Inna Strona zaprasza do udziału w dyskusji na temat sytuacji osób homoseksualnych w Polsce, homofobii oraz zmian, jakie niosą dokonujące się w naszym kraju przemiany. Dyskusję otworzył tekst http://www.innastrona.pl/bq_homofobia_pl_1.phtml współpracownika naszej redakcji, Tomasza Górskiego. Polemizuje z nim Jacek Kochanowski, znany działacz LGBT, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego. Przypomnijmy, że artykuły Kochanowskiego wywołały wielką dyskusję na temat sytuacji osób homoseksualnych na łamach Gazety Wyborczej latem roku 2002:
Społeczna teoria queer, która staram się uprawiać, stosunkowo niechętnie posługuje się pojęciem "homofobia", które oznaczać ma "wrogość lub niechęć wobec osób homoseksualnych". Jest tak przede wszystkim dlatego, że teoretycy queer dostrzegają w tym terminie sugestię, że owa wrogość wobec lesbijek, gejów, transseksualistów, transwestytów, biseksualistów i innych "odmieńców" ("queers") jest problemem jednostkowym, indywidualnym rodzajem uprzedzenia, za które odpowiedzialna jest wyłącznie osoba, która tego rodzaju fobię ujawnia. Homofob, czyli ten, który "nienawidzi pedałów" sam jest odpowiedzialny za swoją nienawiść, w związku z czym zasługuje na słuszny gniew tych, których nienawidzi. Walka z homofobią jest w takiej perspektywie rozumiana jako walka z homofobami. Tymczasem badacze kultury zwracają naszą uwagę na to, że owo wykluczenie, marginalizowanie oraz zwalczanie homoseksualizmu jako społecznej patologii nie powinno być rozpatrywane tylko jako problem niechęci czy uprzedzeń konkretnych jednostek, lecz przede jako problem strukturalny - kulturowy. Wrogość wobec homoseksualistów jest tylko jednym z przejawów kulturowego mechanizmu wymuszania na nas wszystkich "obowiązkowego heteroseksualizmu". Z tego powodu walka z homofobią powinna - w perspektywie społecznej teorii queer - polegać nie tylko na walce z konkretnymi "homofobami", lecz przede wszystkim na stawianiu skutecznego oporu owych kulturowym procedurom, które nazywa się procedurami heteronormatywnymi.
"Heteronormatywność", czyli dominacja heteroseksualizmu jako wymuszanej normy - oto słowo klucz, które w moim przekonaniu pozwala ująć problem wrogości wobec homoseksualistów w sposób umożliwiający opracowanie skutecznej taktyki walki i oporu. Cóż bowiem - poza wyrażeniem niewątpliwie słusznego i sprawiedliwego gniewu - da obrzucanie obelgami pewnej niedouczonej pani psycholog, która ostatnio bardzo często występuje jako "ekspert" od homoseksualizmu? Czy jakikolwiek gniew lub jakiekolwiek argumenty skłonią to biedne stworzenie do zmiany poglądów? Sadzę, że raczej przeciwnie: atakowana pseudo-psycholożka "okopie się" na swoich pozycjach, dumna z roli "obrończyni normy". Czy zatem atak na nią przyczyni się do zmniejszenia homofobii? W moim przekonaniu raczej nie, co oczywiście nie znaczy, że należy ją pozostawić w spokoju i nie reagować na oczywiste idiotyzmy, jakie publicznie wygaduje. Homofobia, podobnie jak antysemityzm czy rasizm, nie może być publicznie tolerowana, powinna spotykać się ze zdecydowana reakcją, toteż chciałbym namówić Kampanię Przeciw Homofobii do jakiejś akcji przeciwko pani "doktor": może demonstracja przed instytucją, w której pracuje? Jestem przekonany, że wiele osób poparłoby nasz sprzeciw przeciwko mowie nienawiści, bowiem nie powinno i nie może być dla niej miejsca w przestrzeni publicznej. Nie chodzi jednak o walkę z tą panią, ale o wyrażenie sprzeciwu wobec głoszonych przez nią nonsensów.
