Przeglądając niedawno swoje prasowe archiwum natrafiłem na artykuły z niemieckich tygodników, których wspólnym tematem była teza, wedle której homoseksualiści żyją lepiej. Mają więcej czasu, pieniędzy, bardziej wyrafinowany gust, są oczytani, wykształceni, potrafią cieszyć się życiem i - jakby tego było mało - dużo lepiej tańczą. Krótko mówiąc: czerpią z życia pełnymi garściami, ponieważ ich na to stać.
Taki obraz wygląda niezwykle optymistycznie i nie ujmuje wielu aspektów gejowskiego życia, nad którymi dosyć już się przez ostatni rok nabiadoliłem. Autorzy tekstów przechodzą do porządku dziennego nad bolesnym procesem odkrywania swoich skłonności i samoakceptacji, nie wspominają o zmaganiach z przejawami nietolerancji. I słusznie, bo przecież o tym pisuje się wystarczająco często i to od lat. Dostrzegają natomiast o wiele nowsze tendencje, uznają za fakt dokonany emancypację kochających inaczej, i zastanawiają się, co im przyniosła w praktyce życia codziennego.
Jakkolwiek okrutnie to by nie zabrzmiało: epidemia AIDS nie tylko kosztowała dziesiątki tysięcy ludzkich istnień. Tym, którzy wciąż żyją, w lepszym lub gorszym zdrowiu, przyniosła sporo korzyści. O gejach zaczęło się wreszcie mówić, początkowo bardzo niekorzystnie i nieufnie, ale przynajmniej poważnie. Potem okazywało się powoli, że pedały to nie tylko transy i drag queens, biegające w różowych piórach za przystojnymi facetami. Choroba zmusiła do coming outu także wiele całkiem normalnych osób. Konsternacja. Po latach budzimy się nagle zdezorientowani w świecie, który wprawdzie wciąż jeszcze uznać należy za heterycki, ale czasami trzeba sobie zadać sporo trudu, żeby to dostrzec.
Jeszcze kilka dekad temu geje chowali się po szafach. Widoczni i rozpoznawalni byli zaledwie nieliczni z nich, ci najbardziej nonkonformistyczni i otwarci w swoich postawach. Wtedy traktowani byli nadal - w najlepszym wypadku - jako łatwy i bezbronny obiekt kpin i szyderstw. Co poważniejsze osobistości zaciągały homoseksualistów przed sądy lub zamykały ich w odpowiednich placówkach służby zdrowia, gdzie poddawano ich pomysłowym terapiom.
Tymczasem chora subkultura rozwijała się równie wszechstronnie jak dzisiaj, tyle tylko, że nie tak swobodnie, bo w ukryciu. W wielu kierunkach zresztą, krótko należałoby jednak powiedzieć, że pomiędzy dwoma biegunami: całkowicie zanurzonym w seksie, celebrującym jego uroki i obnoszącym się ze swoją odmiennością, oraz uwznioślonym, pozbawionym niemal zabarwienia erotyką, latentnym w fascynacji własną, najczęściej męską, płciowością.
Artyści-geje przez wieki mniej lub bardziej otwarcie zmagali się ze swoimi skłonnościami, tworzyli w większej lub żadnej z nimi zgodzie. Namiętności twórców często znajdowały odzwierciedlenie w diabolicznym charakterze ich dzieł, brudnym z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy, dla którego nie do przyjęcia wydawała się wizja świata zdegenerowanego, pełnego cielesności i wyuzdania. W takich warunkach dużo swobodniej tworzyć i publikować mogli twórcy zasklepieni w swej osobowości, nie eksponujący swego homoseksualizmu, lecz nawiązujący w swych działaniach do wartości bardziej uniwersalnych. Im właśnie o wiele szybciej udawało się wejść do kanonu sztuki wyższej, powszechnie rozpowszechnianej i akceptowanej.
Efekt dwubiegunowości życia gejów zaowocował tym, że ich dorobek artystyczny przez bardzo długi czas znaleźć można było tylko wysoko, na ścianach kościołów muzeów, lub ukryty w ciemnych piwnicach. Sztuka emancypacji polegała w gruncie rzeczy głównie na uświadomieniu społeczeństwu, że cioty potrafią żyć także w świetle słońca, i są w tym równie skuteczne, chociaż nikt tego nie zauważa. Niestety, żeby tego naprawdę i przekonująco dowieść, trzeba było wyjść na powierzchnię, i to zwartym szeregiem. Jak wiadomo nie obyło się bez konfrontacji.
Pierwsze jaskółki pojawiły się w latach 50., w epoce Elvisa. Wtedy mało kto zdawał sobie sprawę, co w więziennym slangu oznacza zwrot jailhouse rock, a taki tytuł nosił jeden z przebojów Króla rock`n`rolla. Przemysł rozrywkowy garściami czerpał z kultury i sposobu bycia gejów, przede wszystkim nawiązywał do ich swobody bycia i sarkastycznego poczucia humoru. Jednak za wcześnie było otwarcie się do tego przyznawać.
Pojawiły się za to pierwsze jaskółki ruchu gejowskiego. Zaczęły ukazywać się pisma w stylu "Physique Pictorial", które - by uniknąć starć z purytańską cenzurą - prezentowały uroki męskiego ciała pod przykrywką idei krzewienia sprawności fizycznej. Tam też narodziły się pierwsze prawdziwie środowiskowe ikony, masowo naśladowane przez kolejne generacje, czego najlepszym i niedoścignionym przykładem do dzisiaj pozostaje typ mężczyzny, stworzony i wylansowany przez Toma of Finland. Tabuny atrakcyjnych, dobrze zbudowanych i zadbanych facetów, biegających wkoło w obcisłych dżinsach i białych t-shirtach, z charakterystycznymi czapeczkami na głowie nie mogły ujść niczyjej uwadze. Nazywano ich zresztą - ciekawe z jakiego powodu? - klonami.
