-Cieszę się, że mogłeś wpaść - Leszek uwolnił obolałe ręce od ciężkich pakunków. - Dzięki za zakupy.
Plastikowe torby wypełniały po brzegi owoce i warzywa, w mieszkaniu zapachniało rozniósł się zapach świeżego pieczywa. Żołądek upomniał się bolesnym skurczem o posiłek.
-Wszystko w porządku? - Jacek dostrzegł jego osłabienie, odruchowo przełożył karton soków na jedno ramię i podtrzymał przyjaciela.
-Nic takiego - Leszek intensywnie mrugał powiekami. Szare plamki powoli ustępowały. - Zdrzemnąłem się, trochę jestem otępiały... Przy tych temperaturach...
Wskazał głową na pożółkłe, młode listki na drzewach za okienną szybą. Wysokie temperatury dawały się powoli we znaki wszystkim, nie tylko roślinom.
-Za bardzo się forsujesz - stwierdził Jacek. - Jadłeś coś?
Leszek uśmiechnął się nieudolnie, nie był nawet pewien, czy mu się udało.
-Coś tam wrzuciłem - skłamał bez przekonania.
Jacek spojrzał na niego potępiająco. Lech wyglądał mizernie, choć z bladej twarzy i nienaturalnie wielkich oczu biła nadludzka i trochę chorobliwa energia, a skóra naciągnięta na wychudzone policzki pobladła do takiego stopnia, że niemal świeciła własnym światłem
-Zeszczuplałeś - powiedział Jacek. - Wiem, że w twoich uszach brzmi jak komplement, ale nie jest...
- Zawsze marzyłem o szczupłej talii - Leszek ostrożnie wyciągał kolejno pomidory i ogórki z reklamówek. Każdy oglądał starannie i układał w misce.
-To mało zabawne - Jacek nie dawał za wygraną. - Wyglądasz na wygłodzonego. Jesz coś?
-No, na pewno nie taki smakołyki - Lech ostatecznie uległ sile coraz intensywniejszych aromatów.
-Czyli nie odmówisz kolacji? - Jacek zamachał mu przed nosem paczką apetycznej wędliny. - Jajeczka na bekonie, czy coś lżejszego?
-Piotrek... - Lech poderwał się z miejsca, ale przeszywające kłucie w podbrzuszu zamknęło mu usta. Bezwładnie opadł na krzesło. -Skoro tak namawiasz - wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu.
Jacek odłożył na bok wybrane składniki i przeglądał po kolei szuflady w poszukiwaniu niezbędnych narzędzi.
-Patelnia stoi w piekarniku - podpowiedział Lech. Uczucie niemocy i ciążenia w całym ciele narastało nieubłaganie. Zewsząd nacierały apetyczne zapachy, bezskutecznie próbował opanować napływ śliny do ust. Chwycił ze stołu jabłko i łapczywie wgryzł się w chrupiący miąższ.
Jacek obserwował wszystko kątem oka, powoli ogarniało go przerażenie.
-Piotr śpi? - zapytał wbijając ostrożnie jajka na rozgrzany tłuszcz.
Lech pokiwał głową, połykał właśnie ogromny kęs owocu, nie siląc się nawet na jego rozgryzanie.
-Od godziny - wykrztusił wreszcie i złapał głębszy oddech - dlatego też się położyłem.
Jacek pomyślał, że raczej padł z wyczerpania, ale powstrzymał się od komentarza.
-Jest coraz lepiej - ciągnął Leszek - sam porusza się po pokoju.
Przejechał dłonią po twarzy, próbując zetrzeć zmęczenie z powiek.
-Pielęgniarka przychodzi przed południem, wtedy z reguły i tak śpi - ożywił się. - Myślałem o jakimś bezpłatnym urlopie, ale sam wiesz, muszę pokazywać się w pracy. Wszystko tyle kosztuje... Poza tym nie wiadomo, czy miałbym dokąd wracać. Przesunęli mnie do finansów, pracuję głównie w domu, popołudniami i w nocy
Przerwał na chwilę, z lubością przeżuwając piętkę od chleba.
-A Piotr? - zapytał Jacek.
-Przychodzi do siebie, już marudzi, że mu nudno. Ciągle pyta, co u was słychać. Ostatnio wyciągnęliśmy stare zdjęcia i listy, kazał sobie czytać wszystkie po kolei.
Leszek roześmiał się niemal pogodnie. Jeśli coś było go w stanie podtrzymać na duchu, to nadzieja na przebudzenie, a teraz ozdrowienie Pi.
