Jak co dzień wertuję prasę. Kartkuję Gazetę Wyborczą i jej krakowski dodatek. Na stronie z nekrologami moją uwagę zwraca fotografia młodego mężczyzny. "Tak młodo umarł?" - myślę i rzucam okiem na tytuł: "Wspomnienie. Selim Tasikoglu (1956-1989)". Podpisane: Jan Długosz. Jestem zaintrygowany. Nazwisko autora Wspomnienia jest polskie. Zmarłego - tureckie. Od jego śmierci minęło już 14 lat. Czyżby jakaś polsko-turecka rodzina? Zaczynam czytać. Ogarnia mnie wzruszenie. To opis niezwykłego związku. Polak spotyka tureckiego lekarza we Włoszech. Rodzi się między nimi głębokie uczucie, zdolne pokonać odległość i rozłąkę. Spędzają z sobą cudowne chwile, przerwane straszliwą chorobą i śmiercią. Mijają lata, a wspomnienie Przyjaciela jest ciągle żywe. Z jak wielkiej tęsknoty i żalu mógł powstać taki tekst... Przeczytajcie:
Był lekarzem, tureckim Judymem, łączącym wiele specjalizacji medycznych by móc skutecznie pomagać i udzielać porad swym niezbyt zamożnym pacjentom, których nie było stać na specjalistyczne leczenie.
Poznaliśmy się latem 1985 roku w podalpejskim Tolmezzo, którego burmistrz wiecznie był na rauszu i chwiejnym krokiem przemierzał o różnych porach dnia rynek swojego miasteczka, wdając się w pogawędki z jego mieszkańcami, przesiadującymi na balkonach. Odbywał się tam kurs języka i kultury włoskiej, którego głównym bohaterem był fetowany z okazji swych siedemdziesiątych urodzin Michelangelo Antonioni. . Selim zakochany był w mowie Dantego i sztuce quattrocenta, a także filmowym neorealizmie. Nasza przyjaźń dojrzewała przy szklankach aromatycznej caffe ristretto, w friulijskich enotekach, gdzie zamiast zakurzonych foliałów stoją na półkach omszałe antały. Pipetami odciąga się z nich do degustacji różne gatunki miejscowych win, zagryzając twardymi serami z rodziny parmigiana.
Po zakończeniu kursu przemierzyliśmy Sycylię wzdłuż, wszerz i wzwyż, wspinając się i stawiając nogę na kalderze Etny oraz naturalnej latarni morskiej, czyli ziejącego ogniem Stromboli. Spaliśmy w pomarańczowych gajach, aby móc powitać, niczym król Roger, wsód słońca wśród świątyń Agrygentu czy na stopniach greckiego amfiteatru w Segeście. Podążaliśmy śladami Ligęzy w Palermo i Monreale, wsłuchiwaliśmy się w szmer źródła Aretzy w Syrakuzach.
Później on wtajemniczał mnie w cuda swej rodzinnej Turcji: zachód słońca nad Złotym Rogiem, zakola Skamandra wijącego się wokół pozostałości Ilionu, wapienne wodospady Pamukkale, skalne kościoły Göreme i Ugrüp, oślepiająco białe budowle Urfy, ormiańskie kościoły przeglądające się w toni jeziora Wan.
Ja z kolei odsłaniałem przed nim uroki Polski: Zielone Świątki na Bielanach, rozkwiecone procesje Bożego Ciała, zatopione na Podlasiu tatarskie wyspy islamu w Bohonikach i Kruszynianach, astronomiczną symbolikę architektury zamku Krzyżtopór, niepowtarzalność łun rozżarzonych nad cmentarzami w dzień słowiańsko-katolickich Dziadów - Wszystkich Świętych.
Byliśmy ze sobą cztery lata. To nie dużo, ale na więcej nie pozwolił nam okrutny los. Chłonęliśmy jednak każdą wspólnie spędzaną chwilę, jakby przeczuwając że niewiele ich nam zostało. Byłem z nim do końca, kiedy powaliła go nieubłagana, śmiertelna choroba - leukemia, czyli białaczka, wobec której medycyna okazała się bezsilna.
Na muzułmańskie cmentarze wraca się na grób bliskiego tylko jeden raz, w 40 dni po śmierci. Potem jest to miejsce zapomniane, kryjące wyłącznie doczesne szczątki pod nieobecność ducha, który na zawsze opuścił tego świata strony. Selimie, mój jedyny, wracam więc do Ciebie w myślach i wspomnieniach, gdyż jak utrzymywał Giulio Cesare Vanini, pamięć to być może jedyna dana nam forma nieśmiertelności.
("Wspomnienie" o Selimie odnalazł w prasie Janusz Marchwiński)