Jest godzina 1:23, otwieram moją ulubioną Inną Stronę i po chwili klnę jak szewc: galeria Burzym & Wolff straciła lokal za użyczenie swej przestrzeni dla akcji "Niech nas zobaczą!". Czyli za co konkretnie? Za prezentowanie publiczne zdjęć dwóch mężczyzn lub dwóch kobiet trzymających się za rękę. Jednocześnie lewicowy prezydent publicznie ogłasza, że jest przeciwny zmianie kompromitującej Polskę w cywilizowanym świecie ustawy antyaborcyjnej. Jednocześnie bardzo wiekowe panie z "rodziny" blokują statek, który w ramach zorganizowanej przez polskie i holenderskie feministki akcji przypłynął, by zaoferować kobietom - choćby symbolicznie -pigułki wczesnoporonne i zaprotestować przeciw łamaniu praw człowieka w Polsce, jakie jest skutkiem działania tej ustawy. Jednocześnie w rozmowie ze mną tzw. "wpływowy polityk SLD" zapewnił mnie, że szanse na przyjęcie ustawy o partnerstwie osób tej samej płci są żadne. Oznacza to koniec naszych nadziei - naiwnych, oczywiście - na przepchnięcie tej ustawy w okresie niepodzielnych rządów lewicy w Polsce. Koniec nadziei na długie lata, bo zapowiada się okres rządów koalicji PiS - PO lub LPR - Samoobrona... No i prezydent Kaczyński na dwie kadencje...
Ktoś mnie całkiem niedawno przekonywał na "Forum" IS, że jestem przesadnym pesymistą. Otóż mój pesymizm rośnie. Czarno widzę, bo maleją szanse na to, że Polska dołączy do grona krajów respektujących praw człowieka we wszystkich ich aspektach, także praw kobiet i praw osób nie-heteroseksualnych. Czarno widzę, bo coraz wyraźniej przekształca się nasz kraj w skansen katolicko - populistyczny, w fundamentalistyczne bagno przesądów, uprzedzeń i opartej na nich nienawiści.
Nienawiść tę podsyca i umacnia skutecznie Kościół katolicki, rzekomo w imię ochrony "ludzkiej godności", instytucja odzyskująca swoje wpływy, instytucja finansowana w ogromnym stopniu przez państwo, instytucja pełna pogardy dla człowieka, jego osobistej wolności, jego cielesności, jego sposobów życia. Instytucja totalna, czyli taka, która zmierza do zawładnięcia człowiekiem, narzucenia mu swej ideologii i związanej z nią mitologii, dążąca do całkowitego ubezwłasnowolnienia jednostki i włączenia go w rzeszę identycznie myślących i identycznie działających jednostek, pozbawionych prawa wyboru. Dopóki zdanie Kościoła katolickiego będzie decydujące w takich sprawach, jak seksualność czy rozrodczość, dopóty czarno to będę widział.
Czy zatem lesbijki i geje powinni się wziąć za walkę z Kościołem? Śmiechu warte: te biedne, nieliczne organizacje LGBT przeciw potężnej, wpływowej, bogatej instytucji? To na nic. Poza tym instytucje totalne mają to do siebie, że atakowane - wzmacniają się.
Myślę, że droga, jaką powinniśmy podążać, została wyznaczona przez wielkiego francuskiego filozofa Michela Foucaulta: przemoc, jaka jest stosowana wobec nas należy zwalczać na samym dole, dokładnie tam, gdzie najwyraźniej się ukazuje.
Jeśli w swojej szkole lub uczelni słyszysz, że nauczyciel lub wykładowca plecie bzdury, iż homoseksualista jest zboczeńcem, na następnych zajęciach publicznie ciśnij mu na biurko plik tekstów naukowych, określających tego typu poglądy jako anachroniczne uprzedzenia. Jeśli słyszysz w pracy obok Ciebie idiotyczne i wulgarne dowcipy o pedałach z torebkami, zareaguj dowcipem o niedomytych i prymitywnych heterosamcach. Jeśli u Ciebie w domu ktoś wygłasza homofobiczny komentarz do jakiegoś wydarzenia, przypomnij temu, kto ów komentarz wygłasza, że te wstrętne cioty są ludźmi i mają godność. Jeśli w gazecie czytasz, albo w radio słyszysz, albo w telewizji oglądasz kogoś, kto ubliża lesbijkom, gejom, biseksualistom, pisz, dzwoń, protestuj zamiast złościć się bezsilnie. Jeśli widzisz homofobiczną ulotkę, zerwij ją. A jeszcze lepiej napisz i powieś obok ulotkę progejowską, przygotuj też dwadzieścia jej kopii, by wieszać ją na nowo, gdy zostanie zerwana. Itp. Itd.
