Wielokrotnie zastanawiał się, jak to będzie, gdy ojciec umrze. Odczuje ulgę, czy mimo wszystko stratę? A może do tego czasu się pogodzą i będą żyć ze sobą w najlepszej komitywie? Przez lata uznawał to za mrzonki. Milczenie, wzajemne pretensje i niechęć narastały w postępie geometrycznym, i nawet jeśli nie dochodziły do głosu w tak brutalnej formie, jak na początku, to przepaść między nimi wciąż rosła.
Ta wiosna zapowiadała zmiany. Matka zaczęła przekazywać Robertowi pozdrowienia. Napomykała, że ojciec pyta i bardzo się przejmuje jego sytuacją. Na całą rodzinę spłynął duch nadspotykanego zainteresowania i życzliwości. Z tygodnia na tydzień ulga w głosie krewnych stawała się coraz dotkliwiej odczuwalna. Minęło sporo czasu, zanim domyślił się przyczyny: rozstał się z Jarkiem i wciąż był sam. W każdym razie nie afiszował się na tyle, by z kimś zamieszkać, reszta ich nie obchodziła.
Przełom nastąpił po wydarzeniach feralnej nocy, gdy Iza z matką utknęły w karambolu. Skoro tylko opadły emocje, ojciec najwyraźniej uznał, że przeholował Zdobył się na kolejny telefon, przyprawiając Roberta o kompletny szok. Słowo "przepraszam" nie przeszło mu przez usta, ale wyjaśnienie, że "poniosły go nerwy" wyrażały to samo i Robert potrafił docenić ten wysiłek. Jadąc tydzień później do domu kupił ojcu elegancką kamizelkę. Ojciec kochał kamizelki, chodził w nich konsekwentnie przez pół życia
Rozmawiali po raz pierwszy od kilku lat. Robert bał się nawet zastanawiać, od ilu.
Słońce grzało bezlitośnie. Powietrze niemal stało w miejscu, najmniejszy podmuch owiewał twarze nieznośnym gorącem. Pod czarnymi garniturami, sukniami i kapeluszami nieubłaganie ściekały strużki potu.
Kondukt dotarł do celu. Żałobnicy wypuścili z rąk ciężkie wiązanki. Robert rozejrzał się dyskretnie. Czuł się zaskoczony, jak wielu ludzi przyszło pożegnać ojca. Pamiętali go jeszcze z czasów powojennych, gdy zjawił się znikąd z całą rodziną i otworzył sklepik w centrum miasteczka. Mimo że od dawna nie udzielał się publicznie, wciąż zachowywali go w życzliwej pamięci.
Pogrążył się w zadumie, wpatrzony w ciemne drewno trumny, przecięte na pół białą szarfą i zwieńczone wizerunkiem ojca, zrobionym niedługo po ślubie rodziców. Wydatna szczęka, długie, zaczesane do góry włosy, zdecydowany wzrok, wbity w wyznaczony przez fotografa punkt. Pół wieku później wyglądał podobnie, takim właśnie Robert pamiętał go z dzieciństwa. Mimo że szorstki w obejściu, na swój sposób pokazywał swoje przywiązanie do syna.
Nagle wróciły wspomnienia. Cukiernia w rynku, dokąd ojciec zabierał wszystkich co niedzielę, zaraz po mszy Siadał z matką nad filiżanką aromatycznej kawy, podczas gdy Robert i Iza zamawiali któryś z ulubionych deserów: lody, galaretkę lub szarlotkę. Uwielbiał atmosferę tego miejsca, pełną egzotycznych zapachów i muzyki z radia, jakiej nie nigdy nie słyszał w domu. Bywało, przychodził do cukierni w tygodniu, ale to już nie było to samo przeżycie - tylko niedzielne wizyty nosiły charakter prawdziwego święta.
