Nigdy nie śpię gdy go nie ma. To mieszkanie mnie przytłacza, połyka i sennie trawi. Mam wrażenie jakby każdy promień światła przylatywał tu z ulicy po to, aby stać się ciemnością. Podwijam pod siebie nogi, bo jest mi coraz bardziej zimno. Koc leży na fotelu nieopodal, ale nie mam siły po niego wstać i ulżyć skostniałemu ciału. Niech cierpi. To też ja. Kiedyś upijałem się w takie noce i zasypiałem na stole w kuchni, albo na podłodze. Krzysztof patrzył wtedy na mnie ni to z miłością ni z aprobatą, a później taszczył mnie do naszego łóżka, ale nigdy nie kładł się koło mnie. Pewnej nocy jednak nie przyszedł, nie wrócił by mnie uratować. Sam nie wiem jak znalazłem się na wycieraczce przed drzwiami. Przerażona sąsiadka zadzwoniła na policję i po pogotowie. Od tamtej pory boję się tracić świadomość. Od tamtej pory boję się, że on kiedyś nie wróci.
Miałem siedemnaście lat i krajobraz złudzeń wokół siebie kiedy Krzysztof pojawił się w moim życiu. Nie wiedziałem kim jestem. Nie miałem nic prócz blizny nad prawym okiem po ojcowskiej miłości. Na zawsze. Krzysztof zdeptał wtedy wszystko i wszystkich po to, aby wybudować mi dom w którym żyję do dziś. I wszystko niby jest tak samo tylko, że ja jestem już inny. Kiedyś byłem jego ukrytym skarbem, listem w butelce, który zawsze niósł ze sobą tyle radości poznania, tyle uroku nowości. W końcu przestałem udawać, że lubię operę i zastanawiać się nad tym jak by to określił jego ukochany Oscar Wilde. Pewnego dnia poczułem jakbym był oblepiony jego słowami, nim samym.
-"...przepraszam cię Krzysztof, ale między czasie stałem się mężczyzną..." - rzuciłem wściekle w jednej z naszych kłótni
On spojrzał na mnie wtedy tak jak patrzy się na zdychającego ptaka, który nigdy już się nie wzbiję.
-"...no właśnie..."
Później te dwa słowa stały się moją odpowiedzią na wszystkie burze, które nawiedziły nasze życie. Na wszystkie noce, takie jak ta.
A później klucze w drzwiach. Przyszedł.
-"Proszę Cię nie zapalaj" - prawie wykrzyczałem to widząc jak sięga do włącznika światła
-"Dlaczego jeszcze nie śpisz ?"
-"I pyta o to ten, który wszedł właśnie do domu" - rzuciłem zmęczony własną ironia
Nie rozmawialiśmy więcej tego wieczora. Nie pytałem go już o nic. Bo po co? Wziął długi prysznic jakby chciał jak najdłużej odciągnąć nasze co wieczorne, milczące spotkanie w łóżku.
-"Nie kładziesz się?"
Nie mam siły mu odpowiedzieć. Patrzę w przeciwnym kierunku, wypatruje słońca, ale ono nie chce mi pomóż. Słyszę jak kładzie się w naszym łóżku, które kiedyś było dla nas schronieniem przed całym światem. Zamykał mnie tam w swoich ramionach i kochał jak nikt przedtem. Kiedy zasypia z premedytacją grzebie w jego notatniku. I znów czuję się jak wtedy kiedy mając kilkanaście lat podkradałem ojcu drobne ze starego, czarnego portfelika. Zawsze sprawiał, że czułem się przy nim jak dziecko. Chciał tego. Jest mi coraz bardziej zimno. Kuchenna posadzka, którą razem wybieraliśmy, patrzy na mnie z niedowierzaniem. Wstydzę się samego siebie. A później tylko ta biała wizytówka z imieniem Grzegorz i numerem telefonu komórkowego. Tylko ta wizytówka i nic więcej. Sam nie wiem po co odpisuję na kartce numer. Zaczynam się bać swojego własnego odkrycia. Zaczynam bać się siebie. Odkładam wszystko na swoje miejsce. Gaszę światło. Stoję teraz naprzeciw niego i patrzę jak śpi. Wygląda jak stare dziecko, zmęczone i smutne. Najdelikatniej jak potrafię wślizguję się pod kołdrę. I znów żegnam się ze wszystkimi, jak zwykle, jak co noc. Dobra noc mamo, gdziekolwiek teraz jesteś. Dobra noc Grzegorzu, kimkolwiek jesteś.
