Strona główna Aktualności Społeczność
Profile Grupy Przewodnik Wydarzenia Wsparcie
Ogłoszenia
Towarzyskie Pokoje i mieszkania Praca Ogłoszenia drobne Edukacja Pozostałe Dodaj
Queeroteka
Książki Filmy i seriale Quizy Patronat Queer.pl
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Kontakt Reklama Regulamin
Queer.pl Portal osób LGBT+
Menu
Logowanie Rejestracja
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Poniedziałek, 20.01.2003 00:00

Czytelnia IS: Długi deszczowy tydzień

Podziel się Tweetnij Skomentuj (4)
Podziel się Tweetnij Skomentuj (4)

Wychodząc nie zapomnij zabrać parasola...

PONIEDZIAŁEK

Tego popołudnia Mateusz dostrzegł różnicę. Nieznaczną, a przecież znaczącą. Chmury zbierały się nad miastem od rana, powiewy wiatru stały się przenikliwsze, a słońce nagle przygasło. Poprzedniego wieczora zaskakująco szybko zniknęło za horyzontem, by rano pojawić się całkiem odmienione, wyciszone. Mateusz z lubością wygrzewał się w złagodniałych promieniach. "Nienazwana jesień", pomyślał.
Pierwsze krople spadały rzadko, niezdecydowanie, jakby chciały dać skórze czas na wyrównanie różnicy temperatur. Spływały po policzkach i zawisały na brodzie, by wreszcie - przyjemnie łaskocząc - zsunąć się przyspieszonym ślizgiem po szyi, aż za koszulę. Następne nie były równie taktowne: padały coraz gęściej, gwałtownie schładzając powietrze. Mateusz wrócił do zdejmowania prania z linek.
Zerknął w dół, na plac między blokami. Przed pawilonem handlowym nikt nie spostrzegł jeszcze deszczu. Kobiety z kwiatami i szczypiorkiem jak zawsze pokrzykiwały na siebie wśród jazgotu psów, uwiązanych bezmyślnie przed supersamem. Sto metrów dalej, na skraju chodnika, kilku łysych szpanowało kabrioletem, co chwilę zagłuszając wszystko rykiem silnika.

Długo nie mógł przywyknąć do gwaru wielkiej płyty. Wprowadzili się tu z Mikołajem przed ośmioma miesiącami, a on wciąż zrywał się nad ranem, budzony hurgotem śmieciarki, ujadaniem jamników, niecierpliwym trzaskaniem drzwiczek samochodów.
Zanim się poznali, wynajmował pokój w willi na peryferiach. Mimo że nie przepadał za właścicielami, lubił ten dom. Przypominał mu letnie pobyty na wsi, u babki. Ona jedyna dawała mu w dzieciństwie poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli tylko przez dwa miesiące w roku. Była za stara, by zająć się nim na stałe.
Mikołaj mieszkał w ustronnej kawalerce niedaleko plaży. Godzinami spacerowali, siadali na palach przy placu zabaw i po prostu rozmawiali. Urządzali całodniowe wędrówki po wzgórzach wokół miast. Nocami długo wsłuchiwał się w kojący szum sosnowego zagajnika za oknem. Usypiał go dopiero półświadomy pocałunek Mikołaja, bicie jego serca i spokojniejący oddech. Po raz pierwszy czuł się naprawdę bezpiecznie.
Któregoś letniego dnia, na oliwskim Pachołku, wysoko nad wierzchołkami drzew i dachami kościołów, Mikołaj po raz pierwszy wypowiedział magiczne "kocham cię". Zaklęcie podziałało: Mateusz był gotów zrobić dla Mikołaja wszystko.
Decyzja o wspólnym zamieszkaniu i zamianie lokali zapadła dwa miesiące później.

Za drzwiami rozdzwonił się telefon. Mateusz drgnął i jednym ruchem zgarnął resztę pościeli. Rzucił bieliznę na sofę i podniósł słuchawkę.
-Tak słucham? - powiedział.
-Cześć stary! - usłyszał donośny głos. - Nareszcie! Dlaczego nie odbierasz komórki? Znów zmieniłeś numer?
-Pomyłka - stwierdził Mateusz.
-Bez zgrywy, kumpla nie poznajesz! - mężczyzna zaśmiał się tubalnie. - Ziemek.
-To na pewno pomyłka - odparł chłodno Mateusz. - Wybrał pan zły numer.
-Pięć-dwa-sześć-osiem-sześć-dziewięć-pięć, przecież pamiętam.
-Zgadza się, ale powtarzam... A do kogo pan dzwoni?
-Tomalo? No, ten... - rozmówca wyraźnie się zawahał - Tomecki. Łukasz Tomecki.
-Już tu nie mieszka - wyjaśnił Mateusz z niejaką satysfakcją. - Co najmniej od roku.
-Nie mieszka...?
-Wyprowadził się do Warszawy... poznał kogoś. Wynajął nam mieszkanie... - za późno ugryzł się w język.
-Złapał następnego naiwniaka? - Ziemek zachichotał złośliwie.
-Nie wiem, na ile... czy powinienem...
-Nieistotne - tamten stracił nagle zainteresowanie. - Masz jakieś namiary? Aktualne, bo telefony zmienia jak facetów.
-Ostatnio się nie odzywa - odparł Mateusz wymijająco w narastającym poczuciu, że powiedział za dużo. Rozmówca coraz mniej mu się podobał. Co to w ogóle za człowiek?
-Przecież nie chcę się z nim żenić - Ziemek najwyraźniej także tracił cierpliwość - chodzi o numer telefonu.
-Nie wiem, czy mogę... Nawet się pan nie przedstawił.
-Nie wygłupiaj się, koleś. Znam Tola od przedszkola.
-Przekażę, że pan dzwonił - zaproponował Mateusz oschle, z naciskiem na "pan". - Więcej nie mogę zaproponować.
-Dobra, szkoda czasu. Ziemek Mikucki, telefon... - zastanowił się ułamek sekundy, zanim podał numer niemieckiej komórki. - Byle szybko.
-Zapisałem, muszę już kończyć.
-Mus to mus. Cześć, nerwus. Sory za kłopot!
-Nie ma za co - rzucił Mateusz, ale tamten już się rozłączył.
"Co za gość", pomyślał z rozdrażnieniem. "Niezłe sobie Jacek dobiera towarzystwo!"

Spojrzał na zegarek. Prawie czwarta, Mikołaj wróci lada moment. Obiad stał w mikrofalówce, gotowy od rana. Przywykł już, że Mikołaj oczekuje jedzenia natychmiast po przyjściu z pracy. Dokładnie osiem minut: tyle zabierała mu toaleta, ułożenie rzeczy na biurku, zmiana ubrania i podlanie ulubionego kaktusa.
Potem siadał na ulubionym krześle, plecami do okna - nie znosił, kiedy światło raziło go w oczy. Unikał stresu przy jedzeniu, to źle wpływa na trawienie. Na początek przepłukiwał usta wodą: nie należało jeść o suchym żołądku. Żuł starannie, niemal z namaszczeniem. Co dziesiąty kęs robił przerwę, popijał i przecierał usta serwetką. Nie zdawał sobie sprawy z tego nawyku, dopiero Mateusz zwrócił mu na to uwagę.
Uporządkowanie Mikołaja urzekło go od początku. On sam czuł się całkowicie zagubiony, nie znajdował w nikim oparcia. Rodzina rozpadła się, gdy był dzieckiem, przez całe lata przechodził ruchem wahadłowym z rąk do rąk: miesiąc u matki, miesiąc u ojca, dopóki nie dorósł i poczuł się dosyć silny, by uciec od obojga. Przeniósł nad ukochane morze, rozpoczął studia, byleby tylko nie musieć ciągle wybierać.
Zetknięcie z Mikołajem stanowiło punkt zwrotny, życiowe objawienie. Dotychczasowe kontakty Mateusza z mężczyznami opierały się wyłącznie na seksie, w którym nie znajdował zresztą większego upodobania. Mikołaj był pierwszym, który zainteresował się nim od innej strony. Zmysłowość przyszła później i Mateusz uznał to za dobry znak.