Przestrzenią oporu przeciw tym wszystkim aktom nienawiści i pogardy jest nasza codzienność. Wolności nie dostaje się na srebrnej tacy, zbyt wielu ludziom, organizacjom, instytucjom zależy na tym, by tej wolności nas pozbawić. Jeśli nie walczysz o swoją wolność, tracisz ją. Natychmiast.
Wiem, że problemem jest ujawnianie swojego homoseksualizmu czy biseksualizmu. Ale wiem też, że można zrobić bardzo wiele, nie ujawniając się w sytuacji, gdy akt coming outu przyniesie więcej strat, niż korzyści, albo gdy po prostu nie jesteś jeszcze nań gotowy. Po prostu pomyśl przez chwilę, co najbardziej przeszkadza Ci w realizowaniu swoich pragnień i postaraj się to zmienić, poczynając od rzeczy małych, drobnych, codziennych.
Mała, codzienna rewolucja - wydaje mi się, że to jest program na najbliższe lata, program dla tych, którzy są przekonani, że prawa człowieka są fundamentem, na którym można oprzeć sprawiedliwie państwo. Nie jest nim zaś etyka nienawiści do ciała, etyka kolektywnej wolności, zarządzanej odgórnie, etyka pogardy dla wyborów Innego.
Chodzi o codzienny opór przeciw mechanizmom przemocy polegającej na wymuszaniu heteroseksualizmu, wymuszaniu płodności itp. Chodzi o opór stawiany w tych codziennych sytuacjach, w których wymusza się na nas zdradzanie siebie samego lub siebie samej. Chodzi o to, by moim życiem nie kierowali ci, którzy mnie nienawidzą, by o moim ciele decydowali Ci, którzy nienawidzą mojego ciała, by moją seksualnością nie rozporządzali ci, którzy udają, że seksualność jest czymś brudnym, niegodnym człowieka.
No i najważniejsze: przyjdź, do cholery, w przyszłym roku na Paradę Równości. Nie dla nich. Dla nas. Żebyśmy zobaczyli potęgę codziennej rewolucji. Wierzę i wiem. Rosnącą potęgę.
Jacek Kochanowski
Madry artykuł. Cieszę się, że w takim poglądzie nie jesteśmy same.
Nie sądzę, żeby imperatyw Kanta rozstrzygał jednoznacznie czy aborcja jest moralna. Wszystko zależy od tego, jak w tym przypadku sformułujemy regułę własnego postępowania uogólnianą do zasady powszechnej. Hmm, może nie rozumiem imperatywu Kanta.
Zgadzam się, że "nie we wszystkich przestrzeniach prawo powinno sięgać tak daleko jak moralność". Ale logika jest chyba inna. Po prostu zachowania godzące w funkcjonowanie społeczeństwa uznajemy za niemoralne, a jednocześnie prawo ich zabrania. I tylko w tym zakresie prawo jest równoległe do moralności, choć z niej nie wynika. Moim zdaniem, tylko trochę upraszczając: prawo ma po prostu zapewnić jak najsprawniejsze działanie społeczeństwa i zabraniać tylko tych działań, które utrudniają życie jego członkom. I w tym kontekście prawne dopuszczenie możliwości aborcji wydaje się akceptowalne: proszę bardzo, większość społeczeństw europejskich ją dopuszcza i nie prowadzi to do problemów, a członkowie społeczeństwa [kobiety i ich partnerzy] mają większą swobodę kreowania swojego życia zgodnie ze swoją wizją. Hmm, "niemoralne prawo"? Tak, w sytuacji gdy postawa "niemoralna" [według czyjegoś poczucia moralności] nie powoduje dramatycznych skutków społecznych nie widzę powodu do zabraniania jej prawnie.
Tak, myślę, że moment uznania zygoty/zarodka/płodu za człowieka jest "przygodny", arbitralny [zresztą różni ludzie różnie by to "człowieczeństwo" rozumieli] i dlatego nie może być rozstrzygający z punktu widzenia konstrukcji prawa. Zarodek stopniowo nabiera cech i możliwości, którymi charakteryzujemy człowieka. W związku z tym wydaje mi się racjonalnym stopniowe przypisywanie mu praw. W którymś momencie zaczniemy formalnie chronić jego prawo do życia, ale nie mam pewności, że musi tak być od momentu zapłodnienia. Podobnie po urodzeniu dziecko nie ma od razu wszystkich praw osoby dorosłej i nabywa je stopniowo. Przy konstrukcji prawa często ustawodawca musi wyznaczyć granicę w przypadku płynnym, w którym nie ma jednego, naturalnego rozróżnienia. Może nie jest to zbyt atrakcyjne intelektualnie, ale rozstrzygającym kryterium powinny być skutki społeczne, a nie reguły moralne o arbitralnie rozszerzonym znaczeniu. Prawna ochrona komórki, która ma "niezaktualizowaną potencję" wytworzenia centralnego układu nerwowego, a potem całego człowieka, przypisywanie zygocie praw, traktowanie jej jako członka społeczeństwa, mówienie o "przekraczaniu granicy wolności innego człowieka" jest rozszerzeniem tych pojęć. Pięknym, ale arbitralnym i abstrakcyjnym rozszerzeniem, które nie jest ani oczywiste, ani społecznie konieczne, więc nie powinno stać się elementem prawa.
