Słoneczko coraz częściej ukazuje nam swoją zaspaną twarz, powietrze stało się jakieś rześkie, ptaszki świergolą do upadłego. Zieleń na krzewach i drzewach wzmaga produkcję hormonów, a na skutki ich działania nie trzeba długo czekać. Nic dziwnego, że coraz więcej dzieje się wkoło: wszystkie stworzenia, duże i małe, zaczynają odczuwać mniej lub bardziej określoną tęsknotę. Rozglądają się jakoś pilniej, pięknieją, starają się i aktywizują. Nie znasz dnia ani godziny.
I oto zdarza się cud zmaterializowany, staje na naszej drodze, zwraca na nas uwagę, co więcej - wydaje się być mocno zainteresowany. Kontakty się intensyfikują, chemia buzuje, emocje kipią i pstryk! - ni stąd, ni zowąd przestajemy z dnia na dzień być samotni. Rzecz jasna niekoniecznie fakt ten nastąpić musi wiosną. Każda pora jest wystarczająco dobra na nawiązanie znajomości, w przeciwieństwie do zerwań. Tyle tylko, że wiosna najbardziej sprzyja początkom i narodzinom. Ale też i przebudzeniom, niestety niekoniecznie najprzyjemniejszym.
Nie jest przypadkiem, że odbyłem ostatnio kilka poważnych rozmów, a wszystkie koncentrowały się na jednym temacie: niedostatki w komunikacji. Przysypane tegorocznym, dosyć obfitym śniegiem niedomówienia i przemilczenia, troski i problemy rozkwitają równie masowo, jak żonkile i tulipany na ósmego marca. Szalejąca za oknami przyroda nie pozwala utrzymać w ryzach emocji, także tych nie do końca jasnych. Okazuje się, że na wiosnę nie tylko trawnik wygląda inaczej w jaskrawym świetle dnia, ale także my sami i nasze życie.
Dlaczego nagle wszystko wydaje nam się inne? Jak to możliwe, że z dnia na dzień zmieniamy zdanie? Skąd biorą się przypływy zaskakujących pragnień? Czemu nie potrafimy znaleźć wspólnego języka z naszymi bliskimi? To pokrótce pytania, z którymi zostałem skonfrontowany, na moje szczęście niezbyt bezpośrednio. Do ich postawienia skłania wyzwalająca się wkoło energia i zmiany, za którymi - wiedzeni niesprecyzowanym poczuciem obowiązku - próbujemy nadążyć.
Mnie w trakcie tych wielogodzinnych rozmów naszły refleksje nieco ogólniejszej natury. W pewnym momencie przypomniałem sobie mianowicie pewną odwieczną, a mimo to zawsze tak samo zaskakująco aktualną prawdę, że o wiele łatwiej sobie kogoś znaleźć, o niebo łatwiej się go pozbyć, niż przy sobie utrzymać (czego sam niejako jestem najlepszym przykładem). Ogromna większość literackiego dorobku ludzkości traktuje o tym problemie, byłbym więc ostatnim naiwnym sądząc, że mogę wymyślić cokolwiek nowego. Mimo to spróbuję swoim zwyczajem dorzucić własne trzy grosze.
Sądzę, że większość problemów w związkach bierze się z ignorowania innej podstawowej prawdy, mianowicie takiej, że nie wszystko złoto, co pobłyskuje w ciemnościach. Niezwykle trudno rozsądnie myśleć, kiedy płyny ustrojowe zaczną szybciej krążyć, i to właśnie działa na naszą zgubę. W dodatku my, geje, jesteśmy szczególnie spragnieni spełnienia, jako że jego osiągnięcie kosztuje nas dużo więcej trudu. Stąd też tym łatwiej umyka nam wiele szczegółów, które prędzej czy później objawią nam się w całej krasie.
W pierwszym, ekstatycznym okresie związku gotowi jesteśmy na wszystko. Zaprzedajemy duszę komukolwiek, byleby być szczęśliwymi chwilę dłużej. Myślimy inaczej (o ile w ogóle), zachowujemy się nieroztropnie, zafascynowani urokiem nowości popełniamy czyny nie leżące w naszej naturze. Wszystko jest cudowne i krzepiące, najgorsze kataklizmy nie są w stanie nas zniechęcić. W końcu wszystkiego należy w życiu zasmakować, a my odczuwamy akurat nieodpartą potrzebę poznawania nowości.