-Parę razy zastanawiałem się, czy niego nie zadzwonić - stwierdził Jacek. Wyłożył na talerze gorące porcje i dosiadł się do stołu. Lech chwycił drugi kawałek pieczywa, z lubością wbił zęby w puszyste ciasto.
-Teraz już można - przytaknął. - Nie powinien się męczyć, ale chwila rozmowy mu nie zaszkodzi. Przynajmniej dowiedziałby się czegoś nowego - spojrzał Jackowi prosto w oczy i uśmiechnął się ciepło. - Bardzo potrzebuje kontaktu z ludźmi.
Jacek sięgnął po solniczkę.
-A rehabilitacja? - zapytał.
-Dobrze. Bezwład prawej części ciała powoli ustępuje. Znaleźliśmy całkiem dobry wózek za przyzwoite pieniądze, pewnie zaczniemy wyjeżdżać na spacery ...
W ciszy kuchni zza ściany rozległ jakiś szmer, jakby szuranie, a potem lekkie uderzenie. Leszek natychmiast nastawił uszu.
-O...obudził się! - szepnął. Jego dłoń zacisnęła się na ramieniu Jacka.
Znowu coś stuknęło. Leszek zerwał się na nogi i już stał w progu. Zatrzymał się jeszcze, zerkając niepewnie na przyjaciela.
-Zostaniesz? - zapytał.
-Spoko - Jacek uśmiechnął się zachęcająco. - Pomóc w czymś?
W oczach Lecha coś błysnęło.
-Zupa - westchnął z ulgą. - Stoi na kuchence. Zjemy zaraz po kąpieli.
-Zaczekam - Jacek uniósł się z miejsca. - O nic się nie martw.
-Dzięki - Lech przejechał w zakłopotaniu palcami po włosach. - A zrobisz też herbaty?
* * * * *
Robert zapalił światło. Od pół godziny przewracał się na łóżku z boku na bok, nie mogąc w żaden sposób zasnąć. W głowie kołatały uparcie wciąż te same myśli, nie opuszczały go przez cały dzień, nawet w pracy z ledwością skupiał się na innych zajęciach. Niemal gotów był uznać, że został jakimś niezbadanym wyrokiem skazany na męczarnie wahania na długie lata. Już nigdy nie wypętli się z wątpliwości.
Z pozoru nie mogło ułożyć się lepiej. Był pewien, że wymodlił sobie Marka dawno temu, zanim jeszcze mógł przeczuć, jak bardzo będzie go potrzebował. A teraz, gdy ucieleśniały się jego życzenia, nie potrafił rozstrzygnąć, czy to aby na pewno właściwy moment. Kiedy Marek po raz pierwszy wspomniał o powrocie do kraju i wspólnej przyszłości, Robert nie potraktował go do końca poważnie. Ot, miła myśl, ale całkiem niezobowiązująca. Tymczasem wraz z rozwojem uczuć i pod naporem tęsknoty temat powracał coraz częściej, a kiedy Markowi zaproponowano objęcie redakcji w Polsce, wnioski nasuwały się same.
Dźwięk telefonu nie zaskoczył go wcale, często rozmawiali w środku nocy. Odebrał natychmiast.
-Robert? - powiedział ktoś cicho, prawie bezgłośnym szeptem.
-Mama? - poznał bardziej po szlochu, niż po głosie. W jednej chwili zapomniał o wszystkim: nigdy dotąd nie dzwoniła o tak późnej porze.
-Synku... - wydusiła prosto do mikrofonu. - Jesteś tam? Proszę, przyjedź...! Jasiu... Jan...
Czuł, jak krew gwałtownie napływa mu do twarzy. Mięśnie spięły się w nagłym przeczuciu.
-Co z tatą?
-Ojciec... - znów utknęła wśród płaczu, słowa z ledwością przechodziły jej przez gardło. - Ojciec... zmarł
Długo stał ze słuchawką przyciśniętą do ucha. Kiedy siostra zadzwoniła na komórkę kwadrans później wciąż tkwił w bezruchu przy oknie i wsłuchiwał się w trzaski na łączach.
-Już wiesz? - zapytała spokojnie. - Pogrzeb w czwartek.
Firanka zadygotała, pierwsze krople ciężkiego deszczu zabębniły o parapet.
"Nareszcie", pomyślał i otworzył balkon na oścież. "Nareszcie koniec upałów."
Koosie
Następny odcinek webnoweli "Okruchy życia" już za tydzień!