Wydaje mi się, że dopuszczenie możliwości aborcji nie łamie wolności Pana ani żadnego innego członka społeczności. Pozdrawiam, Marek
Proponuje Pan zaniechanie tematu aborcji, ale jednocześnie podaje Pan kontrargumenty wobec mojego stanowiska w sprawie aborcji. Dlatego pozwalam sobie na wstępie się do nich odnieść. Przykład z centralnym układem nerwowym nie jest - według mnie - trafny. Zygota go jeszcze nie posiada, ale jest w niej p o t e n c j a, by ów układ powstał i zapewne sprawnie działał w przyszłości. Według mnie trudno "winić" ją i przekreślać jej dalsze istnienie tylko dlatego, że owa p o t e n c j a się jeszcze nie z a k t u a l i z o w a ł a. Nie rozumiem argumentów pozwalających przenieść moment powstania człowieka na inny, niż zapłodnienie, ale sygnalizuję, że moim przeciwnikom trudno o precyzję i logikę, których oczekuje w argumentacji. Mogę bowiem, przyjmując Pański pogląd rozumować następująco: jeżeli dla zaistnienia człowieka nie wystarcza jego i s t o t o w o ś ć (tak, jak ją pojmuję) i ustępuje ona wobec p r z y g o d n o ś c i (koniecznych, ale niewystarczających), to nie widzę powodu, by owych przygodności nie wybierać arbitralnie. O tym, że uprawiam tu erystykę muszę być dopiero przez przeciwników przekonany. Jeżeli bowiem przygodność, to dlaczego właśnie centralny układ nerwowy, a nie, exempli gratia, zdolność mowy (jej brak godziłby w prawo do życia niemowląt - bo jeszcze jej nie posiadły, niemych i osób pod tym względem okaleczonych) albo zdolność zachowania gatunku (tu wypadaliby poza obręb człowieczeństwa np. bezpłodni, żyjący w celibacie albo nie podejmujący zachowań prokreatywnych, w tym duża liczba spośród gejów i lesbijek)?
Teraz próba odpowiedzi na Pańskie pytanie. Nie dysponuję refleksją na tematy teoretyczno-prawne, więc to, co piszę nie jest pecyzyjne i mnie nie zadowala, ale na dziś nie potrafię dać innej odpowiedzi. Prawo powinno być konstruowane tak, by nie było sprzeczne z moralnością (mam tu na myśli nie jakieś rozbudowane systemy religijne i obyczajowe panujące w różnych kulturach, ale jej jeden, podstawowy, element, sformułowany w Kantowskim imperatywie), chociaż, rzecz jasna, nie we wszystkich przestrzeniach prawo powinno sięgać tak daleko jak moralność. Tak patrząc na relacje między prawem a moralnością nie da się uciec od rozstrzygnięcia problemu podmiotowości nienarodzonego dziecka. Widzę tu przy możliwości:
1. uznania jego statusu osobowego (co zakładam);
2. nieuznania jego statusu osobowego i, tym samym, wyrzucenia zagadnienia poza obręb moralności;
3. pomimo uznania jego statusu osobowego, wyjęcia go spod ochrony prawnej.
Ad 2. - to stanowisko mnie nie przekonuje z punktu widzenia biologii (nb. czy jakiś biolog zastanawia się, od kiedy nienarodzony jeszcze źrebak jest już koniem?)
Ad 3. - uczciwe postawienie sprawy. Moich adwersarzy zachęcam, by konsekwentnie i odważnie przeszli na to stanowisko. Pozwala ono zabijać, ale prawo pozwala wielokrotnie zabijać (np. zdrajców i wrogów podczas wojny, skazanych za zbrodnie w wielu krajach), więc traktowałbym tu przykład aborcji jako kolejne tiret wyjęcia jakiejś kategorii ludzi spod prawa. Ja uważam, że prawo do życia należy sie każdemu, i - jako niemoralne - zwalczam wojnę, karę śmierci i aborcję i widzę tu kolizję prawa z moralnością. Pozwalam sobie być w niezgodzie z prawem w takiej sytuacji.