Problem w tym, że natury oszukać się nie da. Początkowo stłumiona, ogłuszona intensywnością i nagromadzeniem wrażeń, prędzej czy później dojdzie do głosu. Przywary, nawyczki, upodobania, słabości, przekonania - wszystkie co do jednej upomną się o swoją kolej. Zaczyna się prawdziwe życie, rzeczywistość skrzeczy, wracają rozterki i bolączki codzienności, schowane na chwilę głęboko do szuflady, wsunięte po stertę najmodniejszych bluz, koszul i eleganckiej bielizny, przesyconych dyskretną wonią najlepszych perfum. A przecież skarpetka za dwadzieścia złotych brudzi się tak samo jak ta za trzy, i kiedyś trzeba stanąć z tym faktem oko w oko.
Zaczyna się okres najtrudniejszy: wytyczanie granic. Począwszy od ww. skarpetek, poprzez papierosy, spóźnienia, zasypialstwo, gadulstwo, milczkowatość, skąpstwo, rozrzutność, bałaganiarstwo, pedantyczność i-tak-dalej-i-tem-podobne: wszystko może stać się kartą przetargową i kością niezgody. Powstają listy postulatów, z biegiem czasu przeradzających się w pretensje, zwłaszcza wobec braku przepływu informacji i jednoznacznych komunikatów, których w poczuciu szczęścia tak szczodrze sobie oszczędzamy. Silniejsza od poczucia dyskomfortu staje się obawa przed podnoszeniem byle drobiazgu (przynajmniej tak nam się wydaje) do rangi problemu, który kilka miesięcy później okazać się może autentyczny i dużo poważniejszy, niż byśmy sobie tego życzyli.
Tymczasem kłopot jest dwojakiej natury. Reguły nie powinny zostać wyznaczone zbyt późno, bo wtedy nie ma już co wyznaczać, ale też nie nazbyt pochopnie. W pierwszym stadium o wiele łatwiej przechodzą przez gardło uwznioślone deklaracje, z których kiedyś - być może - zostaniemy rozliczeni. Niezwykłą sztuką jest wyczucie odpowiedniego momentu, kiedy można zacząć rozmawiać o pewnych sprawach, by nie uprzedzać rozwoju wydarzeń, ale też nie czekać, aż zaczną poważnie doskwierać. Wydaje się, że najwłaściwsza jest chwila, kiedy podjęta zostaje kluczowa decyzja: chcemy być ze sobą. Ale z drugiej strony - po co komu od razu układy i wielostronicowy kontrakt?
Wpadła mi ostatnio w ręce książka, jakich wiele na półkach księgarń, zawierająca receptę na zdrowy i długotrwały związek. Tyle tylko, że ta napisana została z myślą o gejach, jej tytuł brzmiał "Love Between Men, Keeping Your Relationship Alive". Wobec większości tego typu amerykańskich recept na życie mam sporo zastrzeżeń, a to za sprawą ich nazbyt oczywistej prostoty i przekonania, z którego wyrastają: że do osiągnięcia pełni szczęścia wystarczy dobra chęć i pozytywne nastawienie do świata. Jej autor, psychoterapeuta, twierdzi, że nie ma problemu, którego nie da się przepracować. Szczera rozmowa, prowadząca do konstruktywnych ustaleń, rozwiąże wszystko.
Codzienne żale i pretensje? Proszę bardzo: siądźcie naprzeciw siebie, wsłuchajcie się wzajemnie w swoje potrzeby, opowiedzcie o swoich aktualnych emocjach i już wszystko będzie cacy. Odmienne zdanie w kwestii wierności albo stworzenia trójkąta? Nie ma sprawy: przygotujcie listę propozycji rozwiązania tego problemu (nie zgadam się, zgadzam się ale nie chcę wiedzieć, zgadzam się i chcę wiedzieć, zgadzam się i też chcę, zgadzam się i róbmy to razem ale tylko z przyjaciółmi etc.), ustalcie która z nich dla kogo jest do przyjęcia, a z pewnością uda się osiągnąć kompromis. Monotonia życia? Wzbogaćcie swoje życie. Brak zainteresowania? Zainteresujcie się sobą na nowo. Pragnienie niezależności? Dajcie sobie więcej swobody. Rozmawiajcie, rozmawiajcie, rozmawiajcie. Zmęczenie ciągłymi rozmowami? Przedyskutujcie to. Najlepiej od razu. Nie wiesz jak to zrobić? W książce znajdziesz przykłady niezwykle konstruktywnych rozmów na wszystkie te tematy. Z objaśnieniami.
