Publicystka nie pojmuje tolerancji
Katolickie Pismo Społeczno-Kulturalne "Tygodnik Powszechny" w numerze z 1 czerwca publikuję listy czytelników napisane w odpowiedzi na felieton Józefy Hennelowej z przed miesiąca. W swoim tekście pani Hennelowa krytykowała list w obronie "Niech Nas Zobaczą" (www.zobacza.int.pl), jak i samą akcję. "Ani rusz nie potrafię powiązać tego tak zasadniczego i bliskiego mi manifestu z powodem, dla którego został wydany" - pisała.
W najnowszym numerze pisma wydrukowano trzy listy oraz odpowiedź Józefy Hennelowej. "pani Józefa Hennelowa po raz kolejny dała wyraz swej bezprzykładnej homofobii.", "rozumiem i popieram stanowisko poważnych i godnych szacunku ludzi, którzy podpisali list otwarty w obronie akcji 'Niech nas zobaczą'." -napisali bez ogródek czytelnicy.
Oto fragment tekstu Józefy Hennelowej:
Tacy poważni i godni szacunku ludzie podpisali się pod niedawnym listem -protestem zamieszczonym w "Gazecie Wyborczej" w ubiegłym tygodniu, niejednego znam osobiście i zawsze ceniłam, a teraz nic nie rozumiem. Nic a nic. Bo czytam, że "obowiązkiem ludzi myślących jest przeciwstawianie się wszelkim formom nietolerancji i solidarność z tymi, których nietolerancja dotyka", dalej, że "kto milczy, gdy zagrożona jest wolność innych ludzi (...) wyrzeka się wolności własnej", czytam, że "nawet jednoosobowa mniejszość warta jest obrony", wszystko słuszne i piękne i godne poparcia, aż do zdania "cenzura, zwłaszcza wewnętrzna, jest zagrożeniem dla prawdy" - tylko ani rusz nie potrafię powiązać tego tak zasadniczego i bliskiego mi manifestu z powodem, dla którego został wydany.
Czy chodziło o ustawę, która w intencjach i skutkach faktycznie będzie kogokolwiek dyskryminować? Czy chodziło bodaj o rzeczywisty wypadek krzywdy żywego człowieka, krzywdy spowodowanej nietolerancją? Nie, chodziło o masową niechęć do akcji rozwieszania w miejscach publicznych ogromnych plakatów przedstawiających (bardzo miłe i niewinne) pary gejowskie. Ta niechęć wyrażała się albo protestami - skutecznymi - wobec zamiaru umieszczania takich plakatów, albo - tam gdzie zawisły - ich dewastowaniem (co nb. spotyka prawie każdą kampanię plakatową, choćby promocyjną czy wyborczą na przykład).
Akcja plakatowania nazywała się bardzo ładnie "Niech nas zobaczą" i była oczywiście zaprogramowana jako manifest przychylności, dla której chciano pozyskać szeroką opinię publiczną. Nie była ona żadnym faktem społecznym, któremu należy się refleksja zrodzona z szacunku dla ludzi odmiennych od nas czy nawet najbardziej nam obcych. Była działaniem świadomie wyzywającym, czego najprostszym wyrazem było samo hasło "niech nas zobaczą". "Nas", to znaczy przecież w tym wypadku: nie żywych ludzi z ich uwarunkowaniami i osobistymi wyborami, które wcale nie muszą stawać się tematem publicznym i powszechnie obecnym, lecz obrazków, programowo sympatycznych i udających całkowitą niekontrowersyjność. Gdzież tu miejsce na rozprawianie o "wolności słowa i prawach człowieka", jak uczynili to autorzy listu? Po co udawać, że "nie ma sprawy", gdy organizatorom akcji chodziło tak jasno o zdominowanie bodaj na krótko podświadomości i opinii publicznej, z pełnym zlekceważeniem faktu, że nie każdy sobie tego życzy i nie życzyć sobie ma także prawo.
Nadesłał: Ludwik
1. Felieton p. Hennelowej - http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2808/felhennel.php
2. Bardzo interesujące odpowiedzi czytelników i komentarz autorki felietonu - http://www2.tygodnik.com.pl/tp/nowy/listy-hennelowa.php (a w przyszłości w internetowym archiwum pisma - numer 22/03)
3. List od którego wszystko się zaczeło - www.zobacza.int.pl (na tej stronie mozna równiez złożyć swój podpis pod listem)