* * * * *

-Wychodzisz? - Mateusz podniósł wzrok znad książki. Leżał na łóżku, obłożony papierami.
-Tylko na chwilkę - Mikołaj wychylił głowę z przedpokoju. Balansował na jednej nodze, próbując zawiązać but.
-Ale dokąd? Zaraz dziesiąta.
-Skoczę do sklepu, naszła mnie ochota na grzane wino.
-O tej porze? Wszystko zamknięte.
-Przejdę się do Soplicy - Mikołaj machnął ręką w stronę okna.
-W lodówce jest piwo. Barek jest pełny alkoholi.
-Kiedy akurat zachciało mi się grzańca. Ty się nie napijesz?
-Owszem, ale po co... cały czas pada - Mateusz usiadł niepewnie na brzegu materaca. - Może jutro? Kupię coś rano.
-Jutro będzie futro. Chce mi się dzisiaj - Mikołaj pochylił się i pocałował go prosto w usta. Nieprzemakalny materiał kurtki zaszeleścił, gdy przycisnął go do siebie. - Wypijemy, posiedzimy przy świecach, pogadamy... Dawno nie mieliśmy wieczoru dla siebie.
Mateusz wciąż kręcił głową.
-Zrobimy drinki - powiedział.
-Nie w tym rzecz. Chcę się przejść, trochę odetchnąć. Ta robota niedługo całkiem mnie wykończy.
-Dużo ci zostało?
-Ostatni rozdział. Niedługo nareszcie oddam to gówno. O ile się pospieszysz - spojrzał wymownie na łóżko i uśmiechnął się przymilnie. -Za pół godziny będę z powrotem. Góra czterdzieści minut.
-Pół godziny! - Mateusz spojrzał prosząco. - Obiecaj.
-Obiecuję - Mikołaj uniósł dwa palce. Postawił kołnierz i chwycił za klamkę.
-Parasol! - Mateusz w ostatniej chwili wręczył mu automat.
Z uchem przyłożonym do drzwi wsłuchiwał się w gasnące echo szybkich kroków. Wrócił do sypialni. Zwarta ściana deszczu tuż obok, po drugiej stronie szyby, prawie go przeraziła.

Nie powinien był wypuszczać Mikołaja w taką pogodę. Pewnie znów przemarznie i złapie jakąś złośliwą infekcję. Nieraz obserwował, jak maszeruje w strugach deszczu z zamkniętym parasolem. Jak każdy mężczyzna, Mikołaj żył w przekonaniu, że jest niezniszczalny, ale tylko do pierwszego kichnięcia. Zakatarzony, niemal umierający, nie był w stanie choćby zaparzyć sobie herbaty.
Mateusz złościł się, choć w skrytości ducha cieszyły go te niedyspozycje, kiedy przez całe dnie miał go tylko dla siebie. Najczęściej sam brał kilka dni wolnego, i wytrwale gotował chude rosołki, pożywne potrawki, aplikował leki i ziółka, i pilnował dyscypliny leżenia. Przejmował też większość firmowych obowiązków.

* * * * *

-Wróciłem - zawołał Mikołaj od wejścia.
-Czemu tak długo? - Mateusz ocknął się w fotelu przed telewizorem.
-Kolejka. Pijaczkowie z całej okolicy... - roześmiał się dźwięcznie i wręczył mu litrową butelkę. - Słodko wyglądasz, spałeś?
-Trochę. Przestało padać?
-Co? - nie zrozumiał Mikołaj. - Czemu...?
-Masz suchą kurtkę.
-No owszem, odpuściło na chwilę. Poza tym złapałem autobus.
Mateusz oprzytomniał nieco i przyjrzał mu się uważniej.
-A gdzie parasol? - zapytał ziewając.
-Parasol? - Mikołaj zatrzymał się wpół kroku do łazienki.- Cholera, pewnie został w sklepie - Mikołaj puknął się w czoło.
-Nie zauważyłeś, że nie masz parasola? W taki deszcz?
-Padało mniej - zawahał się - ale chyba wychodziłem z parasolem. Może został w autobusie?
-Pewnie w ogóle go nie używałeś - stwierdził Mateusz z rezygnacją w głosie. - Ciekawe, kiedy choć raz mnie posłuchasz...
-Nie zaczynaj - Mikołaj chwycił go za rękę. - Jutro spróbuję go znaleźć. Nie gniewaj się. Tak bardzo chciałem cię już przytulić.
Przywarł do niego całym ciałem, zziębniętymi ustami musnął rozgrzany kark.
-Idź się przebrać - Mateusz pogłaskał go czule w policzek. - Ja w tym czasie przygotuję wino.

WTOREK

Mapę pogody pokrywały gęsto komputerowe krople. Całkiem jak woda na trawniku przed domem. Deszcz padał nieprzerwanie, zapełniał studzienki, podmywał chodniki, przy krawężnikach płynął coraz szerszymi strugami. "Świat musi się obmyć z brudów", śmiał się Mikołaj. Lubił burze, niestraszne mu były najgorsze ulewy. Twierdził, że pociągają go kataklizmy.
Mateusz nie podzielał jego zachwytu. Wystarczyło, że całe przedpołudnie taplał się w osiedlowych kałużach. Odwiedził jednego z kontrahentów, renegocjował warunki w drukarni, na poczcie opłacił składki, wstąpił na rynek po świeże warzywa. Po powrocie do domu z ulgą zasiadł przy kubku świeżo zaparzonej kawy nad edycją ostatnich rozdziałów pracy doktorskiej Mikołaja.
Gdy zrezygnował z pracy, niemal całkowicie poświęcił się jego sprawom. Załatwiał większość papierkowej roboty, przejął lwią część służbowych tłumaczeń. Mikołaj starał się pogodzić ambicje menedżerskie z naukowymi. Coraz częściej podróżował na konferencje, szkolenia i spotkania. Mateusz pocieszał się, że przynajmniej część przykrych obowiązków wkrótce się skończy, i znów zaczną spędzać ze sobą więcej czasu.
Przypomniał sobie, że Mateusz znów wspominał wyjeździe do Warszawy w przyszłym tygodniu. Na tę myśl tym skwapliwiej pochylił się nad wydrukami. W tym samym momencie usłyszał zgrzyt zamka.
-Hej, Słonko - głos Mikołaja brzmiał triumfująco. - Zgadnij, co mam!
-Co? - Mateusz nadstawił policzek do pocałunku.
-Parasol! - Mikołaj pomachał radośnie znaleziskiem. - Nawet mi się przydał.
-Nie trzęś tak, wstaw go do wanny. Jedzenie będzie za chwilę.
Podniósł się z krzesła. Zdjął talerze z ociekacza i wytarł do sucha ściereczką. Z łazienki dobiegały odgłosy mycia.
-Gdzie był? - zawołał.
-W sklepie. Podjechałem w drodze do pracy.
-A ja dzwoniłem do MPK - oznajmił Mateusz.
-Po co? - Mikołaj stanął w progu, wycierając włosy ręcznikiem.
-W sprawie parasola - wyjaśnił Mateusz. - Pomyślałem, że odbiorę jeśli go mają. Wczoraj niepotrzebnie na ciebie naskoczyłem.
-Głuptasie! To ja przepraszam. Straszna ze mnie gapa.
-Tylko że zdążyłem też pójść do sklepu.
-Do sklepu? - Mikołaj posmakował szczyptę tartego sera.
-Stwierdziłem, że skoro nie znaleźli nic w żadnym autobusie, to pewnie jednak zostawiłeś parasol w sklepie.
-Biedactwo, niepotrzebnie się nabiegałeś! Mówiłem, że to załatwię.
-I tak szedłem do centrum ksero - odparł spokojnie Mateusz. W niezwykłym skupieniu sprzątał papiery ze stołu. - Więc go znaleźli?
-No tak, zaraz po moim wyjściu...
-Dziwne, sklep był wczoraj zamknięty.
-Zamknięty? - Mikołaj przestał żuć.
-Przez cały dzień. Poprzedniej nocy mieli włamanie, inwentaryzacja trwała do rana.
-Włamanie? - Mikołaj zastygł zaskoczony. - Słonko, o jakim sklepie mówisz?
-O Soplicy, gdzie wczoraj kupowałeś wino - Mateusz spojrzał mu prosto w oczy.
-Nie poszedłem do Soplicy - zaczął Mikołaj powoli.
-Nie? - Mateusz uniósł pytająco prawą brew. - A dokąd?
-Do Manhattanu, na dole...
-To w przeciwnym kierunku.
-Byłeś zły, że wychodzę... pomyślałem, że to bliżej.
-Nie lubię kłamstw.
-Wiem, przepraszam, po prostu... nie chciałem cię niepokoić... Przecież... było wczoraj miło, prawda? - uśmiechnął się i przyciągnął go do siebie i zamruczał. - No, powiedz.
-Bardzo - Mateusz wciąż przyglądał mu się badawczo.
-Kupiłem dobre wino. Dla ciebie, dla nas - Mikołaj dobrotliwie pogładził Mateusza po głowie. - Co za różnica, gdzie?
-Nienawidzę krętactwa - powtórzył z zacięciem Mateusz. - Mogło ci się coś stać. Wiesz, jaka to okolica.
-Dlatego wolałem się nie przyznawać. Przepraszam, naprawdę. Gniewasz się?
Mateusz pokręcił głową, odsunął się i zgasił palniki.
-Nie wiedziałbym nawet, gdzie cię szukać - powiedział z wyrzutem i zniknął w przedpokoju.
-Pospiesz się - zawołał za nim Mikołaj - strasznie zgłodniałem.
Podniósł z krzesła gazetę i usiadł. Przejrzał stronę tytułową, potem zerknął na ostatnią. Nie zauważył Mateusza, gdy bezszelestnie podszedł do niego z parasolem w ręku.
-Co to jest? - zapytał głucho.
-Które? - Mikołaj nie podniósł nawet wzroku.
-To! - Mateusz machnął mu szpikulcem przed nosem.
-No... parasol przecież. Coś nie tak?
-Przyjrzyj się dobrze - podsunął Mikołajowi parasol pod oczy.
-No... rączka - powiedział rozbawiony - Kochanie, o co ci chodzi?
-To parasol, który zgubiłeś ponad rok temu.
Zapadła cisza. Mikołaj, wciąż jeszcze uśmiechnięty, zastanawiał się nad znaczeniem tego, co właśnie usłyszał.
-Zgubiłem...? - powtórzył.
-Podobno. Był niemal identyczny - powiedział Mateusz - Niemal.
Mikołaj nadal nie rozumiał, do czego zmierza.
-Nie mieli takich samych - ciągnął Mateusz - ze srebrnymi okuciami, więc kupiłem...
-Ze złotymi, pamiętam. Matowymi...
-Właśnie.
Wpatrywał się w Mikołaja tak intensywnie, że w końcu starł wyraz zadowolenia z jego twarzy.
-Pomyliłem się... - zająknął się - zapomniałem. Myślałem, że to był taki.
-Kiedy myślałeś?
-Kupiłem go dzisiaj...
-Nie kupiłeś - Mateusz zyskał pewność. - To jest ten sam parasol.
Pociemniało mu przed oczami. Osunął się na krzesło z trudem łapiąc powietrze. Szybko się jednak opanował.
-Niemożliwe! - stwierdził Mikołaj bez przekonania. - Zaraz pojadę z reklamacją!
-To akurat jest dobry pomysł - uśmiechnął się Mateusz z przekąsem. - Dokąd mam zadzwonić? Może do ciebie do pracy?
Jeszcze przez chwilę uspokajał oddech, potem szeptem zapytał:
-Masz mi może coś ważnego do powiedzenia?
Za oknem błysnęło, rozległy się pierwsze grzmoty. Mateusz odwrócił głowę do okna.