Tym samym dokonywał się niepostrzeżenie pewien przełom - wizerunek rosłego homoseksualisty w mundurze policjanta lub skórzanych ciuchach niewiele miał bowiem wspólnego ze stereotypowym wizerunkiem wydelikaconej ciotki. Kwestią czasu było przyjęcie w powszechnej świadomości tego faktu, a później wchłonięcia i przyjęcia nowej figury do kanonu kultury popularnej, tym razem heteryckiej. Tak narodził się Marlboro Man.
Później społeczność światowa musiała się zmagać z kolejnymi zjawiskami, a przede wszystkim z dokonaniami rewolucji seksualnej. Po ruchu hippisowskim i krótkim okresie normalności nadeszły szalone lata siedemdziesiąte, epoka glam rocka, bezpłciowych i aseksualnych istot; potem narodził się punk i świat wkroczył w erę ogólnego rozprężenia. Dotychczas nikt nie rozważał możliwości pokazania szerokim masom społecznym "Klatki szaleńców"; prawdziwą rewię szaleństwa i transseksualizmu, "Rocky Horror Picture Show", oglądali jedynie studenci. Nagle w roku 1984 Harvey Fierstein zaszokował światek artystyczny, dziękując swojemu kochankowi za wsparcie podczas ceremonii wręczenia nagród Tommy. Dekadę później liczne wystąpienia i deklaracje tego rodzaju mało na kim robią jeszcze wrażenie.
Okazuje się, że dorobek kulturalny i społeczny gejów nie musi już zachowywać pozorów, uwznioślać się i dostosowywać do moralnych i estetycznych kanonów wyższej kultury, by zostać przez nią zaakceptowany. Więcej nawet - świat i rynek, oswoiwszy się już z istnieniem subkultury i po wchłonięciu jej najoczywistszych i powierzchownych przejawów, zaczyna drążyć w poszukiwaniu kolejnych emocji. Pod naciskiem machiny mediów heterycy już nie tylko oglądają homoświat przez szybkę ale zaczynają go - czasem nieświadomie - naśladować. Gej jest okej, odmienne jest piękne.
Widać to doskonale na przykładzie mody i standardów wyglądu wśród panów. Czasopisma wypunktowują niedociągnięcia nieszczęśników, odczuwających pociąg do płci przeciwnej, zarzucają im konserwatyzm, brak dbałości o siebie i innych, niedostosowanie do współczesnych kanonów. Homoseksualni kreatorzy i gwiazdy oraz gwiazdy-kreatorzy jednoznacznie osądzają, co i jak się nosi. To, co dziś jest popularne wśród gejów, jutro wkracza w wielki świat, stając się obowiązującym trendem. Nawet modelki zostały w ostatnich latach przerobione na środowiskową modłę.
O tym, że gejowskie postacie wkraczają z impetem w kręgi rozrywki i filmu, wnosząc do nich swój niepowtarzalny humor i pogodę ducha - już pisałem. "Klatka szaleńców" doczekała wreszcie swojej rozdmuchanej wersji, a na ceremonii rozdania Oskarów panowie nareszcie mogą bez skrępowania płakać.
Także skrajne przejawy homoseksualnej (niegdyś) subkultury znajdują swoich zwolenników. Kluby s/m, nowatorskie wykorzystanie łaźni publicznych i saun, tworzenie kompleksów rozrywki i uciech wszelakich, wyobraźnia seksualna, najwymyślniejsze łóżkowe sztuczki - zwykłe pedalstwo już się opatrzyło, teraz heterycy szukają nowych emocji. W dzisiejszych czasach nie tylko branżowe czasopisma zapewniają swoich czytelników o przyjemności i ekscytacji, w jaką partnera wprawić może w chwilach zapamiętania palec wetknięty do odbytu. Oprócz rozetki panowie odkrywają również tak dotąd niedoceniane sutki oraz inne zakamarki swego ciała, nie wspominając już o kobiecych stronach swych osobowości.
Oczywiście wszystkie te przemiany dokonują się przede wszystkim w bardziej cywilizowanych częściach świata i nie ma co się łudzić, że oto doczekaliśmy - przynajmniej pod niektórymi szerokościami geograficznymi - gejowskiego raju na ziemi. Ale jeżeli czytam wyniki badań, z których wynika, że 71% obywateli USA w wieku 30-49 lat przyznaje, że zna przynajmniej jednego homoseksualistę wśród swoich krewnych, przyjaciół lub współpracowników, to myślę sobie, że chyba żyją tam odważniejsi geje, niż gdzie indziej. A kiedy dalej dowiaduję się, że 63% młodzieży (18-29 r. ż.) nie gorszy oglądany w kinie pocałunek między dwoma mężczyznami, a 18% woła wręcz o więcej podobnej problematyki, to wydaje mi się, że cała reszta społeczeństwa najzwyczajniej w świecie do wielu rzeczy dorosła lub przynajmniej przywykła.
A chyba od takich nawyków zaczyna się autentyczna tolerancja.
Koosie
Każdy patrzy przez perspektywę swoich doświadczeń, i dobrze, jeśli ma okazję spojrzeć do swojej duszy - wtedy zobaczy, że może i w nim jest jakaś ciekawość...
Ale oczywiście OK, kiedy ludzie podchodzą z akceptacją czy zaciekawieniem, i z pewnością rodzi to dobrą atmosferę dla korzystania z wolności życia człowieka :)
P