Jedna z moich szkolnych przyjaciółek miała psa. Rudego, długowłosego jamnika nieprzeciętnej urody. Niezwykle żywego i przyjaznego nawet obcym. Przynajmniej na początku. Wzrastał w dużej rodzinie, ściśniętej w trzech pokojach wielkomiejskiej zabudowy, i z biegiem czasu stawał się coraz mniej przymilny, zdradzając za to coraz częściej objawy znerwicowania. Bywał na przemian lękliwy i agresywny, wyrządzał sporo szkód w mieszkaniu, wykształcił w sobie coś w rodzaju pasywnego oporu, urastającego chwilami do przekornej złośliwości. Zastanawiała mnie ta zmiana. Ale tylko do momentu, gdy dowiedziałem się, że kiedy ożywienie psa zaczyna być uciążliwe, natychmiast jest besztany, nawet za oznaki radości. Na dokładkę - lub raczej ku nauce - zamykano go w szafie.
Łatwo chyba sobie wyobrazić, jak ograniczoną przestrzenią mógł dysponować w standardowej meblościance pełnej ciuchów, papierów i bibelotów pięciu średnio roztargnionych osób. Tymczasem objawy stresu tępione były tym zajadlej, im większej wymagały troski i uwagi. Aż tu pewnego słonecznego dnia "szalony" pies urwał się na spacerze ze smyczy i skończył pod kołami samochodu. To smutne ale za nic nie mogę sobie przypomnieć, jak miał na imię.
Kiedy jednemu ze swoich przyjaciół zdradziłem, jaki będzie tytuł tego tekstu, zareagował natychmiast: "To o mnie i X.? A może o mojej rodzinie?". Odparłem, że chcę poruszyć problem ogólny, a pomyślałem: "raczej chyba o mnie". Potem przypomniałem sobie kilka sytuacji i rozmów, kiedy odnosiłem wrażenie, że ten czy ów znajomy wychynął na chwilę ze swojej szafy, żeby podzielić się ze mną swoimi życiowymi bolączkami. Ktoś kogoś rzucił, kto inny kogoś zranił, ktoś wyśmiał, ktoś uzależnił, uwiódł, ktoś zawiódł, zdradził, wciągnął w grę, omotał - historii jest tyle, ile złamanych serc. Złamanych nie tyle w łóżku, ile właśnie w szafie.
Każdy z nas ma jakąś. Dwu- lub trzydrzwiową, czasem całą meblościankę. Za jej drzwiami składamy przez całe życie osobiste i intymne sekrety. I nie mam na myśli wyłącznie gejów, choć w ich przypadku ten mebel odgrywa rolę szczególną i dodatkowo skraca i tak już przykrótką smycz emocjonalną. W języku angielskim in the closet i out of the closet to przeciwieństwa, które nas determinują: albo żyjemy jawnie, albo też wolimy wstydliwie skrywać własną seksualność pod stosami bielizny. Bywa, że chowamy się tam od czasu do czasu, bywa że inni nas zamykają. Ale przecież gejostwo nie jest tego jedyną przyczyną.
Odnoszę wrażenie, że to nie szafa stanowi doskonałą alegorię naszej ogólnoludzkiej kondycji, lecz właśnie pies mojej przyjaciółki. Zahukany, wepchnięty do szafy i przywiązany smyczą do wieszaka. Z tą tylko różnicą, że my, ludzie, z reguły zakładamy ją sobie sami, nawet jeśli wydaje się nam, że tak nie jest. Szczególnie jeśli wydaje się nam, że nie mamy jej wcale. Nie dajmy się zwieść: jeśli nawet kosztem wielkiego wysiłku uda się nam wydostać z szafy, nie wolno nam ulec złudzeniu, że zyskaliśmy pełną swobodę. Zawsze jesteśmy do czegoś przywiązani. I powtórzę jeszcze raz: przywiązani własną ręką. Nie wystarczy tupnąć nogą, wyjść i trzasnąć drzwiami. Trzeba jeszcze potrafić nie wrócić. Nie wrócić nigdy i w żaden sposób.