Bo - wracam do problemu heteronormatywności - pani ta nie jest oczywiście jedyną "homofobką" w naszym kraju i jeśli nawet jakimś cudem (w co nie wierzę) skłonimy ją do odwołania swoich poglądów, to na jej miejsce pojawią się natychmiast zastępy nowych gorliwych apostołów nienawiści, w związku z czym walka ta będzie mało skuteczna. Myślę, że - nie zaniedbując taktyki słusznego gniewu i sprzeciwu - powinniśmy przede wszystkim walczyć ze źródłem niechęci i nienawiści wobec queers, czyli dominującym w naszej kulturze przekonaniem, że tylko heteroseksualizm jest zdrowym i pożądanym zachowaniem seksualnym, jest "normą" (stąd nazwa: heteronormatywizm). Walka ta oznacza przede wszystkim żądanie nowoczesnej edukacji seksualnej w szkołach: tylko bowiem tłumaczenie młodym ludziom, że ludzka seksualność wyraża się na wiele sposobów, m.in. także pociągiem seksualnym wobec osób tej samej płci, pozwoli przeciwstawić się przesądom i jadowi "homofobii". Po drugie myślę, że niezbędne jest wyprowadzenie religii że szkół, bowiem to właśnie "lekcje" religii są miejscem propagowania ideologii antylesbijskiej i antygejowskiej, zresztą także antykobiecej, anty-antykoncepcjyjnej, antyaborcyjnej itp. Po trzecie konieczne jest naturalnie zbiorowy coming out lesbijek i gejów, tylko bowiem "widoczni" możemy skutecznie żądać szacunku dla siebie i przeciwstawiać się mowie nienawiści (stąd tak wielkie znaczenie ma kampania "Niech nas zobaczą", prowadzona przez KPH czy Parady Równości). Ujawnienie się pozwoli walczyć z uprzedzeniami w codzienności: umożliwi przekonanie naszych znajomych, współpracowników, rodzinę, że lesbijka czy gej to nie potwór pożerający dzieci czy roztrzęsiony neurotyk, tylko zwyczajny obywatel czy zwyczajna obywatelka. To luźne pomysły, można je rozwijać, na pewno w tej dyskusji na "Innej Stronie" pojawią się znakomite pomysły na skuteczne akcje. Chcę tylko zwrócić uwagę, że walka z "homofobią" nie może polegać tylko na bezpośrednich reakcjach na ataki na queers (choć reakcje takie są niezbędne), lecz przede wszystkim na "podcinaniu gałęzi" wrogości wobec gejów: heteronormatywności naszej kultury.
Jeszcze jedno: przestrzegam przed optymizmem. Owszem, w środowiskach wielkomiejskich można zaobserwować "modę na gejów", ale czy taka "moda" obowiązuje także w Białymstoku, Rzeszowie czy Środzie Wielkopolskiej? Czy akcje wszechpolskich bojówkarzy świadczą o skutecznej walce z "homofobią"? Czy dwuznaczna postawa prezydenta Krakowa, zresztą wybranego przy poparciu SLD, świadczy o postępie w tym zakresie? Czy uchwała Sejmu, gwarantująca "niezależność polskiego prawa" m.in. w sprawie "ochrony małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety" o tym świadczy? Bardzo często ulegamy złudzeniu perspektywy "warszawki" czy "krakówka", złudzeniu, że jest coraz lepiej: są wykłady uniwersyteckie o gejach, KPH jest w telewizji, są artykuły. Ale lesbijki i geje w Polsce nadal cierpią, mają trudności z samoakceptacją i z akceptacją przez otoczenie, trafiają do psychiatrów, którzy ich "leczą" z homoseksualizmu, padają ofiarami mowy nienawiści lub aktów agresji, czasem zrozpaczeni i samotni nie widzą dla siebie przyszłości i odmawiają dalszego życia w takim świecie. Z pewnością jest lepiej, niż kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu, ale nadal daleko nam do normalności, którą widać w niektórych krajach Unii Europejskiej. Wciąż przed nami wiele, wiele lat ciężkiej pracy.
Do zobaczenia na Paradzie Równości!
Jacek Kochanowski
Zapraszam do kontaktu [
]
oraz na moją stronę: www.queerpage.rax.pl lub www.queerpage.prv.pl
Jedno tylko wyjaśnienie i jedna polemika. Nie neguje siły homofobii i heteronormatywności (heteroseksizmu) w społeczeństwie polskim. Nie chcę też wszczynać sporu, czy szklanka homofobii jest bardziej pełna, czy bardziej pusta. Wiem jednak, że przecenianie siły homofobii utrudnia podejmowanie decyzji o coming oucie, czy np. o udziale w Paradzie Równości. Przestrzegałbym więc także przed pesymizmem. Pozwalając się zastraszyć stajemy się bezsilni. Nie lekceważyłbym też perspektywy "warszawki", która może i powinna zacząć pełnić rolę wzorcotwórczą (aby był z niej jakiś pożytek). Sądzę, że obyczaje, które dziś panują w Warszawie jutro będą panować w Płocku, a pojutrze w Psiej Wólce; a te które panują wśród studentów staną się jutro obyczajami magistrów, a pojutrze robotników. Na tym polega mój optymizm, który nie skłania do spoczywania na laurach.
Pozdrawiam.
zaszczycony polemista