ŚRODA

Noc nie przyniosła znaczących zmian. Wprawdzie nad ranem przez grubą warstwę chmur przebiło na moment blade słońce, ale zaraz zniknęło, ustępując na powrót miejsca gęstym strugom wody. Szarość za szybą działała tak deprymująco, że Mateusz nie podniósł nawet żaluzji.
Gdy się obudził, Mikołaja już nie było. W pierwszym momencie pomyślał z ulgą, że koszmar poprzedniego wieczora był tylko złym snem. Mateusza w ogóle nie było, wyjechał w jedną ze swoich niezliczonych delegacji, wróci po południu, uśmiechnie się i pocałuje, zapyta jak minął dzień, pochwali obiad i wszystko będzie jak dawniej. Zamknie się na długie godziny w pracowni, by przy ukochanym Mozarcie skończyć ostatni rozdział pracy.
Brudne naczynia w zlewie rozwiały złudzenia. Przy kolejnych filiżankach kawy, potem herbaty, Mikołaj mówił wczoraj te wszystkie okropne rzeczy.
Owszem, jest z kimś związany, ale nie to jest najważniejsze. Czuje się ograniczony pracą, ciągłą bieganiną, wyjazdami, rywalizacją. Wziął na siebie za dużo, przecenił swoją wytrzymałość. Teraz walczy ze zmęczeniem. Nic nie sprawia mu radości, ani satysfakcji. jedzenie, spotkania ze znajomymi, seks - wszystko go nuży. Nawet sen nie daje wytchnienia.
Źle ostatnio sypia. Drażnią go cienie na ścianach, kapanie wody, chrapanie Mateusza. Jest tak gorący, że nie sposób wytrzymać pod kołdrą. Nie chciał go ranić, ale od jakiegoś czasu zastanawia się, czy nie powinni sypiać oddzielnie. Te niekończące się rozmowy i konsultacje, jakby nie mógł sam podjąć decyzji o obiedzie, o spotkaniu, o zakupach. Dość ma problemów, żeby jeszcze zastanawiać się nad kolorem krawata i wysłuchiwać urojonych pretensji.
Nie, nie przestał Mateusza kochać. Jest nim po prostu zmęczony.

Tknięty nagłą myślą Mateusz pobiegł do gabinetu. Włączył komputer. Gorączkowo otwierał jedną szufladę po drugiej, przerzucał kolejne teczki i koszulki pełne dokumentów. Zajrzał do starych terminarzy, między książki, do kartonów archiwum. Przeszukał dokładnie foldery poczty i twardy dysk. Sprawdził kieszenie zimowych ubrań, odwieszonych starannie w szczelnych workach. Zajrzał pod szafy, odsunął łóżko i sofę, na oślep macał za kaloryferem.
Nie natknął się na żaden ślad, zapisek, list, notatkę; nic, co rzucałby na Mikołaja choćby cień podejrzenia. Kiedy słuchał go wieczorem, zacietrzewionego i rozgoryczonego, gotów mu był uwierzyć. Teraz coraz bardziej wątpił. Mikołaj przeżywał kryzys, miał prawo czuć się zniechęcony, przepracowany. Ale na pewno nie miał kochanka. Do romansu przyznałby się natychmiast - nie znosił ukrywania się, lawirowania. Wszelkie podchody uznawał za równie męczące, jak jałowe.
Nie sposób maskować się do tego stopnia, utrzymać nową namiętność w całkowitej tajemnicy. Cała ta historia jest wymysłem, pretekstem do wyrzucenia nagromadzonego żalu. Czemu nie mówił nic wcześniej, nie zwierzył się, nie poradził? Nic nie stało na przeszkodzie, by Mateusz przejął któreś z mniej ważnych obowiązków. Mógł dokończyć za niego pracę, nikt by się nie zorientował. Już wcześniej pisał artykuły do prasy branżowej - wszystkie ukazywały się pod nazwiskiem Mikołaja.
O co więc tak naprawdę mogło chodzić?

