„Płynące wieżowce” są już na ekranach kin, można je oglądać i samemu wyrobić sobie zdanie. Powoli można też przystąpić nie tylko do oceniania, ale też podsumowywania i zastanawiania się z jakim przełomem mamy w tym wypadku do czynienia. Nie ma bowiem wątpliwości, że przełom nastąpił.
- Krzysztof Tomasik - Dwa plus jedenZacząć trzeba od samej historii. Głównym bohaterem jest Kuba
(Mateusz Banasiuk), młody chłopak, który studiuje na AWF-ie i mieszka razem z matką
(Katarzyna Herman) i swoją dziewczyną Sylwią
(Marta Nieradkiewicz). Pewnego dnia poznaje Michała
(Bartosz Gelner), po jakimś czasie spotykają się ponownie, między nimi szybko
rodzi się uczucie. Komplikuje to bardzo sytuację życiową Kuby, który w końcu będzie musiał wybrać między nową miłością, a trwającą już kilka lat relacją.
Jak widać z tego krótkiego opisu sytuacja jest dość prosta, podobna w gruncie rzeczy opowieść była w niemieckiej
„Sile przyciągania”, która niedawno przemknęła przez polskie kina. Z tego porównania polski obraz wychodzi zwycięsko, ale najważniejsza między nimi różnica nie dotyczy fabuły czy ambicji artystycznych reżyserów, tylko kontekstu kulturowego. Tak się bowiem składa, że pierwszy NRD-owski film gejowski pod wymownym tytułem
„Coming out” powstał w 1989 roku, a w Polsce pierwsze są właśnie... „Płynące wieżowce”.
Ten pierwszyPrawda jest taka, że polskie kino w tematyce LGBT jest potwornie zapóźnione.
Przełom emancypacyjny dokonuje się właśnie teraz, w 2013 roku i film Wasilewskiego jest tego najlepszym świadectwem. Wcześniej bywały filmy homoerotyczne („Zygfryd” czy „Kochankowie z Marony”), bywały filmy z homoseksualistami w tle, a nawet z gejami na pierwszym planie („Pora na czarownice”, „Egoiści”, „Senność”, „W imię...”), ale zawsze było to przy okazji innego tematu, nigdy nie stanowiło głównego wątku. Tym razem to jest „o tym”, o zakochiwaniu się w sobie dwóch facetów.
Oczywiście nic nie dzieje się w próżni, na to, żeby „Płynące wieżowce” mogły normalnie funkcjonować w szerokiej dystrybucji, wcześniej ten temat musiał być przepracowywany w literaturze, teatrze czy filmach offowych. Nie sposób znaleźć odpowiedzi dlaczego dzieje się to tak późno, dlaczego
nikt przed Wasilewskim nie zdobył się na podobna odwagę, chociaż kilku próbowało. Przychodzi mi na myśl choćby
„Sala samobójców”, w której kilku publicystów (
Mariusz Kurc na tych łamach, ale też
Błażej Warkocki w „Dzienniku Opinii”) próbowało zobaczyć właśnie ten „pierwszy gejowski film”. Nie mogło się udać, także ze względu na strategię reżysera i dystrybutora, którzy w opisach i wszelkich materiałach reklamowych wręcz obsesyjnie unikali jakiejkolwiek sugestii, że bohater może być gejem. W tym względzie też nastąpiła kolosalna zmiana, „Płynące wieżowce” są reklamowane plakatem przedstawiający zbliżenie twarzy bohaterów gdy się obejmują,
tuż przed pocałunkiem.
Gejowskość filmu polega zresztą nie tylko na tematyce i gotowości do podejmowania kwestii homoseksualizmu w czasie promocji, ale także sposobie pokazywania
męskiej nagości. Tego też nie było w polskim kinie.
Ciało Kuby jest tu właściwie kolejnym bohaterem. Wciąż niespokojne, często obserwowane, wręcz podglądane, walczą o nie Sylwia i Michał, ale też matka. Mateusz Banasiuk wyjątkowo naturalnie pokazuje bezpruderyjność bohatera, a oko kamery delektuje się jego
karkiem, nogami, pośladkami, penisem. Świetnie wygrane i psychologicznie uzasadnione jest też zajęcie, któremu poświęca większość czasu, czyli pływanie.
Osobna kwestia to
erotyka. W przeważającej mierze aseksualnym polskim kinie, gdzie problemem bywa pocałunek między mężczyznami, takie sceny miłosne to rzecz bez precedensu. Nie chodzi tylko o naturalistycznie zrealizowaną
sekwencję gejowskiego seksu, ale też rewelacyjne odegrany moment, gdy Kuba budzi Sylwię minetą. Scena przy okazji ukazuje jak zmienia się jego stosunek do dziewczyny, ma jeszcze dla niej wiele ciepła i czułości, ale już nie pożądania, bo po zaspokojeniu jej, nie ma ochoty na rewanż.
