Tuż po zwycięskiej inwazji sił zbrojnych USA na Afganistan, prasa na całym świecie rozpisywała się o "amerykańskim talibie", młodym Jankesie, ujętym po krwawym stłumieniu rebelii wznieconej przez jeńców: - Kim jesteś?! Czy rozumiesz, co mówię?! Czy jesteś Amerykaninem?! - agent CIA Johnny Michael Spann prawie krzyczał, wpatrując się w przerażoną twarz brudnego, ze skołtunionymi włosami jeńca, jednego z pół tysiąca talibów wziętych do niewoli pod koniec listopada 2001 roku podczas oblężenia Kunduzu i przewiezionych do twierdzy Ghala-e Dżangi pod Mazar-i Szarif. Talib, z rękoma skrępowanymi na plecach, klęczał przed Amerykaninem i nie odpowiadał.
Schwytany w Afganistanie "amerykański talib" John Phillip Walker vel Abdul Hamid, skazany przez sąd na dożywocie, stał się w USA symbolem zdrajcy, uosobieniem zbrodniczego fanatyzmu religijnego w muzułmańskim wydaniu. O jego życiu i drodze w szeregi terrorystów Al Khaidy rozpisywały się największe amerykańskie gazety. Wiele jest w tych opisach szokujących szczegółów. Najbardziej jednak szokujące jest, że Phillip Walker jest gejem. Był kochankiem swych arabskich protektorów. Mało tego - homoseksualistą jest także jego ojciec, który po 20 latach małżeństwa odszedł od żony i zamieszkał z przyjacielem.
Jak do tego doszło? Jaki był przebieg wydarzeń? Dziennikarz Wojciech Jagielski zebrał materiały, jakie ukazały się w "Newsweek'u", "Wall Street Journal", "Los Angeles Times", "San Francisco Chronicle" i "San Bernardino County Sun" i napisał reportaż, wydrukowany w "Dużym Formacie", dodatku do Gazety Wyborczej. Johna Walkera charakteryzuje tak: "Ludziom przyglądającym mu się na sali sądowej nie mieściło się w głowach, że ten cichy, delikatny, nieco zniewieściały chłopak jest tym samym brodatym wojownikiem, który życzył jak najgorzej krajowi, w którym przyszedł na świat, któremu wszystko zawdzięczał i który obsypał go wszelkimi dostatkami, przywilejami i możliwościami. Stał oto przed nimi syn marnotrawny i mówił, że samobójczy atak terrorystów przypuszczony 11 września 2001 roku na Manhattan i Waszyngton był całkowicie usprawiedliwiony. Nie potrafili zrozumieć, dlaczego uciekł z Kalifornii - najpiękniejszego miejsca pod słońcem - do położonego na końcu świata, zapomnianego przez Boga i ludzi Afganistanu. Czego szukał w tej niegościnnej krainie okrutnych gór i zabójczych pustyń, gdzie życie sprowadza się do nieustannej walki o przetrwanie i w niczym nie przypomina bożego daru? Dlaczego zamiast nieskrępowanej wolności, jaką dawała Ameryka, wybrał świat niezliczonych nakazów i zakazów, świat, w mniemaniu jego rodaków, niewoli? (...)"
Rodowe nazwisko Johna Walkera brzmi Lindh. Tak nazywa się jego ojciec Frank. Walker to nazwisko panieńskie matki. Dlaczego zdecydował się na zmianę?