Na dworze pociemniało, deszcz padał regularnymi strugami. Mateuszowi wydało się, że dostrzegł za szybą jakiś ruch. Coś uderzyło w parapet. Podszedł do drzwi. Szkło było zmarznięte, oparł dłonie na framugach. W pierwszym momencie nie dostrzegł nic, dopiero kiedy się wychylił, zobaczył na betonie jasną, postrzępioną plamę. Przekręcił klamkę i wyszedł na balkon.
Podmuch zimnego powietrza na chwilę odebrał mu dech. Podniósł ciężki od wilgoci materiał i uniósł głowę, próbując dociec, skąd spadł. Woda lała mu się do oczu, przetarł palcami powieki i osłonił czoło dłonią. Na balkonach po lewej, skąd przed chwilą tak gwałtownie wiało, nie dostrzegł nikogo. Odwrócił się w drugą stronę.
Kilka pięter wyżej majaczyła drobna sylwetka w jasnym ubraniu. Kobieta wychylała się przez barierkę, najwyraźniej wypatrując zguby. "Druga klatka", pomyślał. Pomachał zawiniątkiem, a gdy nie zareagowała, krzyknął "tutaj!". Pokiwał energicznie głową i jeszcze raz uniósł płachtę do góry. W naprędce ubrał buty, odszukał klucze od mieszkania i zbiegł schodami na dół.
Dystans do sąsiedniego wejścia pokonał długimi susami, zakrywając głowę znaleziskiem. Przez chwilę bezmyślnie studiował listę nazwisk przy domofonie, gdy nareszcie pośród trzasków i zgrzytów, głośniczek przemówił skrzekliwym głosem.
-Ma pan serwetę? - zapytała kobieta.
-Tak, to ja.
-Ósme piętro - oznajmiła. Mechanizm zamka zabrzęczał.
W windzie rozłożył obrus i przyjrzał mu się uważniej. Nigdy nie widział równie misternej roboty: białe niteczki splatały się w ażurowy wzór, przywodzący na myśl płatki śniegu. Zazębiały się, przenikały nawzajem, tworząc w zależności od kąta widzenia różne kombinacje, miejscami niemal kwiatowe ornamenty.
Kobieta czekała na niego w progu mieszkania po lewej stronie. Niższa od niego o głowę, mocno już przygarbiona i całkiem siwa, opierała się pewnie na drewnianej lasce. Przywołała go dłonią do siebie, wskazała drogę, a gdy wszedł, starannie zamknęła drzwi.
Mateusz odezwał się pierwszy.
-Proszę - powiedział i wyciągnął ku niej zgubę. - Trochę zamokła.
-Najważniejsze, że nie odfrunęła gdzieś dalej - przemówiła kobieta, niemal nie poruszając cienkimi wargami.
-Jest ciężka - uśmiechnął się. - Inny materiał złapałby wiatr.
-Dziękuję, młody człowieku - niemal po żołniersku uścisnęła mu dłoń. Otworzyła kolejne drzwi i popchnęła go przodem. - To dla mnie bardzo cenna rzecz.
Pokój wypełniały stylowe meble: komoda, fotele, sofa i kredens, gęsto zastawiony zdekompletowanym szkłem i porcelaną. Ściany zdobiły toporne półki, a na nich kolejne zbiory - dzbanki, młynki do kawy, dzwonki i pojedyncze sztuki broni. Mateusz skupił wzrok na gospodyni, nie chcąc dać poznać, jak intensywnie się rozgląda.
-Wyobrażam sobie. Jest piękna - przytaknął.
-To ręczna robota - powiedziała niemal oskarżycielskim tonem - przedwojenna.
-Cieszę się, że ją pani odzyskała - powiedział niepewny, jak się zachować.
-Przepraszam za fatygę. Chciałam wytrząsnąć ją trochę, wysunęła mi się z rąk - kobieta zdobyła się na uśmiech. - Napijesz się herbaty?
-Nie, dziękuję - Mateusz pokręcił głową. - Spieszę się, zaraz... muszę być w domu.
-Skoro tak - kobietę mało obeszła jego odmowa. - Mam jeszcze jedną prośbę, jeśli łaska.
-W czym mogę pomóc?
-Czy zechciałby pan mi pomóc przestawić fikusa? -- wskazała imponujący kwiat na parapecie. - Jest ciężki, a zięć przychodzi dopiero po niedzieli...
-Oczywiście - podszedł do okna.
Deszcz padał coraz gęściej, woda tworzyła na tafli szkła dodatkową warstwę. Mimowolnie spojrzał w dół. Z ich okien nie było widać podjazdu pod dom ani wiaty autobusowej. Za murem okalającym sklep parkował właśnie samochód. Przez moment wydało mu się, że w sylwetce mężczyzny, wysiadającego i biegnącego do wejścia, rozpoznał Mikołaja. Przysunął twarz do szyby, ale samochód ruszył, i nie zdołał dostrzec żadnego szczegółu.
-Widać całą ulicę i przystanek - powiedziała kobieta, jakby czytając w jego myślach.
- Strasznie hałasują, zwłaszcza rano. Ale czasem lubię poobserwować, co się dzieje.
Mateusz chwycił wpół ogromną donicę.
-Dokąd? - zapytał zza gałęzi.
-Do kuchni - powiedziała - tam będzie miał cieplej.
Starannie ustawił drzewko na wskazanym taborecie. Miejsce nie wydawało mu się odpowiednie, narażało roślinę na strącenie, nie miał jednak zamiaru dyskutować. Skierował się do wyjścia.
-Pójdę już - powiedział.
-Jeszcze raz dziękuję - skinęła głową. Obserwowała go aż do przyjazdu windy.
-Ty też patrzysz - powiedziała nagle. - Codziennie widzę cię na balkonie, jak czekasz.

W mieszkaniu nie zastał nikogo, za to telefon dzwonił jak oszalały. Mateusz syknął ze złości, mało nie złamał klucza w zamku. Rzucił się do gabinetu.
-Cześć! Poznajesz? - usłyszał radosny głos.
-Ziemek. - odparł zimno. - Wszystko przekazałem, podałem numer...
-Wiem, gadałem wczoraj z Jackiem. Dzięki.
-Nie ma sprawy - wzruszył ramionami.
-Dzwonię, żeby przeprosić - oznajmił tamten.
-Za co?
-Powiedzmy, że... nie byłem zbyt uprzejmy.
-Nic się nie stało - jakby go to mogło cokolwiek obejść!
-Tomala mówi, że jesteś drażliwy na tym punkcie, dworskie maniery, a ja na to: ok., zadzwonię, sprawdzę.
-Naprawdę, nie ma sprawy - ciekawe, czego jeszcze się dowiedział?
-Serio?
-Serio. Wszystko ok.
-Nie brzmisz ok., ale to nie moja broszka. Nie zawracam dłużej gitary.
-Zadzwoń jeszcze kiedyś - zdziwił się na dźwięk własnych słów.
-Nie ma sprawy - rozłączył się.
Mateusz wzruszył ramionami. Facet irytował go coraz bardziej. Co mu odbiło, żeby zachęcać go do kontaktu? Chyba powoli wariuje. To przecież Mikołaj miał zadzwonić, wrócić, bezwzględnie muszą porozmawiać i wszystko wyjaśnić. Gdzie on się właściwie podziewa?
Ze wstrętem odsunął od siebie natrętną myśl, która nasuwała się jako pierwsza. Na pewno utknął gdzieś w korkach. Wszystko przez ten deszcz, czy już nigdy nie przestanie padać?

CZWARTEK

Mikołaj wyprowadził się po południu. Nie wytrzymał gęstniejącej atmosfery, lawiny niekończących się pytań, nienawistnych esemesów, telefonów do pracy, pełnych skarg i wyrzutów. Nic nie mierziło go w takim stopniu, jak mazgajstwo i słabość charakteru.
Kiedy wrócił do domu, Mateusz udawał, że nic się nie stało, jakby nic z tego, co usłyszał czy robił przez ostatnie dni, nie dotyczyło żadnego z nich. Z uśmiechem podał obiad, potem podsunął kawę z ciastkiem, gazetę. Nic nie mówił, nie chcąc wywołać kolejnej burzy. Nie wytrzymał jednak długo. Nerwy puściły i zirytowany jego obojętnością, od nowa zaczął rzucać przekleństwami, szarpać i bić na oślep.
Nastąpiły nerwowe godziny posępnej i płaczu, przerywane sprzeczkami o głuchy telefon, program w telewizji, niezmytą filiżankę. Wciąż padały te same pytania: Od kiedy, jak, gdzie, jak często. Co tamten mu daje. Czy go kocha. Jak się kontaktują. Czy był ktoś jeszcze. Jak się poznali, gdzie się spotykają, jak się kochają. Na zmianę obwiniał to siebie, to jego, popadając w przygnębienie, wściekłość i euforię, raz obiecywał, potem znów żądał poprawy. I wciąż nie wierzył.
Mikołaj konsekwentnie odmawiał jakichkolwiek wyjaśnień. Wobec jego posągowości Mateusza ogarnął prawdziwy szał. Kiedy wyczerpany niepewnością i napadami histeriami, postawił ultimatum, Mikołaj nie zastanawiał się ani chwili. W pół godziny spakował najpotrzebniejsze rzeczy i zamówił taksówkę.
Nie ma ochoty dyskutować takim tonem, pod wpływem skrajnych emocji. Muszą odpocząć od siebie, zastanowić się nad przyszłością. Zadzwoni po weekendzie, może wtedy uda się spokojnie porozmawiać. Najważniejsze, żeby Mateusz spróbował się wyciszyć i odprężyć. Lepiej, żeby nie wiedział, dokąd jedzie. Nie ma sensu dodatkowo komplikować sytuacji i wciągać w ich sprawy niewinnego człowieka.