Czy chcę przymusić innych, by się mojemu stanowisku poddali? Niech inni też sobie poddadzą pod rozwagę, dlaczego mnie stawiają także w sytuacji przymusu (w czasie wojny będę zmuszony do udziału w walce i zabijania). Poza tym uważam prawo uzgodnione z elementarnym poczuciem moralności za nie zmuszające nikogo do niczego. Jeżeli zabrania czynić to, co przekracza granicę wolności innego człowieka, to jednocześnie pozwala na wszystko inne. Na przykładzie aborcji: jeżeli kobieta została zapłodniona w wyniku działań podjętych wbrew jej woli, uważam, że (mimo konfliktu wartości) usprawiedliwiona jest aborcja, bo najpierw zostało złamane jej prawo do wolnego dysponowania swoim ciałem, ale w innych przypadkach powinna wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje świadome czyny (piszę o świadomych umysłowo i poczytalnych kobietach) i prawo nie powinno jej z tej odpowiedzialności zwalniać, bo chyba nie temu powinno ono służyć.
Być może przyjąłbym za możliwą sytuację, kiedy przyjmuje do wiadomości niemoralne prawo i z nim nie walczę, pozostawiajac wszystko osądowi sumienia (moich czynów - osądowi mojego sumienia, czynów innych - osądowi ich sumień), ale nie przemyślałem jeszcze skutków płynących z takiegio założenia. Sumienie jest sędzią surowszym i bardziej nieubłaganym od sądów państwowych, ale co w sytuacji, kiedy ktoś jest go pozbawiony?
Arku, myśle, że dość dobrze rozumiem, jak TY o tym myślisz. Natomiast zupełnie nie rozumiem, dlaczego uważasz, że wszyscy muszą myśleć tak samo.
Jeśli ZAŁOŻYSZ, że komplet DNA wystarczy, żeby mówić o komórce jako o odrębnej osobie, o jej prawach(np. do życia), jeśli umówisz się, że będziesz nazywać ją człowiekiem, to reszta jest naturalna: sam nie zdecydujesz się na aborcję, będziesz starał się odwieść od takiego pomysłu innych. To bardzo spójny i w pewnym sensie piękny punkt widzenia.
Ale nie coś oczywistego. Można myśleć inaczej! Można za kryterium istnienia człowieka przyjąć np. sprawny centralny układ nerwowy [np. ludzi po wypadkach z kompletnie niesprawnym c.u.n. odłączamy od respiratora i nie budzi to specjalnych kontrowersji]. Można uznać, że w dobie klonowania komplet DNA to za mało, żeby prawnie chronić komórki [prawdopodobnie już niedługo np. z komórek złuszczonego naskórka w sprzyjających warunkach będzie mógł (podobnie jak z zarodka) powstać odrębny człowiek].
Nie chcę tu, żebyś zmieniał swoje poglądy. Nie widzę w nich rysy, niespójności. Natomiast chciałbym, żebyś zaakceptował fakt, że można myśleć o tej sprawie różnie. Zgodzę się tu z Piotrem: w żadną stronę nie ma takich argumentów, które mogłyby przekonać kogoś, kto myśli inaczej.
I w związku z tym zadaję [znacznie ciekawsze niż o aborcję] pytanie o zasady konstrukcji prawa. Kiedy, Twoim zdaniem, możesz prawnie narzucać innym członkom społeczeństwa swoje zasady, wynikające z jakiegoś arbitralnego założenia? Marek
Natomiast w kilku sprawach nie do końca się zgadzam. Polski katolicyzm nie jest "totalny": w pewnych sprawach istnieje zgodność między poglądem księży i poglądem "ludu"" (w sprawach homoseksualizmu i częściowo aborcji) a w pewnych nie (seks przedmałżeński, rozwody). Warto zastanowić się: dlaczego. Może my też mamy - tak jak Kościół - jakąś zdolność przekonywania i możemy ją czasem uruchamiać? Po drugie, mamy jakieś obywatelskie zdanie na temat zakazu aborcji ale, przebóg, agitacja gejowska w tej dziedzinie zawsze będzie pachnieć groteską. I wreszcie: partnerstwo prawne osób tej samej płci wprowadzono nieomal wczoraj w kilku zaledwie państwach zachodnich. Byłoby świetnie, gdybyśmy mieli już to za sobą, ale że tak nie jest to jeszcze nie znaczy, że jesteśmy skansenem. Proszę, nie opieraj swojego pesymizmu na tym, że nie mamy wszystkiego, od razu i bez wysiłku.
Pogderałem, ale przyznaję, że artykuł niezły. :-)
No i jeszcze raz: nie bac sie i siedziec cicho jak ktos w otoczeniu mowi cos glupiego o gejach.