logo Queer.pl Dawniej Innastrona.pl
06.12.2016    STARTSKLEPKONTAKT

...
102
3
24

Popłynęliśmy z marzeniami

Rozmowa z Tomaszem Wasilewskim

Dodano: 19.11.2013, Aktualizacja: 08.04.2014

O „Płynących wieżowcach”, kinie, polityce i stereotypach z Tomaszem Wasilewskim rozmawiał Łukasz Maciejewski.

W lipcu 2008 roku w polskich mediach pojawiła się informacja: „Krystyna Janda, Ewa Kasprzyk, Szymon Czacki, Tomasz Tyndyk i Agata Buzek spotkają się na planie psychologicznego dramatu "Płynące wieżowce". Obraz, na podstawie własnego scenariusza, wyreżyseruje debiutant Tomasz Wasilewski.”
Chodzi o te same „Płynące wieżowce”?


Pierwsze wersje scenariuszy do „Płynących wieżowców”, „W sypialni” oraz „Zjednoczonych stanów miłości”, czyli filmu, który chciałbym teraz nakręcić, pisałem niemal jeden za drugim. Bardzo chciałem zrealizować debiut, byłem zdeterminowany, chodziłem ze scenariuszami do różnych producentów, ale ciągle nie udawało się znaleźć pieniędzy. Najpierw napisałem zatem „Wieżowce”, potem „W sypialni”, ponownie wróciłem do „Wieżowców”, w końcu zacząłem pisać „Zjednoczone stany miłości”. Odbywało się to niemal równolegle. W przypadku „Płynących wieżowców” w pewnym momencie byłem blisko realizacji, znalazłem producenta, skompletowałem obsadę, no ale wtedy się nie powiodło. Chociaż Krystyna Janda nigdy nie potwierdziła udziału w filmie. To był bardziej wymysł dziennikarza.

Czy scenariuszowa wersja „Płynących wieżowców” z 2008 roku znacząco różniła się od tej, którą widzimy teraz na ekranach?

Oczywiście, to były różne wersje, przez wiele miesięcy pracowałem nad scenariuszem, zmieniałem dialogi, szlifowałem sceny. Poza tym indywidualność konkretnego aktora zawsze oddziałuje na osobowość bohatera. Gdyby udało mi się nakręcić „Płynące wieżowce” w 2008 roku, byłby to inny film. Poza tym „Płynące Wieżowce” z 2005 - 2006 roku to dopiero odjazd. Film opowiadał o kobiecie pracującej na dworcu Warszawa Zachodnia i jej córce lesbijce.

Scenariusz do „Płynących wieżowców” pisałeś w 2005 roku, wtedy w Polsce rządziła radykalna, homofobiczna prawica. Doskonale pamiętam tamten czas, robiło się naprawdę groźnie. Kolejne afery, obostrzenia społeczne, brak tolerancji.
„W końcu nie może być tak, że grupa facetów, którzy są obsesyjni, sfrustrowani, niezbyt uczciwi i niespecjalnie mądrzy, kradną nam kraj” - mówiła mi wówczas w wywiadzie dla „Machiny” Agnieszka Holland.
Myślałeś wtedy o politycznym kontekście „Wieżowców”?


Producenci zainteresowani scenariuszem, powtarzali: „To jest dobre, mocne, ale dopóki PiS jest u władzy, takiego filmu nie uda się w Polsce zrealizować”. Trudno abstrahować od życia, problemów codzienności, ale to nie polityka i walka w sprawie były dla mnie najważniejsze. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj oglądam kino emocjami, zmysłowo, nie jestem typem działacza czy aktywisty politycznego. Zawsze dla mnie najistotniejsze będzie uchwycenie prawdy bohaterów i ich świata. Ta prawda może mieć różne kolory, style, preferencje. Ważne, by nie pokazać jej w sztucznym, nieprawdziwym świetle.

Ale dziennikarzy ciekawi kontekst społeczny, często żądają od ciebie konkretnych deklaracji.

Myślę że nigdy się nie zmienię. Będę mówił o kinie, aktorach czy scenariuszu, ale pod względem zasad kręgosłup mam mocny. Nie chcę i nie zamierzam omawiać rzeczywistości, ponieważ nie czuję się do tego ani powołany, ani kompetentny. Moim językiem i życiowym napędem jest kino, nie analiza socjospołeczna.
Ponieważ bohaterami „Płynących wieżowców” są geje, część opinii publicznej czy mediów chciałaby wycisnąć z tego jak najwięcej. Rozumiem mechanizm, wiem że temat wciąż jest w Polsce etykietowany jako kontrowersyjny, a w filmie starałem się pokazać te zależności maksymalnie uczciwie. „Płynące wieżowce” są już w kinach, każdy może interpretować film jak mu się podoba. Z uwagą wysłucham każdej opinii, nawet jeśli będzie jak najdalsza od mojej własnej. Ale na pewno nie zrobiłem filmu o sprawie, nie orientacja jest w nim najważniejsza.