Mateusz długo jeszcze czekał, zwinięty w kłębek pod drzwiami. Całkowicie opadł z sił. Energii dodawała mu dotąd głupia nadzieja, że wszystko okaże się tragicznym nieporozumieniem, z którego za rok będą się obaj śmiać. Żądał prawdy, a w rzeczywistości oczekiwał odpowiedzi, która obróciłaby historię z parasolem w głupi żart, sprowadziła do poziomu pomyłki rodem z burleski. Ogrom zniszczeń nie docierał do niego w pełni, wierzył, że mogą zawrócić.
Gdyby tylko wiedział, dokąd jechać, gdzie szukać. Przetrząsnął całe mieszkanie, nigdzie nie znalazł nawet strzępu informacji. Poza odzieżą i kilkoma bibelotami, Mikołaj nie pozostawił po sobie żadnego śladu. Zniknął nagle, jakby nigdy nie istniał.
Czy to możliwe, że przewidział taki rozwój wydarzeń? Może zaplanował całe to przedstawienie? Odszedł bez słowa, niczemu nie zaprzeczył, nie rozwiał domysłów. Sprawiał wrażenie zadowolonego z rozwoju wydarzeń - nagłego i burzliwego, ale nieodwołalnego w swej ostrości. Ujawnienie drugiego dna przyjął niemal z ulgą. Najwyraźniej nadeszła pora rozstrzygnięć.
Dzisiaj za wszystkie odpowiedzi wystarczyć musiał deszcz.

Telefon zadzwonił, gdy porządnie wstawiony siedział na dywanie w salonie, pośród bezładnie rozrzuconych fotografii i na wpół opróżnionych szklanek. Sukcesywnie opróżniał zawartość barku, z zapałem i dumą kolekcjonowanego przez Mikołaja. Nie był smakoszem, płyny mieszał podług kolorów. Kolejne trunki losował z zamkniętymi oczami.
W pierwszym odruchu wystawił w stronę aparatu język. Zaraz potem otrzeźwiał: myśl że może Mikołaj ma mu coś do powiedzenia przywołała go do porządku. Podczołgał się do stolika i podniósł słuchawkę.
-Halo? - wychrypiał przez zaschnięte gardło.
-No cześć - powiedział Ziemek.
-A, to ty - Mateusz nie krył rozczarowania. - Co tym razem chciałeś powiedzieć?
-Nic w zasadzie. Zastanawiam się, co robisz.
-Gówno.
-To wiele wyjaśnia...
Mateusz wzruszył ramionami i cisnął słuchawką. Niemal natychmiast telefon zadzwonił ponownie.
-Tak się nie robi - napomniał Ziemek.
-I kto to mówi - prychnął Mateusz.
-Zły dzień, hę?
-Chujowy... - z tym Mateusz mógł się zgodzić. - Tak od przedwczoraj, mniej więcej.
-Długi deszczowy tydzień.
-Co? - Mateusz daremnie próbował zebrać myśli.
-W dzieciństwie czytałem taką książkę, nie pamiętam nawet, o czym. Tak nazywam różne pokręcone okresy, tygodnie kiedy wszystko się sypie, syf z malarią. Nie wiem, co się stanie, ale coś się kroi.
-Już się stało - Mateuszowi na wpół załkał, na wpół zachichotał. A może to była tylko czkawka?
-Chcesz pogadać?
-Chcesz pogadać, chcesz pogadać! - wybuchnął złością. - Co ty, z Ameryki? Myślicie, że wystarczy rzucić łonatok i wszystko będzie ok. Rzucił cię facet? Trudno. Od roku miał kochanka? Zdarza się. Nie chce cię widzieć? Obróć to na swoją korzyść!
Zapowietrzył się na moment, ale zaraz dokończył:
-Otóż życie nie jest takie proste!
-Nie twierdziłem, że jest.
-O właśnie! Wciąż te same sztuczki! Dno i beznadzieja! Kiła!!!
-Że próbuję pomóc?
-Co ty możesz pomóc? Pewnie jesteś przystojny, muskularny i bogaty, masz dobrze płatną pracę, diamentowy uśmiech, siedzisz sobie w tych Niemczech, zero-zero-cztery-dziewięć...
-W Kanadzie... - wtrącił Ziemek.
-Wszystko jedno, nie znam kierunku. Mówiłem, że z Ameryki. Masz ślicznego faceta, chodzicie co tydzień na siłownię, na basen, do dyskoteki, pieprzycie się w plenerze...
-Owszem, mam faceta. Owszem chodzimy do restauracji. Owszem, mam pieniądze. Ale nie jestem piękny. Na siłownię chodzę sam.
Mateusz z rozpędu kiwał energicznie głową, jakby tamten mógł go zobaczyć.
-I najczęściej sam sypiam - ciągnął Ziemek. - W tej bajce to ja jestem ten trzeci.
Urwał, w słuchawce rozbrzmiewał tylko szum deszczu.
-Facet ma żonę, dwójkę dzieci - odezwał się po chwili. - Jak myślisz, ile czasu zostaje dla mnie? Ty przynajmniej miałeś faceta naprawdę.
-Nie rozumiem.
-Jesteś ten pierwszy.
-Byłeś, byłeś! - Mateusz uniósł napominająco palec.
-Nie chce mi się z tobą gadać - żachnął się Ziemek. - Nie zrozumiesz, o co mi chodzi.
-To ty nie rozumiesz. Chcesz mi, kurwa, pomóc? Oddaj mi moje złudzenia!
-Proszę bardzo, łudź się, może wróci. Ja codziennie czekam, czy w ogóle przyjdzie - powiedział Ziemek zmęczonym głosem. - Czasem się czuję, jakbym miał pięćdziesiąt lat. A teraz żegnam, dobranoc.
-Idź się utop! - krzyknął Mateusz.
W słuchawce rozległ się sygnał zajętości.
-Ziemowit się, kurde, znalazł - wymamrotał pod nosem. - Też coś!
Z namaszczeniem otworzył kolejną butelkę i zasnął.

