Na temat polskiej homofobii ukazało się w polskiej prasie ostatnich tygodniach wiele niezwykle ciekawych artykułów. Po uważnej lekturze tekstów w "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Przeglądzie", "Wprost", po przestudiowaniu głosów w dyskusji "Homofobia a sprawa polska" na łamach Innej Strony doszłam do wniosku, że wszystkie bodaj opinie zmierzają do diagnozy. Nigdzie natomiast nie znalazłam propozycji terapii. Najwidoczniej panuje w tej materii pewna bezradność, której dowodem jest romantyczna tęsknota za "zachodnimi standardami" od których społeczeństwo polskie znacznie odstaje. Jednym słowem - poczekajmy aż Polska wejdzie do Unii, przyjmie panujące tam wzorce cywilizacyjne, a problem sam się rozwiąże. Otóż nie. Homofobia nie jest polską specjalnością. Jestem wręcz przekonana, że Polska posiada ogromny potencjał tolerancji, dużo większy od Niemiec gdzie od wielu lat mieszkam. O Stanach Zjednoczonych nawet nie wspominam.
Wskazujący na bogactwo życia społeczności w krajach zachodnich zapominają - lub nie wiedzą - jak to życie wyglądało jeszcze kilkanaście lat temu. Nawet za czasów PRL'u nie było zorganizowanego prześladowania gejów przez władzę - pomijając tajemniczą i niewyjaśnioną do dziś akcję "Hiacynt". Prześladowania dotykały wszystkich po równo. Odpowiednie służby interesowały się życiem intymnym obywateli tak samo jak praktykami religijnymi, poglądami politycznymi czy rodziną w USA. Natomiast polskie prawodawstwo było i jest w kwestii obyczajowej liberalne - znów pomijając trudny i skomplikowany nie tylko u nas problem aborcji. Inaczej było - na przykład - w Niemczech, gdzie tradycja kryminalizowania odmienności seksualnej sięga średniowiecza. Zawarte w paragrafach kodeksu karnego instrukcje dotyczące ścigania przestępstwa homoseksualizmu przetrwały od czasów Bismarcka i zostały ostatecznie zniesione dopiero w 1994 roku! W sąsiedniej Austrii zinstytucjonalizowana homofobia istnieje po dzień dzisiejszy a kolejne ekipy rządzące bronią jej niczym Wiednia przed Turkami. W dużych miastach niemieckich jeszcze kilkanaście lat temu nie było organizacji LGBT a lokale można było policzyć na palcach.
Homofobia jest pochodną ignorancji - to fakt niezaprzeczalny. Zaś ignorancję zwalczać można tylko edukacją. Konserwatyzm polskiej obyczajowości jest pochodną silnej tradycji katolickiej. Jak pokazuje przykład krajów zachodnich o podobnym profilu (Hiszpania, Irlandia etc), można w tej dziedzinie oczekiwać rychłych głębokich zmian. Jednak nie przyjdą one same. Nad rozwojem tolerancji należy pracować i jest to obowiązkiem państwa. Podstawowym instrumentem powinna być dogłębna reforma nauczanego w szkołach przedmiotu zwanego "wychowanie seksualne". Bardzo niedobrze się stało, że cały ten obszar oddano w Polsce w wieczystą dzierżawę Kościołowi katolickiemu. Nic z tego dobrego nie wyniknie i odpowiedzialni politycy doskonale o tym wiedzą. Światopogląd, kształtowany przez instytucję która seksualność traktuje wyłącznie w kategoriach grzechu, winy i kary jest polskim garbem. Można tylko mieć nadzieję, że prędzej czy później opinia publiczna to dostrzeże i znajdzie dość energii by garb ten zrzucić. Nie inaczej było w Niemczech. "Wychowanie seksualne" zostało w tym kraju radykalnie zreformowane, a bezpośrednim impulsem wyzwalającym reformę były badania socjologiczne ujawniające nie tylko obniżenie wieku inicjacji seksualnej, dramatu nastoletnich dziewcząt zachodzących w ciążę czy przypadków samobójstw wśród młodzieży, wywołanych brakiem akceptacji w środowisku rówieśniczym. Także w Polsce prowadzi się takie badania. Czy jednak wynika z nich coś konkretnego i praktycznego?