Co przyniesie przełom?Oczywiście mimo wszystkich zalet „Płynące wieżowce” nie są filmem pozbawionym wad. To już drugi obraz
Tomasza Wasilewskiego, można się więc pokusić o pierwsze diagnozy. Wyraźnie widać, że dla reżysera ważniejsze niż „o czym” opowiada, jest to „jak” to robi. Mnóstwo tu starannie skomponowanych kadrów, które mają zachwycić widza swym pięknem, ale niekoniecznie wnoszą coś do głównej historii. W „Płynących wieżowcach” to nie razi, ale łatwo w takim wypadku o pretensjonalność i nudę (to przypadek debiutanckiego „W sypialni”).
W wywiadzie udzielonym Queer.pl,
Wasilewski zapytany czy przy okazji przygotowań do realizacji przypominał sobie homoseksualną klasykę polskiego kina, odpowiedział dość buńczucznie: „Nie, nie potrzebowałem żadnych powtórek z przeszłości ani elementarza. Zawsze starałem się kręcić filmy po swojemu, bez estetycznych czy socjologicznych kontekstów”. Może jednak szkoda, że podobnej powtórki sobie nie zrobił, być może pozwoliłoby mu to wykluczyć kilka stereotypów.
„Płynące wieżowce” są niezłym filmem, ale też świetnym zapisem czasów w których powstały.
Okres przedemancypacyjny mamy za sobą, ale emancypacja dopiero się zaczyna. To nie przypadek, że Kuba z „Płynących wieżowców”, podobnie jak ksiądz z „W imię...” czy licealista z „Sali samobójców” dopiero
poszukuje swojej tożsamości seksualnej. W polskim kinie wciąż nie ma jeszcze zdeklarowanych gejów, którzy proces samoakceptacji i coming outu mieliby za sobą. Gdy takie postacie się pojawią, wtedy dopiero zrobi się naprawdę ciekawie. Na razie w tym kierunku został zrobiony
kolejny krok. Większy niż poprzednie.
„Płynące wieżowce”, scen. i reż. Tomasz Wasilewski, Polska 2013.
Wyst: Mateusz Banasiuk, Bartosz Gelner, Marta Nieradkiewicz, Katarzyna Herman, Iza Kuna, Mirosław Zbrojewicz, Olga Grycz. Dystr: Film Point Group.
No proszę Cię. Kuba nie podjął żadnej decyzji. On uległ zaborczej matce i dziewczynie. W ogóle był strasznie uległy. Nie kierował sterami swojego życia. Natomiast ciąża była najpewniej udawana. Oczywiście to też otwarta interpretacja. Ale kuchenne narady Sylwii i matki Kuby o czymś świadczą. Poza tym jaki facet nawet nie zapyta o test, nie poczeka na badania, tylko od razu zrywa kontakt z chłopakiem?
Z pozostałą częścią wypowiedzi się zgadzam. Zwłaszcza ze stwierdzeniem o tym, że film jest o złożoności miłości, nie o gejach.
Jednak skoro jest dyskusja na GLBT to odniosę się do końcówki. Ktoś - chyba neguto - napisał, że dziwnie się kończy. A ja sobie próbuję wyobrazić czy w realnym życiu taki koniec nie byłby najbardziej prawdopodobny?
Wiele razy słyszę, że w małżeństwie wydało się, że ktoś zdradza i jest zdeterminowany odejść, ale nacisk ze strony rodziny a szczególnie uderzenie w nutkę dzieci trzyma go w rodzinie.
Pierwszą reakcją na wielką chemię jest - chcę z nim być mimo wszystko. Ale gdy otoczenie nas szantażuje i stawia wszystko na jedną szalę, to często miękniemy.....nie każdy zmięknie.....ale zmięknie ten kto przez wiele lat żył niezgodnie ze sobą.....skoro był na tyle słaby, że nie był sobą wcześniej, to prawdopodobnie będzie nadal słaby aby zrobić rewolucję.
W tym filmie matka znała syna. Wiedziała, że jest słaby, że skoro tak późno zaczął sypiać z facetem, to znaczy, że chciał tego od dojrzewania ale wypierał z siebie, zatem wiedziała, że jest słaby i da się go trzymać krótko.
Dlatego gdy on przyszedł do domu to powiedział - sywia chodź musimy pogadać. A na to jego matka bardzo stanowczym tonem - nie, nie sylwia chodź ale to ty chodź do nas bo to0 my musimy pogadać. Sylwia milczała, a matka znała syna i wiedziała, że jest uległy....
Piękny film i życiowe zakończenie, bo nie jeden Kuba pod naciskiem rodziny i otoczenia wybiera życie niezgodne ze sobą i niejedna matka i dziewczyna woli nie widzieć, że chłopak jest zainteresowany innymi chłopakami, ale zamiatają to w rodzinach pod dywan i udają, że jest okay.....