Psychologowie dosyć zgodnie twierdzą, że jedna z więzi, których raczej nie udaje się zerwać, to ta między matką i jej dzieckiem - a patrząc z interesującego nas tutaj punktu widzenia: między dzieckiem i matką. Czyż jest na potwierdzenie powyższej tezy lepszy dowód niż fakt, jak wiele kilkulatki są w stanie wybaczyć swoim rodzicom, byleby tylko zyskać ich przychylność? Te same dzieci, już dorosłe, powielają postawy i podejście do życia swoich rodziców, nawet jeśli ich w swej świadomości serdecznie nienawidzą. Wzorce osobowe powielają się bez końca: kto zazna terroru, będzie stosował terror na codzień, próbując w ten sposób walczyć z własnymi problemami. Wobec bezradności ojca i matki wobec życia także ich dzieci pozostaną mało zaradne, choćby nie wiadomo jak starały się zerwać z wyuczonym schematem działania.
Rzecz jasna możliwe jest także przyjęcie postawy negacji - odrzucenie własnej rodziny oraz wszelkich przekonań i wartości przez nią reprezentowanych. Tylko że wtedy staje przed "dzieckiem" o wiele poważniejsze zadanie: zbudowanie świata całkiem od podstaw. I może się zdarzyć, że kiedy inne środki zawiodą, i tak zostaniemy zmuszeni sięgnąć do jedynych wzorców jakie znamy: tych wyniesionych z domu. I tak, kiedy wydaje się już, że udało nam się uciec od alkoholizmu, nagle odkrywamy, że jest dokładnie odwrotnie: przejawiamy najlepsze zadatki na pijaka. Przekonani, że nikt nas więcej nigdy nie uderzy odkrywamy poniewczasie, że wszyscy nasi partnerzy mają tendencję do niebezpiecznej w swych przejawach dominacji. Młodzi ludzie opuszczają domy dziecka ze światłymi wizjami... często nawet i tego nie mają, bo krewni i ulica zbyt wiele ich zdążyła nauczyć.
Nie oszukujmy się: nie wystarczy odejść od źródła, żeby nigdy więcej nie zamoczyć butów. Przesiąkamy tak wieloma zjawiskami, doznaniami, relacjami, gestami, reakcjami - nie mamy prawa twierdzić o sobie, że potrafimy się od czegoś uwolnić. Wiadomo, że geje uciekają do dużych miast, próbują wyzwolić się z ograniczeń, jakie nakłada na nich bliskie otoczenie. Ale przeprowadzka nie to samo co pranie mózgu. Nigdy nie pozbędziemy się do końca śladów obroży na szyi. Oderwani od korzeni musimy od początku budować rzeczywistość wokół siebie, konstruować ją wedle pewnego porządku. A jaki porządek jest dla nas najpewniejszy? Czy gej na śmierć skłócony z ojcem nie zacznie kiedyś w końcu powielać jego zachowań? Czy młodzieniec wyszydzany przez matkę nie zacznie zastępczo sam dominować nad innymi swoim matkowaniem?
I czy aby obaj nie będą jednak próbowali zasłużyć sobie mimo wszystko na uznanie rodziców, choćby nawet dzielił ich ogromny dystans, który po części sami stworzyli? To wieczne: "wcale mi na nich nie zależy" ale z drugiej strony: "wiesz, ojciec jednak się do mnie odezwał". To permanentne: "matka tak mnie męczy swoimi wyrzutami" i jednoczesne: "pojadę do niej na weekend, poznęca się trochę nade mną i lepiej się poczuje".