PIĄTEK

Mikołaj nadal pozostawał nieosiągalny. Sekretarka w firmie urzędowym głosem poinformowała, że pan kierownik wybrał zaległe trzy dni urlopu i nie należy spodziewać się go w pracy wcześniej, niż w środę. Nie wie, dokąd się udał, a skoro jego komórka nie odpowiada, to ona tym bardziej nie jest w stanie pomóc. Bardzo jej przykro, skoro sprawa jest prywatna, musi poczekać przynajmniej przez weekend.
Próbował dowiedzieć się czegoś od znajomych, ale wszyscy, jak jeden mąż, nabrali nagle wody w usta. Owszem, wyrażali zdziwienie zniknięciem Mikołaja, ale nie potrafili powiedzieć, gdzie mógł się zapodziać. Nuta fałszywego współczucia w ich głosach zdradzała, że wiedzą o wszystkim. Zapewne im również było przykro, nie na tyle jednak, by zainteresować się bliżej kondycją Mateusza. Trudno się dziwić, ostatecznie większość z nich przyjaźniła się z Mikołajem od lat.
Po trzecim telefonie, zakończonym zdawkowym "dam ci znać, jak się czegoś dowiem", przestał dzwonić. Niemal krzyczał z bezsilności.
Pustki w lodówce i nawyk weekendowych zakupów zmusiły go do wyjścia z domu. Zjadł zapasy sera na pizzę, chleb z zamrażalnika, odłożony na czarną godzinę i wszystkie resztki z najniższych półek. Alkohol też się kończył, co przeraziło go najbardziej. Około południa odświeżył się nieco i niepewnym krokiem ruszył do samu. Nie zabrał parasola - na jego widok ogarnęły go mdłości.
Pół godziny krążył po sklepie, zanim zorientował się, że wypełnił koszyk po brzegi. Odwykł od wybierania dla jednej osoby. Kiedy odstawiał na półki kolejne produkty omal się nie rozpłakał z wściekłości. Upewnił się, że nie natknie się na kolejkę przy kasie, nie zniósłby spojrzeń obcych ludzi.
Wciąż lało, jakby niebo składało się wyłącznie z wody. Nie zwracał uwagi na rozlewiska pokrywające cały plac. Pustka na osiedlu sprawiła mu niejaką satysfakcję, trasę do bloku pokonał spokojnym, spacerowym krokiem. Wyładowane po brzegi foliowe reklamówki obijały mu się o nogi. Tuż przed wejściem do budynku jedna z nich pękła i cała zawartość rozsypała się, rozbryzgując wkoło mętną deszczówkę.
W pierwszym odruchu schylił się, by pozbierać uciekające puszki i owoce. Deszcz zalewał mu twarz i nieprzyjemnie siekł po dłoniach, stracił równowagę i potknął się o krawężnik. Nie poczuł bólu. Otępiały przysiadł na podmurówce piaskownicy. Uniósł głowę do nieba, woda strugami spływała mu po policzkach i szyi.
-Wstań, młody człowieku - powiedział ktoś za jego plecami. Kątem oka dostrzegł czerwone kalosze i skrawek kurtki.
-Nie siedź tak - powtórzyła kobieta - wszystko ci zamoknie.
-Co pani do tego! - krzyknął ze złością. - Niech się pani cieszy! Przecież to wszystko przez panią!!!
Pokręciła głową i puknęła go laską.
-Zmarnujesz sobie zdrowie - powiedziała łagodnie i podsunęła torebkę. - Zerknij, w środku jest zapasowy worek.
Rozejrzał się po pobojowisku, nadal niezdolny do ruchu.
-Wstań-żesz! - zarządziła - Jeszcze wilka złapiesz!
Posłuchał. Sprawnie pozbierał większość przedmiotów. Zawahał się przy cukrze, ale stwierdził, że jeszcze da się uratować. Na asfalcie zostały trzy rozbite jajka i rozbryzgana, różowa plama jogurtu, spływającego powoli w stronę studzienki. Plastikowy kubek wyrzucił do pobliskiego kosza.
-Chwyć mnie pod ramię - powiedziała. - Przez ten cholerny deszcz roztrzaskam sobie szczękę. Nie mogę założyć okularów.
W jej głosie nie było złości ani zniecierpliwienia. Mateusz kornie ruszył za starszą panią. Zawiózł ją na górę i wniósł torby do przedpokoju.
Zrobiłby wszystko, byle nie wracać do pustego mieszkania. W milczeniu zsunął buty. Staruszka kiwnęła koślawym palcem i poprowadziła go do kuchni. Posadziła go na stołku, tuż obok fikusa, i zniknęła w pokoju. Wróciła po chwili z parą zwiniętych w kłębek, grubych wełnianych skarpet, które wetknęła mu do ręki. W milczeniu wskazała na jego przemoknięte stopy.
Zdjęła palto i założyła okulary. Postawiła na gazie świeżo napełniony czajnik. Zapaliła ogień pod brzuchatym, stalowym garnkiem. Z szafki pod oknem wyjęła porcelanowy imbryk i nasypała miarkę wielobarwnego suszu. Przygotowała filiżanki, do każdej nalewając odrobinę syropu o bursztynowej barwie.
-Mniszek lekarski - zamruczała pod nosem. - Zaraz stawia na nogi.
Dobyła zza pazuchy srebrną piersiówkę. Zamoczyła papierowy ręcznik i przemyła Mateuszowi policzek. Zapiekło. Zanim się zorientował zalepiła rankę plastrem. Po krótkim zastanowieniu pociągnęła spory łyk. Dopiero wtedy zakręciła buteleczkę.
-No, dosyć czułości - zawyrokowała na koniec. - Teraz nakryjesz do stołu. Tylko najpierw umyj ręce!

-Jedz, póki gorące - postawiła na stole kokilki z gęstą zupą pomidorową, udekorowaną pietruszką i kapką śmietany. W nozdrza Mateusza uderzył aromat świeżo zmielonego pieprzu. Ślina napłynęła mu do ust. Gospodyni z uwagą obserwowała przez grube szkła każdy ruch łyżką.
-Wyglądasz siedem nieszczęść - zaopiniowała.
Podniósł na nią spojrzenie. Dostrzegł błysk rozbawienia w jej wyblakłych, błękitnych oczach. Już miał powiedzieć coś kąśliwego, gdy pomyślał o deszczu, parasolu i swoim nagle opustoszałym życiu. Bez słowa nabrał kolejną porcję zupy. Jej ciepło rozlewało się powoli po całym organizmie.
-Wyśmienita - pochwalił szczerze.
Znowu zapadła cisza. Kobieta jadła w skupionym milczeniu.
-Imponujące zbiory - Mateusz skinął głową w stronę półek. - W ogóle miło tu u pani.
Spojrzała na niego nieufnie.
-Nie mam żadnych cennych przedmiotów - oznajmiła.
"Coś by się znalazło", pomyślał. Wypatrzył kilka sreber i oryginalną ceramikę, meble też uzyskałyby niezłą cenę.
-Liczy się wartość sentymentalna - powiedział. - O znaczeniu przedmiotu rozstrzyga historia.
Skinęła głową, dokładnie takiej odpowiedzi oczekiwała.
-Moja córka ma gabinet weterynaryjny w dole miasta - powiedziała. - Tuż obok pewne starsze małżeństwo prowadzi antykwariat. Mają tysiące przedmiotów: meble, zegary, tabakierki i łyżeczki, pocztówki. Niektóre trzymają nie na sprzedaż lecz wyłącznie dla własnej przyjemności. Godzinami potrafią opowiadać o najmniejszym drobiazgu, nawet o naparstku.
Wybrała ciasteczko z półmiska i umoczyła w herbacie.
-Od lat stosują tylko jedno kryterium zakupu - ciągnęła. - Nie przyjmują rzeczy, o których właściciel nie potrafi nic powiedzieć, choćby najmniejszej anegdoty. Nie mają duszy, powiadają, ani tacy ludzie, ani ich świat. Urwane ucho prostej filiżanki więcej czasem znaczy niż zawiły wzór na japońskiej porcelanie...
Twarz staruszki ożyła nagle i zajaśniała wewnętrznym światłem. Emanowała ciepłem i serdecznością. Z autentyczną czułością brała do ręki coraz to nowe przedmioty. Mateusz poddał się całkowicie czarowi opowieści. Jednej, drugiej, potem trzeciej. Skończył zupę, wypił herbatę, potem kieliszek koniaku. Zanim się zorientował, nakarmiła go kanapkami i napoiła gorącym mlekiem z miodem. Kiedy się ocknął z zasłuchania, na dworze od dawna panowały ciemności.