Nie chcę negować znaczenia i wartości dialogu. Ale wypracowywanie kompromisów jest niezwykle trudną sztuką i przede wszystkim nie we wszystkich sprawach można go osiągnąć. Zwłaszcza jeśli partnerzy prezentują skrajne stanowiska w jakiejś kwestii. Propozycje rozwiązania problemu bywają nie do przyjęcia, bowiem często mają charakter ultimatum: któraś ze stron będzie musiała ustąpić, by zachować swój status. Jeśli w jakimś stopniu ustąpią obie, żadna nie poczuje się w pełni usatysfakcjonowana (choć niekoniecznie się do tego przyznają, nawet sami przed sobą). Inną sprawą jest, że apetyt rośnie w miarę jedzenia: "wypracowywanie kompromisów" bardzo szybko może stać się środkiem do ustawiania życia i partnera na swoją modłę.
Wadą amerykańskich książek jest fałszywe - moim zdaniem - założenie, że w dyskusji o uczuciach można odłożyć na bok wszelkie emocje, zracjonalizować swój aktualny stan i potrafić go rzeczowo zreferować. Szczerze mówiąc bardzo mocno mnie zastanawia emocjonalność partnerów, którzy są w stanie usiąść wieczorem po dniu pracy i rozmawiać ze sobą w ten sposób. Doskonale pamiętam, w jakich sytuacjach udawało mi się zachować całkowitą jasność i trzeźwość umysłu. Okrutna prawda brzmi tak, że tym gorliwiej hołdujemy licznym zasadom i nakazom, tym więcej argumentów nie do odparcia znajdujemy, im mniej jesteśmy zaangażowani uczuciowo. Wobec hormonalnej burzy namiętności, na zew natury, gotowi jesteśmy zapomnieć o wielu z nich. A tymczasem są osoby, które nie robią tego nigdy, ponieważ są pryncypialnymi fundamentalistami.
Rzecz jasna skoro krytykuję metody amerykańskich specjalistów, powinienem zaproponować coś w zamian, receptę na prawidłową i optymalną komunikację w związku. Ale niestety nie znam żadnej uniwersalnej metody, bowiem każdy przypadek charakteryzują skrajnie indywidualne okoliczności. Z jednym zgadzam się na pewno: trzeba mówić, otwarcie i szczerze, bo bez tego nie dochodzi do wymiany informacji. Z jednym na pewno się nie zgadam: nie sposób referować, bo przecież mówimy o najgłębszych pokładach często nieuświadomionych emocji. Nie sposób również porozumieć się w każdej kwestii, kiedy już okaże się, że w grę wchodzą ludzie o całkowicie odmiennych systemach wartości, sposobach postrzegania i reagowania. Będą mówić zupełnie różnymi językami, i nawet najlepsze słowniki i najdokładniejsze definiowanie pojęć nic nie pomogą w obliczu diametralnie różnych potrzeb i mentalności. Oczywiście - i tu się znowu zgadzam - należy dołożyć wszelkich starań, by wznieść się ponad wszelkie granice, ale pod jednym warunkiem: dobrą wolę, rzeczywistą dobrą wolę w tym kierunku wykazywać muszą obie strony. Po prostu muszą chcieć.
Najważniejszą sprawą we wszystkich tych rozważaniach jest zupełnie co innego, czego nie wyczytałem jasno wśród mądrości rzeczonej książki: czasami nawet dobre chęci nie wystarczą. Bo z reguły łatwiej narzucić coś komuś innemu niż samemu trzymać się coraz to nowych ustaleń. Można starać się przestrzegać reguł umowy ale kompromis zawsze oznacza rezygnację z czegoś, na co w gruncie rzeczy mamy przecież ochotę. I nie przestajemy jej mieć. Przestajemy tylko o niej myśleć, usiłujemy jej nie dostrzec. Tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy nasza naturalna potrzeba znów dojdzie do głosu. A za którymś z kolei razem rozmowy niczego już nie zdziałają. Po prostu nie pozostanie nic do dodania.
Nie przesuwajmy więc pod wpływem impulsu naszych granic zbyt daleko, nawet jeśli nam się wydaje, że możemy to zrobić, żebyśmy nie musieli potem zadawać sobie nieśmiertelnego pytania: jak to się mogło stać? Nie próbujmy dogłębnie analizować i za wszelką cenę neutralizować problemu, jak radzą Amerykanie; starajmy się raczej w ważnych dla nas chwilach myśleć nieco trzeźwiej i realistycznie. I jakkolwiek należy rozmawiać, wystrzegajmy się mówienia choćby o kilku słów za dużo. Kiedyś mogą nam się odbić czkawką. I nie mam bynajmniej na myśli słów wielkich i największych. Komunikacja zaczyna się przecież od codziennego dzień dobry!
Koosie
Czy czytales ksiazke E. Fromma "O sztuce milosci"?
Ta ksiazka dala mi duzo do myslenia, oraz pouporzadkowala rzeczy ktore juz dawno przeczuwalem, dajac podstawy filozoficzne.
Ok, moze z filozofia w milosci przesadzilem :P