Do klubu wybrał się po długiej przerwie. Bez konkretnego celu, choć przeczuwał, że to wizyta pożegnalna. Ze zdziwieniem obserwował wnętrze, w którym do niedawna czuł się prawie jak u siebie. Obszedł cały górny poziom, ale nie zauważył nikogo znajomego. Niemal niezauważony przysiadł przy stoliku nad parkietem i już po chwili pogrążył się w myślach, od których nie potrafił się uwolnić.
To nie było najlepsze miejsce na podjęcie ostatecznej decyzji, ale w gruncie rzeczy wiedział, że już zapadła. Jeszcze zwodził sam siebie, odsuwał w czasie ostatecznie postanowienie i bombardował umysł kontrargumentami, ale coraz gwałtowniej słabł w tym oporze.
Nie wolno rzucać wszystkiego na jedną szalę. Nie układa się ostatnio najlepiej, ale to z pewnością tylko stan przejściowy. Co czeka go tam, w kraju którego tak naprawdę nie znał, do którego wracał wyłącznie jako turysta, za każdym razem oszołomiony postępującymi zmianami? Miałby zrezygnować z wypracowanego komfortu, stabilizacji, dorobku? Ten facet nie jest nawet w jego typie. Widzieli się wszystkiego kilka dni, łączą ich setki kilometrów przewodów telefonicznych i przytłaczająca lawina wyobrażeń nie do zweryfikowania.
A przecież kiedy nie słyszeli się przez dzień-dwa, ogarniał go niepokój nie do przezwyciężenia, obawa, że to już nigdy.
W przypływach zdrowego rozsądku śmiał się z siebie. Wyobrażał sobie, co powiedzą znajomi na wiadomość, że rzuca wszystko: wystawne mieszkanie, dobrze płatną pracę, przyzwoity poziom życia, by w dobie szalejącego bezrobocia zaczynać wszystko od samego początku. Bez gwarancji, nawet bez szczególnych przesłanek na powodzenie.
Faktycznie kochał Roberta, czy tylko szukał wyjścia z pułapki, z której sam nie potrafił się uwolnić?
Kiedy zauważył Volkera było już za późno. Krótko obcięty blondyn w czarnych, obcisłych ciuchach taksował go wyzywająco. W odruchu obrzydzenia Marek chciał wyjść, ale potem coś w nim ostatecznie pękło. Podniósł się i niczym taran ruszył w tłum na schodach.
Do baru dotarł minutę później. Volker z teatralną kurtuazją ustąpił mu stołka i podsunął zielonego drinka.
-Halo, Marko!
-Musisz oddać mi forsę - krzyknął Marek prosto do jego ucha.
-Ja też się cieszę, że cię widzę, bejbi - kącik ust Volkera uniósł się w szyderczym uśmieszku. Marek pokręcił głową.
-Nie żartuję - zawołał.
-Zabrakło pani na kosmetyki? - Volker zaśmiał się szeroko.
-Przy twoich znajomościach to nie problem - stwierdził chłodno Marek.
-Chciałbym - Volker rozłożył ręce w udawanym geście bezradności. - Nikt już ze mną nie chce rozmawiać.
-Solidnie na to zapracowałeś - wzruszył ramionami.
Do niedawna gotów był odpuścić niemałą sumę za spokój, skala zniszczeń pod rozstaniu z Volkerem była zbyt wielka, by jeszcze użerać się z nim o pieniądze. Teraz priorytety uległy radykalnemu przewartościowaniu.
-Cztery dni - powiedział i wyciągnął rozczapierzoną dłoń.
-Ocipiałeś? - skrzywił się tamten. - Skąd ja ci wytrzasnę tyle siana?
-To już twój problem.
Marek ostentacyjnie wpatrywał się w tancerzy za jego plecami. Upijał kolejne łyki drinka przez zaciśnięte wargi.
-Dużo o tobie wiem, zdajesz sobie z tego sprawę... - z trudem opanowywał drżenie rąk, jeszcze wczoraj nie podejrzewał się o równie ohydne zagranie. - Nie sprawdzaj, czy potrafię to wykorzystać.