Niemniej preferencje Kuby i Michała, oraz świetne sceny erotyczne sprawiły że „Płynące wieżowce” są często określane jako pierwszy polski film z gatunku LGBT.

LGBT to jest, twoim zdaniem, gatunek?

W ten sposób grupuje się filmy, których bohaterowie są homo lub biseksualni.

No ale to wciąż nie jest jeszcze gatunek. Dramat jest dramatem, a komedia - komedią. Wszyscy dookoła mówią: „kino gejowskie”. Tymczasem ja nie bardzo rozumiem o co chodzi. Na siłę sprowadza się do wspólnego mianownika filmy krańcowo różne. Czy jeżeli w filmie gej wystąpi w roli drugoplanowej to już jest czy jeszcze nie jest kino gejowskie? A transseksualista?
Nie przyjmuję podobnego kategoryzowania w kinie, ponieważ nigdy nie kategoryzuję w ten sposób ludzi. Dla mnie nie ma znaczenia ani płeć, kolor skóry, czy orientacja seksualna. Przyjaźnię się z ludźmi, z którymi się rozumiem. To jest sedno.
Kuba w „Płynących wieżowcach” jest pływakiem, synem, ma swoje cele, marzenia. I jest biseksualny. To wszystko.

Czy przygotowując się do zdjęć oglądałeś polskie filmy, w których pojawiały się homoerotyczne sceny - na przykład „Pożegnanie jesieni”, „Egoistów”, „Zygfryda”, „Serenite” czy „Kochanków z Marony”?

Części tych tytułów w ogóle nie znam. Nie, nie potrzebowałem żadnych powtórek z przeszłości ani elementarza. Zawsze starałem się kręcić filmy po swojemu, bez estetycznych czy socjologicznych kontekstów. Przez chwilę, i to zupełnie niedawno, zastanawiałem się, czy mógłbym na przykład kiedyś zrealizować film według prozy Jarosława Iwaszkiewcza – ponieważ otrzymałem taką propozycję. Bardzo cenię go jako pisarza, ale myślę że to kompletnie nie jest mój filmowy świat. W „Płynących wieżowcach” nie chciałem ani estetyzować wyborów erotycznych, ani ukrywać ich pod przysłowiowym figowym listkiem. To szczera historia chłopaków, którzy po prostu się w sobie zakochują.

Schemat jest w gruncie rzeczy stary jak kino. Dwoje zakochanych, pojawia się ten trzeci.

No właśnie, pojawia się ktoś, kto taką relację rozpieprza. Naturalnie fakt, że w „Płynących wieżowcach” zakochują się w sobie faceci, komplikuje sprawę, ale jeżeli chodzi o emocje, to nie ma żadnego znaczenia.

Zarówno w „W sypialni” jak i „Płynących wieżowcach” pokazujesz facetów inaczej niż przyzwyczaiło nas polskie kino. Ostentacyjnie unikasz sprawdzonych klisz, według których męski bohater to albo heteroseksualny samiec alfa w typie macho, albo zniewieściały, delikatny poeta, ewentualnie gruźlik.

U mnie jest chyba normalnie. Odcinam się od wszystkich naleciałości, uświęconych tradycji, sprawdzonych wzorów. Chodzę po ulicach, obserwuję ludzi, rozmawiam z nimi - to mój napęd. Tam nie ma żadnych schematów, każdy jest inny. Dziewczyna, facet, matka, ojciec: wszystko jedno. Jako filmowiec zawsze będę próbował maksymalnie dogrzebywać się do wnętrza, bohater w kinie realistycznym musi nieść w sobie prawdę. Dotyczy to zarówno geja, jak i profesora wyższej uczelni, alkoholika czy surfera. Każdego.

Stereotyp każe podejrzewać, że aktorzy w Polsce obawiali się przyjęcia ról które w taki czy inny sposób mogły ich zaszufladkować. Miałeś z tym problemy w „Wieżowcach”?

Nie. Kiedy udało się skompletować obsadę moi aktorzy poczuli, że dostali naprawdę ciekawe role, wymagające od nich kunsztu, maksymalnego wcielenia się w postać. To było wspólne marzenie. Popłynęliśmy - razem z wieżowcami.