W pewnym względzie powyższe uwagi dotyczą nas wszystkich. Masz dobry kontakt z rodzicami? Więc przyjrzyj się dokładnie swojemu życiu uczuciowemu. Naprawdę nie myślisz już wcale o swoim przedostatnim byłym? To czemu tak się stroisz, skoro idziecie tylko "na kawę", "na piwo", "na spacer"? Czemu beztroski telefon od niego tak bardzo cię rozstraja, czemu - skoro w ogóle się z nim nie spotykasz - tak bardzo lubisz wiedzieć, z kim i gdzie ostatnio bywa, i dlaczego akurat z takimi palantami? Owszem - przytakujesz swoim przyjaciołom - to skończona świnia, ale czy musiał rzucić akurat ciebie?
A może nie wiesz, co faktycznie dzieje się w twoim związku, na jakich zasadach funkcjonuje? Czy aby na pewno masz równe prawa? Czy jesteś w stanie je wynegocjować i wyegzekwować? Kto pierze twemu facetowi skarpetki? Wiem, można by sądzić, że w moim umyśle skarpetki urosły do rangi metafory udanego pożycia. I tak jest w rzeczywistości. Jedna skarpetka potrafi zdziałać cuda ale bywa też nieuświadomioną przyczyną tragedii. I to ona właśnie musi być, i prędzej czy później będzie przedmiotem dyskusji.
Już słyszę protesty: przecież tu chodzi o uczucia, jak można tak przyziemnie, jakie negocjacje, jakie egzekucje, niech jedyną regulacją staną się prawa miłości.
Wszystko pięknie, moi panowie, tylko że to właśnie te prawa są smyczą, na którą nieodmiennie i od stuleci daje się wziąć cała ludzkość, a geje i kobiety w szczególności. Dowcip polega na tym, że doskonale zauważamy głupotę i zaślepienie innych, a nie zauważamy mocnej, czerwonej linki u własnej szyi. Zapewnienia w stylu: "jak mogłem dać się tak zwieść, chyba byłem ślepy, ale nigdy więcej nie dam się na to nabrać" itp. są niczym więcej, jak negowaniem faktu jej istnienia. Nic bardziej fałszywego niż złudzenie, że oto zerwaliśmy się nareszcie z uwięzi (której ponoć wcale nie było), i jesteśmy całkowicie swobodni i samowystarczalni. Postrzępiony rzemyk ciągnie się za nami żałośnie i sami tylko czekamy, aż znajdzie się ktoś, kto go podniesie, przykróci nieco, poprowadzi i znów zapewni nam poczucie bezpieczeństwa.
I tu dochodzimy do sedna: każdy szuka swojego właściciela bo potrzebuje oparcia. Nie wiem jak w przypadku bezbronnych szczeniąt, czy faktycznie potrafią intuicyjnie wyczuć, u kogo będzie im dobrze. Nie bardzo w to wierzę. Sądzę natomiast, że ludzie dobierają sobie panów według pewnego klucza, jednak ich kryteria doboru niejednokrotnie pozostawiają wiele do życzenia. Tu kolejny ukłon w stronę psychologów (choć właściwie to wciąż ten sam ukłon): powielamy pewne wzorce. Nie bez powodu większość z nas pociąga notorycznie na ten sam typ faceta. Ileż to się można nasłuchać! "Mam pecha, za każdym razem trafiają mi się zajęci!" (co nie przeszkadza z nimi poromansować). "Chyba się załamię, znów z drugiego końca Polski!" (ale co szkodzi się z nim przespać). "Dlaczego zawsze rzucają mnie po dwóch tygodniach?" (no właśnie...). "Czy wszyscy faceci są tacy?" (twoi najwyraźniej tak, ciekawe dlaczego...).