Do mieszkania wchodził z drżeniem serca. Przywitał go szum deszczu, zwielokrotniony pustką, straszniejszą niż się spodziewał.
Nie zapalił światła. Obszedł powoli wszystkie pomieszczenia, przyglądając się plamom rycin, starannie rozwieszonych na jaskrawych płaszczyznach ścian. Afrykańskie figurki, orientalne świeczniki, egzotyczne muszle - wszystkie zajmowały precyzyjnie wyznaczone miejsce. Mikołaj z zapałem studiował zasady feng-shui i realizował je w duchu najnowocześniejszych trendów. Ustawienie mebli, ozdób i kwiatów dostosował do rozkładu i przebiegu boskiej energii.
Niemal po omacku Mateusz dotarł do gabinetu. Tu jedyną ozdobę stanowił kryształowy przycisk do papieru. Ponoć tylko taki idealnie oddawał charakter tego pomieszczenia - Mikołaj wiele tygodni krążył po galeriach i komisach, zanim go znalazł. Mateusz chwycił kryształową bryłę i spojrzał przez nią na latarnie przed sklepem. Zimne światło załamało się w ostrych krawędziach, tworząc na ułamek sekundy niepowtarzalną kompozycję barw.
Co Mateusz mógł powiedzieć o tych wszystkich przedmiotach? O meblach, ozdobach, armaturach, karniszach, lampach? Kupiony tam i tam, za tyle a tyle. Zwykle przez Mikołaja. Niewielka kolekcja figurek słoni, jedyne co udało się Mateuszowi zachować na nowym mieszkaniu, tłoczyła się żałośnie na sypialnianym parapecie, ukryta za roletą. Pozostałe skarby z czasów młodości spoczywały zapomniane w piwnicy.
"Bezduszny świat bezdusznych ludzi", przypomniał sobie. Ostrożnie odstawił przycisk na miejsce. Potem z całej siły strącił go w stronę kaloryfera. Bryła odbiła się od parapetu z głuchym dudnieniem. Nie znalazł na lśniącej powierzchni nawet jednej rysy. "Dobry zakup", pomyślał zjadliwie. Jutro jako pierwszy wyląduje w śmietniku.

SOBOTA

Obudził się w południe. Za oknem wciąż ta sama szaruga, choć nagle nie tak uciążliwa. Przywykł już do odgłosu kropel, rozbijających się na szybach i parapetach. Polubił ich monotonną melodię - brzmiała swojsko i uspokajała go. Wsłuchiwał się w nią niemal z wdzięcznością - bolała go głowa, oczy piekły i sama myśl o ostrym, słonecznym świetle wydała mu się bolesna.
Otworzył szerzej okno, wpuścił do pokoju chłodne powietrze. "Długi deszczowy tydzień", pomyślał. Nagle uświadomił sobie, że najważniejsze jeszcze się nie dokonało. Rozstanie z Mikołajem oznacza pożegnanie z całym dotychczasowym życiem, ze światem, który pieczołowicie budował i pielęgnował w nadziei, że w jego obrębie nic mu nie grozi. Gdyby nie jesień, ulewy, parasol i głupi przypadek, pewnie jeszcze długo trwałby w naiwnym przekonaniu, że złapał pana boga za nogi.
Czeka go zmiana pracy, a pewnie także mieszkania, całego otoczenia. Nie miał zbyt wielu znajomych, przyjaciół, do których mógłby się zwrócić ze swymi problemami i liczyć na wsparcie w trudnych chwilach. Mikołaj z nawiązką zastępował ich wszystkich, wypełniał jego życie tak intensywnie, że nie starczało miejsca dla nikogo innego.
Na szczęście nie żył rozrzutnie i odłożył sporo oszczędności. Po raz pierwszy w życiu Mateusz uświadomił sobie, że zdany jest wyłącznie na siebie. Wprawdzie zawsze jeszcze mógł poprosić o pomoc któreś z rodziców, tego jednak wolał uniknąć. Od lat skłóceni, traktowali dzieci jak karty przetargowe w zawziętym współzawodnictwie o miłość własną i zawiść eksmałżonka.
Powoli dochodził do siebie. Świadomość, jak wiele decyzji zmuszony będzie wkrótce podjąć, poprawiła mu nagle samopoczucie. Wszystko, byle nie poczucie beznadziei, nieustającego oczekiwania. Konstatacja, że trwał w nim od dawna nie zdziwiła go ani trochę. Nie czuł obaw. Myśl o powrocie Mikołaja stawała się coraz mniej pociągająca. Jeszcze wczoraj sądził, że bez niego umrze, teraz zastanawiał się, czy kiedykolwiek przy nim żył. Najwyższa pora wziąć głęboki oddech.

Kartkę z numerem znalazł względnie szybko, głównie dzięki temu, że przez ostatnie dni nie wynosił śmieci. Z wahaniem wsłuchiwał się w odgłosy łączenia.
-Tym razem to ja chciałem przeprosić - zaczął niepewny reakcji. - Miałem trochę wzięte.
-Spoko, nic nie ciebie nie mam. - Ziemek nie był człowiekiem pamiętliwym. - To ja zachowałem się jak gbur, jak zwykle. Nie kopie się leżącego.
-Nie ja jeden leżę... - Mateusz prawie się uśmiechnął. - Przynajmniej wiem na czym stoję.
-Widzę, że odzyskujesz formę. Coś się stało?
-Nie. Może parę rzeczy do mnie dotarło.
-"Coś się kroi"? - Ziemek zachichotał.
-Dokładnie. DDT. U ciebie też pada?
-Jak cholera. Straszą jakimiś powodziami.
-W Kanadzie? Nie słyszałem.
-Jestem w Berlinie. Miały być wywczasy, a tu taka skucha!
-Wywczasy?
-Taka prywatna podróż sentymentalna.
-Stęskniłeś się?
-Raczej uciekłem - westchnął tamten. - Vincent pojechał z rodziną na urlop, nie chciałem siedzieć sam w domu i dyżurować przy telefonie.
Mateusz ze zdumieniem stwierdził, że doskonale wie, o czym mowa. Na myśl o wnioskach zdjął go nagły lęk.
-Prawda jest taka - ciągnął Ziemek - że postawiłem ultimatum. Nigdy nie mieszałem się do jego życia, nie chciałem nic niszczyć. Ale nie potrafię tak dłużej, kij obija mnie drugim końcem. Może kiedy usłyszę zdecydowane "nie", jakoś się od niego uwolnię?
Mateusz nie potrafił powstrzymać się od komentarza.
-Sam się w to wpakowałeś - zauważył.
-Jak każdy - przyznał Ziemek. - Kiedy się przyznał do żony, było za późno.
-Przykro mi - nie bardzo wiedział, co powiedzieć.
-Teraz ty zachowujesz się jak Amerykanin - Ziemek nie tracił rezonu.
-Odwal się - Mateusz poczuł ukłucie wstydu. - Wychlałem cały barek.
Roześmieli się obaj.
-Nie mogę teraz gadać - powiedział Ziemek. - Zadzwonię do ciebie później, ok.
-Nie mam nic przeciw - oznajmił Mateusz, po raz pierwszy szczerze. - Nawet cię polubiłem.
-Zapisz to gdzieś, po potem zapomnisz. Na razie - Ziemek jak zwykle nie czekał na pożegnanie.
"Narwaniec", pomyślał Mateusz, po raz pierwszy bez złości. Z chęcią pogadałby chociaż chwilę. Dusił się powoli narastającymi przeżyciami, refleksjami, które powoli układały się w logiczną całość. Ziemowit był obcym człowiekiem, nie znał go wcale, i to całkowicie mu odpowiadało. Oby tylko dotrzymał obietnicy i odezwał się jeszcze.
Wzrok Mateusza spoczął na przycisku do papieru. Bez namysłu wyciągnął ze schowka w przedpokoju worki na śmieci. Wybrał najgrubsze. Są trwałe, wytrzymają ciężar rozstania, którego chciał się pozbyć. Zaczął od rycin w salonie, potem przyszła kolej na znienawidzone figurki.