Kilkanaście dni temu przeczytałam w jednej z niemieckich gazet artykuł o prowadzonym od kilku lat projekcie edukacyjnym pod nazwą "Love Talks", czyli "Rozmowy o miłości". Skierowany jest on do dzieci i młodzieży w wieku od dziesięciu do czternastu lat. W objętych nim gimnazjach, doświadczeni seksuolodzy i psychoterapeuci z doświadczeniem pedagogicznym przy udziale rodziców otwarcie rozmawiają z młodymi ludźmi o wszystkich interesujących ich sprawach, inicjują zabawne testy w rodzaju "jak napisać list miłosny" i jak poradzić sobie z odtrąceniem pierwszej miłości. "Love talks" to próba zerwania z utopioną w pruderii i śmiertelnie nudną metodą "uświadamiania" młodzieży przy pomocy schematycznych rysunków narządów rodnych. Cóż z tego że z lekcji biologii młodzież wyniesie wiedzę na temat techniki rozmnażania człowieka, skoro nie mają pojęcia jakim bogactwem jest seksualność? Pomimo rzekomej otwartości społeczeństwa niemieckiego, trzynastoletnie wyrostki pytają czy od całowania można zajść w ciążę, jak używać prezerwatywy i co to znaczy "masturbacja". Główną cechą nauczanego w Polsce przedmiotu "Wychowanie seksualne" jest unikanie odpowiedzi na najbardziej palące pytania, stawiane przez młodzież. Zgoda - dyskusja o seksie z młodzieżą jest trudna. Jak to się robi w Niemczech? Dzieci wypisują swoje pytania anonimowo na kartkach. Potem wspomniany zespół dokonuje podziału tematycznego. Podczas lekcji wyjaśniane są nawet tak drażliwe zagadnienia jak wykorzystywanie seksualne, gwałt, prostytucja czy różne orientacje seksualne. W berlińskim gimnazjum imienia Friedricha Eberta młodzież uczyła się w jaki sposób odnosić się do kolegi, który zdecydował się powiedzieć że jest gejem. Ale także jak zachować się na pierwszej randce, jak zaprosić kogoś do kina.
Wnioski jakie można było wyciągnąć po kilkunastu miesiącach funkcjonowania projektu "Love talks" były ze wszech miar pozytywne. Młodzież stała się bardziej otwarta i tolerancyjna. Nauczyciele nawiązali lepszy kontakt z uczniami, Rodzice dowiedzieli się wreszcie z jakimi problemami borykają się ich dzieci. Pomimo trudności finansowych, program jest kontynuowany. Czy tego rodzaju koncepcja miałaby szansę w naszych szkołach? A dlaczego nie? Przecież polska młodzież niczym nie różni się od zachodniej. Potrzebna jest tylko dobra wola i zrozumienie ze strony państwa.
Gabriela Ruszkowska-Meier - Berlin
#2. W moich kontaktach z ludźmi z różnych stron świata (mieszkam teraz w Stanach) doszedłem do wniosku, że ludzie są wszędzie tacy sami. Mówią różnymi językami, wyglądają inaczej ale zachowują się podobnie i nawet robią te same błędy. Dlaczego więc wszędzie muszą robić te same badania i dochodzić do tych samych wniosków? Strata czasu. Nie łatwiej byłoby zaakceptować podobne badania przeprowadzone już w innych krajach, zwłaszcza w krajach europejskich, nawet graniczących z Polską? Nawet autorka stwierdza, że "polska młodzież niczym nie różni się od zachodniej. Potrzebna jest tylko dobra wola i zrozumienie ze strony państwa."
Thank you very much.
No i oczywiscie, że edukacja to podstawa!