Wojewoda wielkopolski Michał Zieliński stwierdził, że zajęcia antydyskryminacyjne, które odbywają się w poznańskich szkołach zostały zorganizowane przez nieuprawniony organ. Jak informuje Grupa Stonewall: "Miasto Poznań od 2018 r. dofinansowuje dodatkowe zajęcia antydyskryminacyjne w szkołach. O ich dokładnym kształcie decydują nauczyciele i dyrektor szkoły, który składa wniosek o dofinansowanie konkretnego projektu. Z informacji podawanych przez miasto wynika, że ze wsparcia skorzystało już prawie 100 szkół".
Zajęcia tworzone są na zasadach konkursu, w których nauczycielki i
nauczyciele tworzą program zajęć, określając w nim m.in. tematykę i zakres. Program trafia do dyrekcji danej placówki, która później zgłasza go do wydziału oświaty poznańskiego magistratu. Dofinansowanie na prowadzenie zajęć otrzymują zwycięskie projekty. Dzieci mogą brać w nich udział jedynie za zgodą rodziców.Przez ostatnie kilka lat władze miasta i kuratorium nie miało wątpliwości, co do prowadzonych zajęć. Na początku 2020 r. Ordo Iuris stworzyło specjalną analizę prawną, w której zarzucają konkursowi nielegalność. Rok później pismo trafiło do
o wielkopolskiego kuratora oświaty oraz do wojewody. Oba urzędy są obsadzone przez osoby związane z obozem rządzącym.
Michała Zieliński, wojewoda wielkopolski, zarzuca konkursowi, że został ogłoszony przez dyrektora wydziału oświaty urzędu miasta, który "nie posiadał kompetencji w obszarze decydowania o organizacji zajęć dodatkowych w szkołach prowadzonych przez Miasto Poznań". Zieliński uważa, że za konkurs powinni odpowiadać dyrektorzy i dyrektorki szkół "po zasięgnięciu opinii rad pedagogicznych i rad rodziców tych szkół oraz po uzyskaniu zgody organu prowadzącego".
Jak wskazuje "Gazeta Wyborcza" odpowiedzialny za szkolnictwo zastępca prezydenta Poznania Mariusz Wiśniewski mówił, że samorząd działa w granicach prawa i nie doszło do naruszenia kompetencji. Obecnie miasto ma 30 dni na odwołanie od decyzji wojewody do wojewódzkiego sądu administracyjnego.

"
Gdy ktoś twierdzi, że antydyskryminacja jest szerzeniem np. ideologii gender, to oczywiście może sobie tak uważać, ale jest to mniej więcej na tym samym poziomie co stwierdzenie, że prowadzenie w szkołach nauki języka niemieckiego jest germanizacją polskich uczniów" - komentował dla "Gazety Wyborczej" radca prawny Bartosz Kowalak z kancelarii Kacprzak i Kowalak.(kb)