miłości z tekstu:
Miłość
- Zastanawia
- Fascynuje
- Daje uczucie
- Kombinuje
- Daje chęć
- Znosi (wszystkie cierpienia)
- Toruje, daje cel
- Daje piękno i żąda piękna
- Żąda poświęcenia, ofiary
- Jest życiem
- Jest świeżością i ideałem
- Jest lubieżna
- Umaterialnia
- Posługuje się wyobraźnią
- Uszczęśliwia
- Przebacza
- Przemienia
- Daje siłę i ją odbiera
- Jest urocza, romantyczna
- Zło staje się dobrem
- Wprawia w modlitwę/zamyślenie/medytację
- Usypia agresję, umysł
- Nadaje smak
- Ekcytuje
- Żąda życia, wolności, natury
- „Każdy dzień ...jak kolejne [ulubione] opowiadanie”
- Przypomina
- Nadaje sens egzystencji
- Nadaje wiarę w innych
- Pomaga
- Daje „najsubtelniejsze pieszczoty świata”
- Zniewala
- Uduchowia
- Zespaja w jedno będąc mnogością
- Pożąda i oczekuje ofiary a nawet śmierci
- Uosobnia się w człowieku, będąc nią samą
- Nadaje dumę, poznanie, prawdę, potęgę, irracjonalność
- Pokazuje to, czego inni nie widzą
- Daje szczęście
- Daje moc
- Wprawia w obłęd, w wieczną roszkosz
- Jest „równoległą rzeczywistością” w której czas, miejsce, materia nie istnieje; a która nas prowadzi ku początku końca
- Nie jest Ziemska
- Przypomina i pamięta
- Szokuje
- Jest niepojętna
-
Bóg, miłość, podświadomość to jedno i to samo jako mnogość w nicości
Miłość w świecie obecnym jest czymś nielogicznym, którą się tępi i dłamsi.
Nielogiczność jest logiką nielogiczności tego Świata
ArtElf(heteryk)