Około trzynastej wypijam w pubie whisky i proszę barmankę o telefon. Widzę w lustrze zrobionym na antyk moje odbicie, tak samo sztuczne, tak samo puste i nie prawdziwe. Patrzę na siebie jak podnoszę słuchawkę, jak wykręcam numer. Nie myślę o tym co będzie, nie myślę teraz już o niczym. Chcę prawdy, tej, której się najbardziej zawsze boję.
-"Tak, słucham..." - odzywa się ciepły, męski głos
-"Dzień dobry..."
-"Dzień dobry, Panu. W czym mogę pomóc..."
-"Jestem...jestem...znajomym Krzysztofa...." - to jedyne co mogłem powiedzieć, to jedyne co mogłem zrobić
-"...o jak miło. Rozumiem, że Krzysztof polecił mnie swojemu znajomemu. Bardzo miło. Czyli ogólne warunki spotkania są Panu znane, tak...?"
-"Warunki ?" - o czym ten człowiek mówi?
-"O widzę, że Krzysztof pozostawił to mnie. Najchętniej spotykam się z moimi klientami u mnie. Jest tu bardzo przyjemnie i dyskretnie. Ale oczywiście na życzenie przyjadę w każde miejsce. O pieniądzach chyba nie będziemy rozmawiać...?"
Miałem wrażenie, że kolejny oddech nie przyjdzie. Że oszukało mnie życie, że to już koniec. Powietrze jednak wypełniło mnie na nowo, ale miało już posmak ziemi. Umawiam się z tą miłą kurwą na piętnastą. Dlaczego, nie wiem. Wypijam kilka wódek uśmiechając się do siebie w lustrze. Jadę prze miasto pełne ludzi wracających z pracy, pędzących gdzieś, gubiących coś po drodze. Tak bardzo chciałbym być teraz z nimi. Płaczę nad sobą. Przez tafle łez wypatruje znaków, przestrzegam świateł.
-"Kocham Cię Krzysztof, Boże jak ja Cię kocham" - myślę pukając w drzwi z numerem sześć. Otwiera mi przystojny brunet. Około dwudziestu lat. Ma oczy dziecka. Szukam w nim siebie. Ale odnajduję tylko swój własny strach. Zaprasza mnie do kiczowatego salonu. Na stoliku leży patera z truskawkami. Krzysztof jest uczulony na truskawki. Kiedyś w Sopocie zjedliśmy mus owocowy, miał potworną wysypkę. Ale Ty oczywiście o tym nie wiesz. Ty tak nie wiele wiesz. Siadam na miękkiej kanapie. Chcę być już w domu. Tęsknie do Krzysztofa. Chcę uciec, chcę zrozumieć. Kładę na stole ustaloną sumę. On robi się jeszcze milszy, a ja coraz słabszy.
-"Rozbieraj się" - chcę zobaczyć za co płaciłem bezsennymi nocami, czego się tak bardzo bałem, do czego on uciekał kiedy przymykałem na chwile oczy
Chłopak o nic nie pyta, niczemu się nie dziwi. Bez zbędnego ceremoniału ściąga z siebie koszulę, spodnie. I tyle. Stoi przede mną mój nagi konkurent. Mój cichy zastępca. Patrzę na jego silne ramiona. Widzę w nich tych wszystkich mężczyzn...Ma piękne, wyrzeźbione w alabastrze ciało. I nagle coś we mnie pęka. Klękam przed nim, biorę jego penisa w usta i zaczynam go ssać. Tak jak lubi to Krzysztof. Spokojnie, delikatnie, jakby każdy mój ruch był na wagę złota. Oddaje mu hołd. Słyszę trzepot potarganych sztandarów na wietrze. Bitwa przegrana. Rozbieram się. Kładę się na kanapie. Wyobrażam sobie Krzysztofa leżącego koło mnie i trzymającego mnie za rękę. Znów jesteśmy młodzi, znów wszystko jest jak dawniej. Śmiejemy się i z każdą chwilą stajemy się smutniejsi. Ubieram się i całuję usta zwycięzcy. Wychodzę na klatkę schodową. Czuję zapach chloru i papierosowego dymu. Wychodzę jakieś trzy piętra wyżej. Bez trudu znajduję wyjście na dach. To jakieś osiem pięter. Osiem pięter. I cisza. I ciemność.
Angellus
...a samogojstwo..chyba czasem moze byc rozwiazaniem problemow..ale nie takich...