-Ostry jesteś - w oczach Volkera mignął cień uznania. Przez moment zastanawiał się intensywnie, potem poprosił: - Dwa tygodnie, w imię dawnych czasów...
-Podarowałem ci ostatnie pół roku - odparł zimno Marek, odstawił puste szkło na blat i wstał z miejsca. - Naprawdę, twoje sprawy niewiele mnie obchodzą.
Na ułamek sekundy objął Volkera w talii. Pochylił się i ucałował go w policzek.
-Cztery dni, kochanie - powtórzył i ruszył do wyjścia. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę, żeby obetrzeć ręce z potu.
* * * * *
Darek z satysfakcją zanurzył łyżkę w zawiesistym sosie i spróbował. Zamruczał z zadowolenia: idealna konsystencja, doskonały smak. Makaron też był prawie gotowy. Wszystko o czasie - Tadzio przyjdzie lada moment. Wyjął talerze z szafy, potem sztućce z szuflady. Precyzyjnie rozplanował układ zastawy na stole: serwetki, kieliszki, no i koniecznie świecznik.
Nie pomylił się: W przedpokoju trzasnęły drzwi. Ostatni raz rzucił okiem na stół. Zgasił górne światło, kuchnia utonęła w mroku, wokół migotały tylko płomienie palnika i świeczek. Taaak, wszystko układało się jak najlepiej...
Troy stał oparty o drzwi wejściowe, blady, jakby biegł po schodach.
-Cześć! - Darek już był przy nim - Dobrze że jesteś... Coś się stało?
Odgarnął włosy ze spoconego czoła. Troy tkwił nieruchomo, jakby w ogóle go nie zauważył.
-Zapłaciłeś mu? - wyszeptał w przestrzeń.
-Komu? - nie zrozumiał pytania.
-Zapłaciłeś, prawda? - powtórzył Troy.
Darkowi pociemniało pod powiekami.
-Chciałem... - zaczął, rozważając w popłochu co powiedzieć. Od początku zastanawiał się, czy wyznać chłopakowi całą prawdę.
-Ile? - Tadzio podniósł rozgniewane oczy.
Tym razem Darek odwrócił głowę.
-Kupiłeś mnie - Troy nerwowo szarpał kieszeń kurtki. - Poszedłeś do niego jak na targ.
-To nie tak... - spojrzał mu w twarz.
-To jak? Powiedz! - Troy prawie krzyczał - Co ty sobie myślałeś?
-Żebyś miał wreszcie spokój... - powiedział cicho.
Troy prychnął szyderczo.
-Naprawdę sądzisz, że to takie proste? - zaśmiał się rozgoryczony. - Gotówka na stół, i tatuś zniknie na zawsze?
Darek skulił ramiona. Troy przyjrzał mu się badawczo.
-Nie przyjdzie, prawda? - zapytał. - Co mu zrobiliście?
Wyminął go i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku kuchni. Na widok udekorowanego stołu zatrzymał się wpół kroku.
-Myślisz, że to takie proste? - zatoczył ręką dokoła. - Zapłacisz, ugotujesz kolację, i będę twój? To jest to twoje kochanie?
Darek nie odpowiedział. Tak bardzo chciał go przytulić. Nie zdążył: Troy zacisnął usta, obrócił się na pięcie i sięgnął po torbę na wieszaku.
-Wychodzę - oznajmił sztywno. - Nie czekaj, wrócę rano.
Darek stał jeszcze przez chwilę oniemiały tempem wydarzeń. Potem rzucił się do okna. Jak zaczarowany obserwował sylwetkę, znikającą szybko za rogiem. W napięciu czekał, aż tamten się odwróci, potem - że pojawi się znowu i przyjdzie do niego, do domu, i spokojnie porozmawiają. W jego głowie pojawiły się nagle słowa, cisnęły się jedno przez drugie, składały w rozsądne, logiczne wyjaśnienie, w rzeczowe argumenty miłosnego wyznania.
Komórka Tadeusza nie odpowiadała. Po kwadransie zrezygnował i siadł do pisania listu.
Koosie
Następny odcinek webnoweli "Okruchy życia" już za tydzień!