Przestańmy się wreszcie dziwić, zacznijmy się zastanawiać. I żeby nie było, że się wymądrzam - sam walczę z pewnym sznurkiem, który ciągnie się za mną od kilku miesięcy. I twierdzę, że w rzeczywistości wcale nie mam ochoty go zrywać. Wszyscy tak robimy. Bo jeszcze gorszy od smyczy jest brak smyczy. Jakiejkolwiek. A zawsze to przyjemniej, kiedy ma się możliwość samemu ją wybrać, wynegocjować kolor i długość, najlepiej jak najwcześniej, zanim się zorientujemy, że ktoś znów nas wpycha do jakiejś szuflady. Jak uczy przypadek mojej przyjaciółki, psy trzymane zbyt surowo, w szafie i na krótkiej lince, potrafią sfiksować i wreszcie z niej wypuszczone zwracają się przeciw uwielbianemu mimo wszystko właścicielowi. Raz go kąsają, raz ogrzewają własnym ciałem, a w najlepszym przypadku przytłoczone namiarem swobody po prostu się gubią. Mało to zdezorientowanych samców błąka się po tym świecie w poszukiwaniu swojego miejsca?
Tak naprawdę pęta nas cała masa sznurków, plączących się ze wszystkich stron w naszych szafach. Więzy rodzinne, uczuciowe, miłosne, towarzyskie, służbowe - nasze postępowanie zależy w dużym stopniu od tego, kto za którą i w jakim momencie pociągnie. No i rzecz jasna, która jest dla nas samych najważniejsza, którą obrożę własnoręcznie sobie założyliśmy i w jakiej komodzie wolimy się zamykać. Problem w tym, żebyśmy sami siebie nimi zbytnio nie skrępowali. Bo potrafię usprawiedliwić siedmiolatka, który kocha swojego tatusia za to, że czasem go nie bije; gorzej, kiedy po dwudziestu latach ten sam chłopiec nadal próbuje desperacko zdobyć jego uznanie, terroryzując swoich bliskich. Najciężej jednak przychodzi mi zrozumieć tych, którzy usprawiedliwiają tyrana utrzymując, że on tak z czystej miłości. Uczuciowy jest i tyle. Przykładów na podobne postawy mamy dosyć, zawsze i wszędzie. A przecież dla chcącego zupa nigdy nie będzie za słona.
Dlatego tym, którzy pobieżnie przejrzeli ten tekst z poczuciem samozadowolenia, bo to oni zwykle dominują i trzymają na smyczy innych, radzę się mimo wszystko rozejrzeć. Może gdzieś obok stoi z postronkiem ich ojciec albo wymagający wychowawca z internatu, którego tak bardzo im teraz brakuje, że za własne przewiny muszą karać wszystkich wokoło? Każdy z nas ma jakąś obrożę, dobrze by było, gdybyśmy ją nareszcie dobrze obejrzeli. Bo nie ma się co oszukiwać - nie pozbędziemy się ich na pewno. A smycz, całkiem jak kij, także ma dwa końce.
Koosie
Poresztą kiedyś czytałem, że nasza osobowość jest troche wypadkową osobowości wszystkich ludzi, których w życiu spotykamy i to wydaje mi się intuicyjnie prawdopodobne. Gorzej jeżeli ktoś, czesto gej, czerpie wzory, w okresie dzieciństwa, z chorej osobowości któregoś z rodziców, wychowawców itp.
Na zakończenie mam pytanie, troche retoryczne, ale tylko troche :):) Czy ktoś mi może wyjaśnić jaka jest definicja stereotypu? Bo mnie sie kojaży bardzo źle, a pytam dlatego, że uważam stereotyp za ciężkie wypaczenie tego oczym był artykół i mój repost>> Zaświadczenie o dysortografii dośle pocztą :):):)
I to od tego bepiecznego poczucia, ze jest jakies wolne "JA" trzeba sie uwalniac.
Tylko ja bym jedna rzecz powiedzial inaczej - czy naprawde zawsze dobrze miec jakas smycz ?
Moze to juz sprawa swiatopogladu, ale jak dla mnie po to ten caly kabaret, czyli nasze zycie, zeby sie sznurkow i smyczy pozbywac.
Czyli dojsc do swojego prawdziwego "Ja"....
Czyli nie miec plataniny mysli w glowie, ale czasem troche spokoju ciepla dla siebie..
Pozdrowienia!
(dzieki za uklony dla psychologow- mnie jako studentowi psychologii zawsze sie ich troche przyda : ))