Zamrugał oczami, oszołomiony napierającymi z pamięci migawkami. Sobotnie froterowanie drewnianych podłóg. Korzenny zapach tytoniu z tlącej się fajki. Czarne, świeżo wypastowane buty ustawione równiutko przed progiem mieszkania. Kluczyk do tajemnego schowka w kredensie, dyndający prowokacyjnie na srebrnym łańcuszku. Pędzel do golenia z jasnokremowym uchwytem, plastikowym, choć Robert zawsze wyobrażał sobie, że z kości słoniowej. Serdeczne choć zdystansowane "tak, synu?" i wysoko uniesiona brew, gdy przybiegał ze stłuczonym kolanem, prośbą o kieszonkowe, wezwaniem do szkoły. Ciepła dłoń, złożona na czole tuż przed zaśnięciem, jedna z nielicznych czułości, na które ojciec potrafił się zdobyć.
No i legendarna woń świątecznych pierników na kilka tygodni przed gwiazdką! Ojciec kuchnię omijał z daleka, z jednym wyjątkiem: na początku grudnia zamykał się w niej starannie i wyczarowywał cudowne, imbirowe wypieki. Ich zapach roznosił się szybko po całym domu. Wszyscy wiedzieli doskonale, gdzie leżakują, jednak aż do wigilijnego wieczora nikt nie odważał się po nie sięgnąć.
Co stało się ze światem, o którym całkiem już zapomniał? Szczęśliwe dzieciństwo wydawało się tak odległą przeszłością, że gotów był uznać własne wspomnienia za egzotyczne historie z ubiegłej epoki. Fukał na matkę, gdy zbyt często do nich wracała w nadziei, że wskrzesi w ten sposób rodzinę, jaką kochała najbardziej. Rozdarta pomiędzy lojalnością do męża i miłością do dziecka, cały czas próbowała przywrócić ich sobie, by było jak kiedyś, zanim stały się wszystkie te okropne rzeczy.
Widział jej dramatyczną szarpaninę, rozpacz i nadzieję, wyzierającą z bladobłękitnych oczu. "Nie zostało mu wiele czasu", przekonywała. "Nie potrafi cię zrozumieć, jest zawzięty, ale powinieneś być mądrzejszy. Potem będzie za późno, a ty nic już nie będziesz mógł zrobić." Cały poprzedni wieczór płakała. Nie mówiła nic, ale jej wzrok wciąż powtarzał bez satysfakcji "a nie mówiłam!"
Z zamyślenia wyrwał go dopiero odgłos ziemi rzucanej na skrzynię. Nie słyszał słów księdza, ani przemowy przyjaciela ojca. Przegapił nawet kondolencje i fakt, że nikt do niego nie podszedł. Niewiele go to obchodziło, i tak stał całkiem na uboczu.
Iza i matka ruszyły powoli, ramię pod ramię w stronę głównej alei. Siostra skinęła znacząco w kierunku wyjścia. Tłumek wokół rozpraszał się powoli. Uświadomił sobie, że wciąż kurczowo zaciska palce na różanym wieńcu. Ułożył go z brzegu kolorowej ryzy, przyklęknął i przeżegnał się dyskretnie. Potem wstał i ruszył śladem wycofującego się konduktu.
Z prawdziwą ulgą oparł się o mur wokół cmentarza. Drobny żwir alejki chrzęścił pod nogami wychodzących przez bramę. Powoli wszystko wracało: śpiew ptaków, upał, powarkiwanie pierwszych samochodów i szmer rozmów.
-Wstydu nie ma - usłyszał gdzieś za plecami kobiecy głos. - Pokazywać się na pogrzebie po tym wszystkim...
-A jego matka? Święta kobieta! - zawtórowała druga. - W ogóle bym go do domu nie wpuściła! Siostra Grzegorczyków znów go na mieście z jakimś elementem widziała, podobno pijany całkiem i całowali się na ulicy!
-Nikt mu ręki nie podał - cmoknęła pierwsza ze zgrozą. - Wszyscy wiedzą, że to przez niego biedny Jaś tak mizerniał.
-Taki wstyd, kochana, taki wstyd...
Rozmowa cichła powoli, zagłuszana hałasem ulicy. Między zmizerniałą zielenią krzaków Robert dostrzegł oddalające się powoli, nieco przygarbione się cienie.
"Biedny tato", pomyślał niespodziewanie i zawrócił w stronę grobu, na którym grabarze kończyli układać kwiaty.
Koosie
Następny odcinek webnoweli "Okruchy życia" już za tydzień!