Uniwersytet w Harvardzie jest jedną z najbardziej renomowanych uczelni na świecie, cenioną nie tylko ze względu na wysoki poziom nauczania, lecz także z powodu panującej tam liberalnej atmosfery. Jednak nie zawsze tak było. W latach dwudziestych ubiegłego wieku, dwóch studentów zaszczutych przez kapturowy sąd odebrało sobie życie. Byli gejami. Sprawa ta była w swoim czasie bardzo głośna. Jednak przyczynę samobójstwa można było podać do publicznej wiadomości po długotrwałych zabiegach dopiero osiemdziesiąt lat później.
Jak doniosła stacja ABC, tajemnicę odkrył zupełnie przypadkowo Amit Paley, reporter gazety uniwersyteckiej "Crimson". Szukając materiału do artykułu, znalazł w uczelnianym archiwum na teczkę z napisem "Tajne Akta Sądowe, 1920". W teczce znajdowało się 500 kartek, na których opisano szczegółowo działalność tajnego "trybunału", którego zadaniem było śledzenie i relegowanie z uczelni studentów-gejów. Z lektury akt wynika, że członkowie "trybunału" widzieli się w roli obrońców moralności. Byli przekonani, że potrafią "wyczuć" homoseksualistę. Nieprawomyślna była nawet przyjaźń z osobami, których podejrzewano o homoseksualizm. Payley mówi, że odmienną orientację seksualną traktowali oni jako rodzaj choroby zakaźnej.
Polowanie na czarownice rozpoczęło się, kiedy w 1920 roku, student czwartego semestru Cyril Wilcox popełnił samobójstwo, odkręcając kurek z gazem. Jego rodzina znalazła listy, w których opisywał utajone życie gejów na Harvardzie. Rozpoczęło się dochodzenie. Rychło ustalono, że szefem "gejowskiej kliki" był student który nazywał się Roberts i którego ojciec był członkiem Kongresu Stanów Zjednoczonych. "W jego pokoju w Perkins Hall odbywały się imprezy" - relacjonuje Payley. "Przyjeżdzali na nie młodzi ludzie z Bostonu. Chłopcy przebierali się za dziewczyny, dziewczyny za mężczyzn." Dochodzenie objęło 14 osób. Podczas przesłuchań musieli ujawniać najbardziej intymne szczegóły ich życia prywatnego i byli oskarżani o homoseksualizm - co w owych czasach było przestępstwem i oznaczało koniec kariery. Siedmiu studentów zostało relegowanych.
Jeden z członków tajnego "trybunału" napisał list do republikańskiego senatora Ernesta Williama Robertsa: "Rektor polecił mi natychmiastowe usunięcie Pana syna z uniwersytetu. Nie jest to podyktowane jego wynikami w nauce. Jego wykroczenie nie ma też związku z hazardem lub pijaństwem lub zwykłymi przygodami miłosnymi. Jest to najbardziej szokująca sprawa, z jaką zetknąłem się od czasu objęcia urzędu..."
Większość młodych ludzi poddanych prześladowaniom przez "trybunał" miało zrujnowane życie. Jeden popełnił samobójstwo. Dziś, po osiemdziesięciu latach od dramatycznych wypadków, żaden już nie żyje. Ale władze uniwersytetu w dalszym ciągu trzymały sprawę pod kluczem. Kiedy młody reporter Amit Paley poprosił dyrektora administracyjnego Harvardu o dostęp do tajnego archiwum, usłyszał że nie ma na to zgody. Zwrócił się więc do dziekana. Ten odparł że "nie ma potrzeby nagłaśniania tak starych wydarzeń, ponieważ w grę wchodzi prywatne życie studentów". Wobec tego, Payley zwrócił się do szefowej organizacji gej&les na Harvardzie.
Zabiegi o zezwolenie na publikację całej prawdy o homofobicznym "trybunale", który działał osiemdziesiąt lat temu trwały bite sześć miesięcy. W końcu, artykuł mógł się ukazać w uczelnianej gazecie. Władze Harvardu załączyły przeprosiny pod adresem prześladowanych. Rektor Lawrence H. Summers napisał, że dyskryminowanie kogokolwiek ze względu na jego orientację seksualną jest "obrazą wartości, jakie są fundamentem Harvardu".
Nikt już nie przywróci godności i życia ofiarom homofobii na jednym z najbardziej renomowanych amerykańskich uniwersytetów. Działacze gej&les uważają, że w symbolicznym geście, uczelnia powinna im przyznać tytuły naukowe, których nie mogli zdobyć tylko dlatego, że ich orientacja seksualna uznana została za przestępstwo. Można być pewnym, że członkowie "trybunału" nie mieli wyrzutów sumienia. W przeciwieństwie do swych ofiar, zrobili kariery. Chodzili w glorii obrońców ładu i moralności. W końcu - zasłużyli się społeczeństwu: powstrzymali zarazę....
Marek Romiszewski - Miami