Wyrzucony pracownik skarży przed sądem
Gwiazda muzyki pop, znana pod imieniem Cher, została zaskarżona do sądu przez jej byłego pracownika, Salvatore Sampino (40). Jako rekompensatę za niesłuszne zwolnienie z pracy domaga się on odszkodowania wysokości ponad 10 milionów PLN. Sampino - który jest otwartym gejem - pracował w luksusowej willi Cher w Malibu (Kalifornia, USA). Twierdzi, że był tam fizycznie i werbalnie maltretowany przez zarządców posiadłości, podczas gdy Cher, której córka Chastity jest lesbijką i angażuje sią w organizacjach gej&les, udawała że nic nie widzi.
Cała afera wybuchła, gdy okazało sią, że koszty utrzymania posiadłości zaczęły gwałtownie i w niewytłumaczalny sposów wzrastać. Sampino był przekonany, że wina leży po stronie obojga zarządców posiadłości - Williama Strausera i Janet Bussell. Jego zdaniem, oboje dopuszczali się malwersacji i zatrudniali nielegalnych imigranów. Gdy powiedział o tym wszystkim Cher, piosenkarka zapewniła go, że "zajmie się sprawą". Nic się jednak nie stało. Natomiast ze strony oskarżanych zarządców, zaczęły się mnożyć szykany. Sampino mówi, że "jest chory, kiedy słyszy, że Cher ujmuje się po stronie gejów. Ona wiedziała, że zarządcy robią z mojego życia piekło, a nie ruszyła palcem w bucie kiedy mnie prześladowali". Wreszcie, gdy sytuacja eskalowała do tego stopnia, że koszty trzykrotnie przekroczyły planowany budżet, Sampino został wyrzucony z pracy. Jak twierdzi - Cher wybrała go na kozła ofiarnego. Nie chodzi mu o odszkodowanie za utraconą pracę, lecz o przywrócenie dobrego imienia.
Podczas rozprawy, Cher pojawiła się niespodziewanie na sali sądowej w Los Angeles. Ubrana na czarno, owinięta w czarną chustę, nie chciała komentować zeznań swego byłego pracownika. Zajęta jest urządzaniem willi w Malinu, która nosi nazwę "Inshallah" - co znaczy "Bóg tak chce"...
(PS)