Twój film wchodzi do kin jako filmowe wydarzenia dużej rangi, masz na koncie prestiżowe nagrody i mnóstwo świetnych recenzji. Jeżeli pojawiają się głosy krytyczne, dotyczą przede wszystkim polskiego środowiska. Kilka razy przeczytałem, że film jest zachowawczy, to dopiero pierwszy, nieśmiały krok w gejowskiej emancypacji polskiego kina.

Znamienne, że tylko od polskich dziennikarzy zdarza mi się usłyszeć zdanie iż „Płynące wieżowce” są tytułem spóźnionym o co najmniej dekadę. Na świecie nikt nie ma z tym problemów. Przeciwnie, na festiwalach i w zagranicznych recenzjach „Wieżowce” traktowane są bez żadnej taryfy ulgowej, nie jako film z Polski, dawnego kraju komunistycznego, tylko normalne kino dla ludzi, tyle że poruszające tematykę gejowską. Ani w USA, ani na żadnym z kilkunastu międzynarodowych festiwali, na których pokazywaliśmy „Wieżowce”, nie usłyszałem że film jest spóźniony, staroświecki lub konserwatywny.

Dla mnie, jako widza, „Płynące wieżowce” to przede wszystkim niemal klasyczny melodramat.

I właśnie tak ten film jest najczęściej postrzegany za granicą - dramatyczna love story.

Jest jeszcze jeden niezwykle ważny motyw w filmie: relacja rodziców i dzieci, stosunek do coming outu.

Rozmawiałem kiedyś ze znajomą. Ma syna geja w moim wieku. Opowiadała mi, że wcale nie obawia się tego że syn jest gejem, tylko jako matka czuje lęk, że ktoś sprawi mu ból. To spotkanie dało mi wiele do myślenia. Starałem się tak sportretować członków rodzin Kuby i Michała, żeby nikogo nie skrzywdzić. Wobec czarnego, ciemnego obrazu rzeczywistości wyłaniającej się z mediów, chciałem pokazać ludzi którzy nie są wcale źli. Nawet jeżeli nie potrafią zaakceptować wyboru dzieci, starają się sprostać wyzwaniu. Tego rodzaju sytuacje nigdy nie są przecież proste, często dramatyczne. Czasami jest przejmująco, czasami - jak w scenie kolacji podczas coming outu Michała - niemal zabawnie.

„Płynące wieżowce” to tytuł reprezentatywny dla zupełnie nowego pokolenia polskich reżyserów. Obok Kasi Rosłaniec i Jana Komasy, realizujesz własny model kina, nie obarczonego PRL'owskim balastem, nostalgicznymi albo okrutnymi wspomnieniami z przeszłości.

Pamiętamy komunizm, ale to mgliste wspomnienia. Byliśmy zbyt młodzi, żeby PRL wywarł na nas szczególne piętno. Nasze kino jest wolne od tego spojrzenia. Na pewno bardziej interesuje mnie człowiek, niż walka.

Rozmawiał: Łukasz Maciejewski

Film Tomasza Wasilewskiego, „Płynące wieżowce”, w polskich kinach już 22 listopada!

Łukasz Maciejewski Autor: Łukasz Maciejewski Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny Członek Europejskiej Akademii Filmowej, Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych ("AICT") oraz Federacji Krytyków Filmowych ("Fipresci").

Dyrektor programowy festiwalu "Kino na Granicy" w Cieszynie. Wykładowca na Wydziale Aktorskim w Szkole Filmowej w Łodzi oraz na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS.

Autor wielu książek, ekspert Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, telewizji HBO, stały komentator „Tygodnika Kulturalnego” w TVP Kultura.