"W 1998 roku Johnny poprosił rodziców o zgodę i pieniądze na podróż do dalekiego Jemenu, gdzie chciał uczyć się arabskiej mowy, zgłębiać Koran i nasiąkać muzułmańską cywilizacją (...) W sierpniu 1998 roku terroryści wysadzili w powietrze ambasady USA w Kenii i Tanzanii. W liście do ojca John powątpiewał, by zamachów dokonali tak mu bliscy muzułmańscy radykałowie. "Wygląda mi to raczej na robotę agentów amerykańskiego rządu" - pisał w liście do matki. Jemeńscy nauczyciele Johnny'ego zaprzeczali jednak, jakoby nienawiścią do Ameryki zaraził się w Arabii. "Przyjechał tu, już mając w sercu nienawiść do Ameryki" - mówił później nauczyciel języka arabskiego. Jego przyjaciele z Sany uważali, że tak naprawdę Johnny był na skraju wytrzymałości. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, Arabia i Arabowie męczyli go i drażnili. I miał ich dość. I chciał już wracać do domu. Ale domu już nie było. Podczas jego nieobecności ojciec po 20 latach małżeństwa odkrył w sobie homoseksualistę. Wyprowadził się i rozwiódł z matką. Dom w San Anselmo został sprzedany (...)
Przyjaciele rodziny twierdzili, że mimo wstrząsu, jaki wywołał w psychice syna, Frank zachował z nim dawny bliski kontakt. Johnny zadecydował jednak, że nie będzie więcej nosił nazwiska ojca, i przyjął nazwisko matki - Walker."
Co stało się dalej? Ojciec Johhy'ego z całą pewnością nie "odkrył w sobie homoseksualisty". Był nim z pewnością od urodzenia. Nie był już jednak w stanie dłużej nosić maski heteroseksualnego ojca rodziny. Dlaczego jednak pomimo "wstrząsu", przyszły "amerykański talib" zachował z nim bliskie kontakty? Odpowiedź jest prosta: doskonale rozumiał krok ojca, ponieważ wiedział, że sam jest gejem. Oto ciąg dalszy opowieści:
(...) Pustka, jaka pozostała po rodzinie i domu, wygnała go do meczetu. W San Francisco odnalazł miejscową wspólnotę salafitów. Poznał tam także siedmiu pielgrzymów z Pakistanu, a wśród nich Chizira Hajata, kupca z miasteczka Bannu na pakistańsko-afgańskim pograniczu. Wymienili się adresami, a Johnny obiecał Pakistańczykowi, że go odwiedzi. Postanowił bowiem wrócić do Arabii. Johnny długo w Jemenie nie zabawił. Znów wszystko go drażniło, o wszystko się kłócił (...) Pojechał do Bannu, do Chizira Hajata, kupca, którego poznał jeszcze w Kalifornii. Pakistańczyk obwiózł go po najsłynniejszych medresach kraju, od Karaczi po Peszawar. Żadna jednak z uczelni nie przypadła jego amerykańskiemu gościowi do gustu. Zamiast się uczyć, postanowił zamieszkać w domu kupca, w Bannu. Pomagał mu w sklepie. Zaprzyjaźnili się, zostali kochankami. Bojąc się jednak utraty reputacji, Chizir Hajat, mąż i ojciec czworga dzieci, odprawił Johnny'ego do medresy muftiego Iltimaza Chana. Mułła przechwalał się potem, że Amerykanin kochał go bardziej niż kupca z Bannu (...)
Finał jest znany: Amerykańska inwazja na Afganistan, pojmanie, więzienie, sąd i wyrok. Ojciec "amerykańskiego taliba" uważa, że Johnny tak naprawdę nie zrobił nic złego, a na świętą wojnę zaprowadził go jego idealizm i altruizm, cechy, których nie zwykło się przecież przypisywać zdrajcom i zbrodniarzom. "Mój syn nigdy przecież nie mierzył z karabinu do Amerykanów. John pojechał do Afganistanu, żeby pomagać mudżahedinom, których przecież sam prezydent Ronald Reagan nazywał bojownikami o wolność - mówił Frank. - John zawsze pozostanie moim synem. Chciałbym go uściskać i może wlepić porządnego klapsa w tyłek, że kiedy wybierał się do Afganistanu, nie poprosił mnie o zgodę".
Można jeszcze dodać, że na "świętą wojnę" zaprowadziła Johnny'ego miłość. Miłość do mężczyzn.
Opracował: Tomek Juszkowski
A może chodzi o miłość do mężczyzn w szerszym znaczeniu? Być może, taka miłość jest typowa dla ogółu młodych mężczyzn, również heteroseksualnych.