Carlos Fernandez jest właścicielem biura handlu nieruchomościami Agentur Camero i bardzo chętnie opowiada o swoich klientach. "Niedawno szukał u mnie dużego mieszkania pewien reżyser seriali telewizyjnych" - mówi spoglądając przez grube szkła okularów. "On jest chyba gejem, ale mogę się mylić". Jeszcze kilka lat temu, Carlos Fernandez nie traciłby nawet chwili swego cennego czasu na podobne dociekania. Cóż mogliby go obchodzić faceci kochający innych facetów? Senor Fernandez ma pięćdziesiąt osiem lat i jest kochającym mężem i ojcem dwójki dzieci. Syn pracuje w pokoju obok. Zresztą - wcześniej nie przyszedłby do niego żaden reżyser, by szukać mieszkania w madryckiej dzielnicy Chueca. To się zmieniło - od czasu, gdy Chueca stała się dzielnicą upodobaną przez gejów. "A geje to mili ludzie" - powiada senor Fernandez - "I bardzo dobrze płacą".
Carlos Fernandez prowadzi swoją agencję od 1970 roku. W Hiszpanii rządził wtedy jeszcze dyktator generalissimus Franco, który dbał o to, by wszyscy inaczej myślący i czujący nie mieli łatwego życia. W Chueca nie było wtedy żadnego klubu gejowskiego, co najwyżej kilka podejrzanych lokali nocnych. Jeszcze później, dzielnica, położona opodal wspaniałego bulwaru Gran Via zeszła zupełnie na psy. W ciemnych zaułkach królowali narkomani, złodzieje kieszonkowi i zwykli bandyci. Wiele domów stało pustych. "To była martwa okolica" - mówi senor Fernandez, spoglądając na ogłoszenia o sprzedaży i wynajmie, wywieszone w gablocie. Ceny ofert są astronomiczne. Teraz, Chueca zaliczana jest do najbardziej rozrywkowych, tętniących życiem zakątków stolicy Hiszpanii. I jednym z najdroższych. "Ceny wzrosły o 500 procent" - rozmarza się senor Fernandez na wspomnienie tęczowej rewolucji, która przyniosła mu fortunę.
O ile tożsamość seksualna reżysera telewizyjnego spowita jest w mgle, o tyle wspomnienie pewnej klientki z roku 1993 jest jasne i klarowne. Nazywała się Mili Fernandez, była zdeklarowaną lesbijką żyjącą dotąd w Londynie i Nowym Jorku, nosiła fryzurę w kształcie szczotki do zamiatania i kupiła lokal z zamiarem otwarcia księgarni dla gejów i lesbijek. Księgarnię nazwała Berkana i wywiesiła przed nią dużą flagę w kolorach tęczy. "Pierwszą w Hiszpanii!" - mówi z dumą handlarz nieruchomościami.
Było to już siedemnaście lat po śmierci dyktatora Franco. Hiszpania przeżyła swoją rewolucję kulturalną i obyczajową pod przewodem postaci tak jaskrawych jak reżyser Pedro Almodóvar. Ale lokale dla gejów i lesbijek w dalszym ciągu były głęboko zakamuflowane. Ich goście pojawiali się ukradkiem, pod osłoną nocy. A księgarnia Berkana funkcjonowała zupełnie otwarcie, w dzień, w pełnym blasku słońca! "Ci, którzy do mnie przychodzili identyfikowali się jako homoseksualiści" - wspomina Mili Fernandez. "Niewielu się na to odważyło". Nic dziwnego, że interes kulał. Nie było też odpowiedniej literatury po hiszpańsku. Dziś, książki i kasety video z filmami o tematyce gej&les leżą stosami, na wieszakach wiszą koszulki z jednoznacznymi napisami w rodzaju "I'm gay", a w sąsiadującej z księgarnią kafejce przesiadują bywalcy.
Hiszpania, do niedawna znajdująca się w żelaznym uścisku arcykonserwatywnego katolickiego kleru, przeżywa jeden szok za drugim. Jesienią roku 2000 pewien oficer wyznał publicznie, że jest gejem. Nieco później, z publicznym wyznaniem o podobnej treści dołączył do niego proboszcz prowincjonalnej parafii, a ostatnio funkcjonariusz sławetnej paramilitarnej formacji policyjnej Guardia Civil. Jego zdjęcie, które ukazało się na okładce magazynu "Zero" wisi zaraz przy wejściu do księgarni. "Oni chcieli wyjść z ukrycia, chcieli salir del armario - jak po hiszpańsku nazywa się coming out.
"El Armario" - tak nazywa się znacząco położona w pobliżu restauracja. Lokal reklamuje się przy pomocy różowej flagi.
Madryt i cała Hiszpania szybko się zmieniają. Na początku, w madryckiej paradzie gejów i lesbijek "Orgullo Gay" brało udział 500 osób. Teraz jest ich pół miliona. To ogromna potęga. Mniej więcej tak samo liczne były demonstracje w obronie demokracji w 1981 roku i przeciwko terrorystom z baskijskiej organizacji Eta.
W uliczkach Chueca jeden bar sąsiaduje z drugim, ciągle powstają nowe kluby, kawiarnie i dyskoteki. Dawna dzielnica ruin stała się modna do tego stopnia, że mieszkańcy ogłosili ją "strefą skażenia akustycznego". Niektórzy się wyprowadzili, na ich miejsce przybyli nowi, wdzięczni za rewolucję pod znakiem tęczy. Siłę gejowskich i lesbijskich głosów uznają nawet konserwatywni politycy. Wszyscy kandydaci na burmistrza Madrytu w zbliżających się wyborach komunalnych, zapowiedzieli wizytę w Chueco. Na razie, ci sami politycy blokują debatę na temat legalizacji partnerstwa homoseksualnego. Ciekawe - jak długo?
Opracował. Janusz Marchwiński
PS: Tekst ten, który ukazał się w niemieckiej prasie, dedykuję tym wszystkim pesymistom, którzy przekonani są, że Polska po przystąpieniu do Unii Europejskiej pozostanie konserwatywno-katolickim grajdołem.