„Doborowa obsada nie zmienia faktu, że między "Rodziną z Wyboru" a "Złotkami" jest przepaść."
„Doborowa obsada nie zmienia faktu, że między "Rodziną z Wyboru" a "Złotkami" jest przepaść."
Disney Plus Trzech dojrzałych gejów, złośliwa matka jednego z nich i willa w Palm Springs. Sitcom, który z dumą nawiązuje do kultowych "Złotek", stawiając na stary, dobry humor z queerowym pazurem.
Po nagłej śmierci bliskiego przyjaciela, trzej starzejący się geje stają przed widmem samotnej starości. Zamiast jednak pogrążać się w smutku, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i zamieszkać razem. Pakują walizki i wprowadzają się do ociekającej luksusem kalifornijskiej willi w Palm Springs, należącej do najbogatszego z nich, Bunny'ego. Sielankę z wyboru nieco komplikuje fakt, że w domu rządzi już apodyktyczna matka gospodarza. Bohaterowie muszą na nowo ułożyć sobie życie, randkować, pracować i znosić swoje humory, udowadniając, że na jesieni życia impreza dopiero się rozkręca.
Zobacz recenzję filmu „Rodzina z wyboru" na YouTube
Twórcy kultowej Willi i Grace, Max Mutchnick i David Kohan, nie ukrywają, że ich nowy projekt to bezpośredni, męski hołd dla telewizyjnych Złotek. Podobieństwa widać tu na każdym kroku, a układ charakterów to wręcz kalka z legendarnego serialu z lat osiemdziesiątych. Mamy egocentrycznego Bunny'ego (w tej roli niezawodny Nathan Lane), złośliwego felietonistę modowego Arthura (Nathan Lee Graham) oraz uroczego, ale niezbyt bystrego stewarda Jerry'ego, którego gra Matt Bomer. Zamiast ukrywać te zapożyczenia, twórcy z dumą je eksponują, wrzucając bohaterów w format klasycznego sitcomu kręconego z udziałem żywej publiczności. Jak zauważa krytyk Observera, ten staroświecki sznyt to ogromna zaleta, bo Rodzina z wyboru „nie jest przełomowa w swoim formacie, a ta swojskość sprawia, że ogląda się ją z niesamowitą łatwością”.
Choć ramy opowieści są na wskroś tradycyjne, żarty mocno osadzono we współczesnej queerowej rzeczywistości. Panowie rzucają anegdotami o Annie Wintour i Barbrze Streisand, ale równie płynnie przechodzą do dyskusji o PrEP-ie, telefonach od oszustów czy peggingu. To wciąż lekka komedia, w której każdy problem rozwiązuje się w dwadzieścia minut, ale zarazem rzadka okazja, by zobaczyć dojrzałych gejów na pierwszym planie, bez konieczności podpierania ich heteroseksualnymi postaciami. Całość ma jednak nieoczekiwanie słodko-gorzki wymiar. Rolę zgryźliwej matki zagrała tu legendarna Linda Lavin, dla której był to ostatni występ na ekranie. Aktorka zmarła w trakcie produkcji, zdążywszy nagrać zaledwie siedem z dziesięciu odcinków. Mimo to, jak pisze Robert Lloyd na łamach Los Angeles Times, wcale nie wygląda tu na osobę żegnającą się ze światem, będąc „niezawodnie zabawną w serialu, który, nawet jeśli sam nie jest niezawodnie zabawny, bawi dokładnie tak, jak można by tego oczekiwać”.
Niestety, ten nostalgiczny powrót do telewizyjnej klasyki z tęczowym twistem nie przetrwał starcia z algorytmami i rynkową brutalnością. Mimo że produkcję wspierał jako producent sam Ryan Murphy, platforma bezlitośnie skasowała tytuł niedługo po premierze. Zostało dziesięć odcinków, które dla fanów głośnych i bezczelnych komedii pomyłek mogą okazać się idealnym, krótkim pocieszeniem na gorszy dzień.