Już dawno polska estrada nie gościła tak prominentnego artysty. I tak naładowanego pozytywną energią, uśmiechniętego i zrelaksowanego. David Bowie, legenda szalonych lat muzyki pop pojawił się w Polsce i krajach ościennych promując swoją nową płytę pod tytułem "Heathen" - co po polsku znaczy "poganin". Słuchając jej, można założyć, że taki właśnie jest aktualny stan ducha pięćdziesięciopięcioletniego piosenkarza. David Bowie nie musi już nic nikomu udowadniać. Nie musi walczyć o miejsce na listach przebojów. Ani tłumaczyć, jaki ma "message". Nie zależy mu też pewnie na produkowaniu skandali "publicznych i obyczajowych", z czego słynął w latach siedemdziesiątych.
Podczas niedawnych koncertów w Berlinie entuzjazm był tak wielki, że w trybie awaryjnym wynajęto wielką halę sportową, która w mgnieniu oka została wyprzedana do ostatniego miejsca. W jednym z wywiadów, Bowie mówił: "Wzloty i upadki nie dotykają mnie tak jak dawniej. Nie jestem już tak agresywny jak kiedyś."
Trzeba też przyznać, że teksty "Heathen" wyszły spod pióra dojrzałego człowieka. Nie są seryjną paplaniną, rymowanką w takt muzyki. Opisują skomplikowany stany psychiczne, rozdarcie, strach. "Pogaństwo jest stanem psychicznym" - twierdzi Bowie. "Opisuję człowieka, który nie dostrzega świata, w którym żyje. Nie ma wrażliwości, nie doznaje łaski oświecenia, nie czuje obecności Boga. Jest człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku." I dalej: "Dotarłem do punktu, w którym zawarłem pokój z sobą samym. Myślę, że w nadchodzących latach będę mógł stworzyć najbardziej wartościowe rzeczy w moim życiu."
David Bowie jest żyjącą legendą - i bez wątpienia zasługuje na ten tytuł. Jego koledzy-muzycy w Anglii wybrali go "największym gwiazdorem pop XX wieku". Jego świetna strona internetowa (adres poniżej) obsypywana jest nagrodami. Pieniędzy i sławy już nie potrzebuje, ponieważ na koncie posiada kilkaset milionów dolarów. Z tym majątkiem, zalicza się do grona najbogatszych muzyków świata. Ustabilizował się także emocjonalnie: niedawno obchodził dziesiątą rocznicę zawarcia związku małżeńskiego, z żoną Iman wychowuje dwuletnią córeczkę Alexandrię. Kiedy rozmowa schodzi na tematy rodzinne, Bowie promienieje, śmieją mu się oczy. Jak na swoje lata, artysta wygląda doskonale, o wiele zdrowiej niż w szalonych latach siedemdziesiątych, kiedy żył w Berlinie w jednym mieszkaniu z proto-punkiem Iggy Pop'em. Jego ówcześni kumple wspominają dzikie imprezy z alkoholem i narkotykami. Opowiadają, jak kiedyś po nocy w dyskotece "Dschungel" Pop i Bowie ukradli kasetę z pieniędzmi z garderoby i następnego dnia - po wytrzeźwieniu - odnieśli ją mówiąc: "sorry". Innym razem, kiedy nienawidzący gejów ulicznicy wybili szyby w gejowskiej knajpie "Anderes Ufer" przy Schöneberger Hauptstraße, Bowie ą który mieszkał w sąsiedztwie - zjawił się w lokalu i położył na ladzie czek na 200 marek. Szkoda mogła być natychmiast usunięta.
W Berlinie powstały dwa najlepsze albumy Bowie - "Heroes" i "Low". Z historią tego ostatniego łączy się ciekawy wątek polski. W wywiadzie dla pisma "Machina" tak o tym wspominał:
- W latach siedemdziesiątych dwukrotnie odwiedziłeś Polskę. Po co?
- To się wiązało z bardzo banalną sprawą. Otóż ja w tym czasie nie latałem samolotami. Każda dalsza podróż musiała więc odbywać się pociągiem. Dlatego zawsze starałem się skorzystać z okazji i odwiedzać miejsca, w których nie byłem nigdy przedtem. W ten sposób znalazłem się w Polsce, gdzie miałem - dość przypadkowo - okazję posłuchać polskiej muzyki ludowej. Kupiłem wtedy kilka płyt, które następnie stały się dla mnie natchnieniem przy pracy nad albumem Low. Starałem się uchwycić i oddać muzycznie tę udrękę, którą usłyszałem w polskich utworach ludowych. Uważam, że utwór Warszawa, który narodził się z tych prób, jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie stworzyłem wspólnie z Brianem Eno. Ponieważ nie mówię po polsku, więc śpiewałem czymś, co można by nazwać "muzyką fonetyczną". Wiem, że moja muzyka akurat nie portretuje Warszawy-miasta, ale dla mnie był to rodzaj symbolu, hasła, które niosło treść bardzo dla mnie ważną.
- I jeszcze raz polski akcent: kim był "polski wędrowiec" z tekstu twojej starej piosenki Janine z 1969 r.?
- Był to mój bardzo bliski przyjaciel, który chodził z dziewczyną imieniem Janine. Odczuwałem przez to pewien konflikt sumienia, cha, cha!
(...)
Tym, którzy z racji wieku nie znają Davida Bowie i tym, którzy już go zapomnieli, można z czystym sumieniem polecić album "Heathen" - jak zresztą wszystkie jego wcześniejsze wiecznotrwałe albumy i hity... i nie wspominajmy już plotki o tym, że ktoś kiedyś złapał go w łóżku z Mickiem Jaggerem... Wobec starszego pana to po prostu nie wypada...
KRISZNA