Ziemowit zadzwonił godzinę później.
-Masz jakieś plany na dziś albo jutro? - zaczął bez wstępów.
-Nie - odpowiedział odruchowo Mateusz. - To znaczy mieliśmy się spotkać ze znajomymi, ale najwyraźniej zostali poinformowani o sytuacji, bo wybyli.
-Wieści szybko się rozchodzą, co nie?
-Szkoda tylko, że oficjalnie nic nie wiem... A ty?
-Dostałem maila, nieważne. Słuchaj...
Słowa Ziomka utonęły nagle w potężnym huku.
-Halo! Co tam się dzieje? - krzyknął Mateusz.
-Jestem na dworcu, za chwilę odjeżdżam - Ziemek podniósł głos - Jutro wieczorem muszę być w Toronto.
Znów łomot i echa jakichś zapowiedzi. "Toronto", pomyślał Mateusz. "Czemu akurat Kanada?"
-Za niecałe dwie godziny masz pociąg... - ciągnął Ziemek.
-Pociąg? - Mateusz nie zrozumiał.
-Nie przerywaj. Odbierzesz bilet na Głównym, kasa międzynarodowa...
-Bilet?
-Na ekspres do Warszawy. Wszystko opłacone, hasło Mateusz.
-Ale...
-Wysiadamy na Centralnym, według rozkładu ja jestem cztery minuty później. Spotkamy się w hali, koło kas.
-To niemożliwe - zaprotestował Mateusz. - Nie mogę tak po prostu...
-Rozmawiałem z Tomalą, raczej nas przenocuje. Jeśli nie, mamy rezerwację w hotelu...
-Ziemek, opanuj się! - Mateusz usiłował wpaść mu w słowo.
-Nie pękaj, dwa pokoje.
-Ale ja nie mogę - nagle ogarnęła go panika. Co ten człowiek mówi?
-Możesz, ale nie musisz. To tylko propozycja. Nie obiecuj sobie za wiele, jestem brzydki jak noc, ale za to przyjemny w obyciu.
-Wariat. A co jeśli nie przyjadę? Bilet...
-Najwyżej będę stratny. Po czym cię rozpoznam?
-Nie wiem...
-Nie mam czasu, pociąg... - stukot kół całkowicie zagłuszył wszelkie inne dźwięki.
-Parasol - krzyknął Mateusz - Parasol w ciemną kratę!
Ziemowit mówił coś jeszcze, ale połączenie urwało się nagle wśród trzasków. Mateusz przez dłuższą chwilę stał ze słuchawką w rozdygotanej dłoni. Warszawa? Dziś? Z całkowicie obcym facetem? Przecież to istne wariactwo.
Spróbował wybrać numer, potem jeszcze raz. Za każdym razem mylił jakieś cyfry. W skupieniu stukał w klawisze. Ziemek pozostawał poza zasięgiem.
"Parasol", pomyślał nagle Mateusz, "też pomysł. W taką pogodę co druga osoba będzie miała parasol." Wyjrzał na balkon. Deszcz jakby przybrał na sile, miotany porywistym wiatrem pomiędzy blokami.

PONIEDZIAŁEK

Kobieta uchyliła drzwi na szerokość dłoni. Brzęk łańcucha dobitnie podkreślił jej nieufność. Zmrużyła pozbawione szkieł oczy i przyjrzała mu się uważnie.
-A, to ty - powiedziała. - Myślałam, że już nie przyjdziesz. Powiadają, że się wyprowadzasz.
-Nie tak prędko - zaprzeczył. - Myślałem o tym, ale jeszcze za wcześnie.
Zdjęła zabezpieczenie, otworzyła na oścież i gestem zaprosiła do środka. Odstawił parasol na wycieraczce w przedpokoju.
-Ale przecież wczoraj jeździł jakiś samochód, rzeczy wynosili - zdziwiła się. - Sama widziałam.
-Rupiecie, w dodatku nie moje - uśmiechnął się na wspomnienie pustek w szafach. Ciekawe, kiedy Mikołaj odkryje poprawki krawieckie, jakich dokonał w przypływie rozpaczy. - Wróciłem dopiero dzisiaj. Ale ja nie o tym. Potrzebuje pani coś ze sklepu? Nie powinna pani dźwigać, a ja właśnie wybieram się na zakupy.
-Dzisiaj już byłam - powiedziała. - Może jutro?
Uśmiechnął się i przytaknął.
-Po południu - powiedział - rano mam kilka spotkań.
-Zaczekaj - ruszyła do pokoju - przygotuję listę.
Siadła przy stoliku. Z szuflady ukrytej pod blatem wyjęła notes i ołówek. Mateusz w skupieniu przyglądał studiował majolikowy ornament na drzwiczkach kredensu.
-Powinna pani przestawić z powrotem fikusa - powiedział nagle.
-Tak myślisz? - starsza pani zerknęła na niego nie przerywając pisania.
-W kuchni może spaść, poza tym tu będzie miał więcej światła, a niedługo zaczną grzać, więc nie zmarznie - wyjaśnił.
-Zatem jutro przeniesiesz go na poprzednie miejsce - podniosła się i wsunęła mu złożoną wpół kartkę do kieszeni.
-To ja lecę - odwrócił się do wyjścia. - Wpadnę około drugiej.
-Znakomicie. Przygotuję rosół, mam jeszcze kości z kurczaka.
-Kiedy to nie dlatego... - zająknął się speszony.
-Ale nie zaszkodzi, prawda? - mrugnęła porozumiewawczo.
Rozciągnęła wargi w uśmiechu. Jej rysy wydały się znienacka Mateuszowi więcej niż znajome.
-Piękny parasol - powiedziała.
Mateusz przeciągnął palcem po kraciastym wzorze.
-Świetnie leży w ręku - stwierdził. - Kiedyś opowiem pani jego historię. O mało co nie wylądował na śmietniku.
Pokiwała głową z wyrozumiałością istoty wszystkowiedzącej i poklepała go po ramieniu.
Deszcz padał nieustannie. Mateusz spojrzał w niebo, wciąż pokryte chmurami, a przecież jakby nieco czystsze i pojaśniałe. Zerknął na dom, kobieta machała do niego z okna. Podniósł rękę i pokiwał.
Rozłożył parasol. Wyciągnął z torby gazetę i sprawdził adres w ogłoszeniu. Potem spokojnym krokiem ruszył na przystanek.

Koosie

OCEŃ ARTYKUŁ
Podoba mi się (0)
Nie podoba mi się (0)
Komentarze (4)
HEJT STOP!Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Komentuj
Moja ikona
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
Ikona
14.04.2005 2:46 Arturro
Motyw zdrady jest bardzo często wykorzystywany. Ale przyznać musze że opowiadanie jest piękne, przeczytalem jednym tchem. I jeszcze ta sąsiadka, taki azyl i ciepło. Wciąga niesamowicie. Gratuluję (jeśli można tak powiedzieć)...
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
25.01.2003 17:34 Marcin Gawel
Historia pewnego parasola.
Smutne, piekne i madre opowiadanie. Deszcz czuc na kazdej stronie.
Wydrukowalem przyjacielowi, ktory jest z Netem na bakier.
Dzieki za lekture
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
20.01.2003 22:22 ludwik
Uważam, że bardzo mądre zakończenie. Myślę, że odpowiada na wiele moich wątpliwości.
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
20.01.2003 21:08 Krzysztof Z. Szymborski
coz... dodac tylko zostalo, ze jest to rowniez praca, nadeslana na konkurs Teczowego Piora ILGCN, notowana bardzo wysoko... pozdrawiam serdecznie
KZS
cytuj zgłoś 0 0
Autor
Redakcja Queer.pl
Pierwszy polski portal ludzi LGBT
Inne tematy
Transkrypcja małżeństw jednopłciowych: była radość - są problemy, niepewność i rozczarowanie Wtorek, 26.05.2026 Transkrypcja małżeństw jednopłciowych: była radość - są problemy, niepewność i rozczarowanie
Eurowizja 2026: Finlandia faworytem bukmacherów. Jakie szanse ma Polska? Piątek, 15.05.2026 Eurowizja 2026: Finlandia faworytem bukmacherów. Jakie szanse ma Polska?
Minister Kierwiński o parach jednopłciowych: "będą korzystać z większości praw, które mają wszyscy polscy małżonkowie" Wtorek, 19.05.2026 Minister Kierwiński o parach jednopłciowych: "będą korzystać z większości praw, które mają wszyscy polscy małżonkowie"
Kontakt Reklama Regulamin
Social media
Polub na Facebooku Obserwuj na Twitterze Instagram WhatsApp
© 1996-2026 Queermedia.pl, ISSN 2299-9019 Polityka prywatnościUstawienia prywatnościPrzerwij abonamentOdstąpienie od umowy







🌈
Odkryj więcej na Queer.pl
Zalogowani użytkownicy mogą oglądać zdjęcia innych osób, zakładać profile, komentować artykuły i oceniać filmy.
Dołącz do nas Zaloguj się