PODZIEL SIĘ
KOMENTARZE (24)
Komentuj Komentuj HEJT STOP!
Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
vito212121 (?) 09.12.2013 16:58
W imię to dla mnie film proklechowski, bo fabuła sprowadza się do tego, że ksiądz gej bardzo się powstrzymuje przed seksem z chłopcami ale oni sami mu się pchają do łózka no to już im ulega....
lodoweserce (44) Praga 09.12.2013 16:54
" w imie" to po prostu film, w ktorym widac babska reke rezyserki. niby o facetach, meskie uczucia, meski seks, ale wszystko jakies takie rozlazle, nagiete, oczywiste symbole az daja po oczach (on adam, ona ewa), i to beznadziejne zakonczenie..
vito212121 (?) 09.12.2013 16:33
Też tak go odebrałem, że ten film jest z życia wzięty. Nic tam nie wydaje mi się naciągane. Potwierdza też on moją tezę - homo a bi to zupełnie inne orientacje i nie daj bóg aby homo zakochał się w bi. Bi pasują tylko do bi a homo do homo.
Ruda96 (20) Kraków 08.12.2013 20:18
Film beznadziejny. Mało miłości, dużo golizny i seksu. Pokazana miłość, mimo że kreuje się na bardzo emocjonalną jest pozbawiona tych emocji. Byłam bardzo ciekawa tego filmu i czekałam na niego długo i w finale jestem zawiedziona, a na prawdę nie liczyłam na nie wiadomo co. Nie widziałam, że polscy aktorzy aż tak się lubią rozbierać. Prócz tego nic się nie dowiedziałam, film był przewidywalny. Czasami trza się było domyślać zbyt wiele. Dialogi ubogie, czasem mało wyraźne. A koniec zamiast wzruszyć pozostawił oburzenie.
neguto (?) 25.11.2013 9:53
Nie byłem na "w imię". Tam z pewnością jest sam dramat i naciąganie faktów. Chyba nie dałbym rady tego obejrzeć :D ??
Płynące Wieżowce kończą się zaskakująco i niestety nie dla każdego szczęśliwie. No ale nie chciałbym tu zdradzać faktów z filmu żeby nie psuć komuś oglądania. Bo film jest całkiem przyjemny dlatego polecam go lgbt. Co do heteryków to jest tam scena gejowskiego seksu i całkiem sporo nagości więc pewno ktoś tam może czuć się zgorszony.
lodoweserce (44) Praga 25.11.2013 9:09
Neguto, grobowa cisza, bo wszyscy przezywali film? czy w jakim znaczeniu? ja ostatnio bylam w kinie na "W imie", w Pradze oczywiscie, i widownia pokladala sie ze smiechu co pare minut.. szczerze mowiac ja tez czekalam, kiedy sie wreszcie skonczy ten nieudany film.
neguto (?) 24.11.2013 23:03
Tak naprawdę nie chciałem iść na gejowski film ( a ten jest gejowski mimo że jest tam też wątek biseksualny). Gejowskie filmy kojarzą mi się zawsze ze scenami w których łysi ich biją i zabijają, oraz z traumatycznymi przeżyciami związanymi z byciem gejem, albo z mało inteligentną komedią romantyczną taką samą jak tysiące innych. Jednak za namową i w myśl hasła "pierwszy POLSKI gejowski film" wybrałem się, choćby po to by wspomóc polską kulturę queer. Jaki był film? Tym razem było troszkę inaczej niż zawsze , film jest bardziej obyczajowy, niż dramatyczny. Ciekawie kręcony z pięknymi scenami i dobrą muzyką. Historia ciekawa bardzo atrakcyjnie pokazana :D Niestety zdarzyła się też scena bicia geja ( ona chyba zawsze musi być ;) ) no ale była raczej symboliczna i nie opierał się na niej cały film. Zakończenie mi się nie podobało, ale przyznam że grobowa cisza jaka zapada gdy film się kończy i wszyscy wychodzą jest zdumiewającym zjawiskiem :)
radek (41) Kraków 24.11.2013 12:31
ŁD:
Zgadzam się z reżyserem, że taka etykietka "gejowski film" jest dość wątpliwa w kinie. Natomiast dziwnie brzmią jego słowa z wywiadu w kontekście tego, że na zagranicznych festiwalach sam reklamował ten film jako "first Polish LGBT film". Można o tym przeczytać w większości anglojęzycznych recenzji. Za granicą film jest gejowski, a w Polsce już nie?


A dla mnie dziwne jest to paniczny strach przed tą etykietką. Widzowie będą tworzyli szufladki i im bardziej twórcy będą się przed nimi bronić, tym częściej widz będzie je tworzył. Tak naprawdę to sam reżyser przyczynił się do określania filmu mianem gejowskiego, bo wkoło potwarza, że to nie jest film gejowski. Może jest a może nie jest. Filmy dzielą się głównie na dobre nie niedobre. Ten jest dobry. I gejowski przy okazji :)
ŁD (?) 23.11.2013 20:21
Zgadzam się z reżyserem, że taka etykietka "gejowski film" jest dość wątpliwa w kinie. Natomiast dziwnie brzmią jego słowa z wywiadu w kontekście tego, że na zagranicznych festiwalach sam reklamował ten film jako "first Polish LGBT film". Można o tym przeczytać w większości anglojęzycznych recenzji. Za granicą film jest gejowski, a w Polsce już nie?
santabanana (100) Nottingham 23.11.2013 1:57
Film jest ciekawy, jak na polskie społeczeństwo - odważny, niemniej historia jest dość banalna, momentami przedstawiona zbyt dosłownie. Akcja filmu jest dość przewidywalna.
Zapisz Zapisz stronę Magazyn+ Magazyn Pełny ekran Pełny ekran
REKLAMA

© 1996-2016 Prawa autorskie zastrzeżone, ISSN 2299-9019
666
Bądź queer na facebooku