Romans pomiędzy nastolatkiem, a gościem hotelu jego rodziców na riwierze włoskiej.
Adaptacja powieści o tym samym tytule. Owacja na stojące podczas festiwalu Sundance.
Lata 80. 17-latek poznaje 24 latka. zakwita romans, rodzi się uczucie.
Północne Włochy. 1983 rok. Elio i Oliver. Ich relacja jest skomplikowana od samego początku. Dwa różne światy. Wspólne pożądanie i silne uczucie. Tyle podobieństw, tyle samo różnic.
„Zmysłowy”, „Zachwycający”, „Na długo pozostający w głowie” – tak piszą o tym filmie krytycy.
Poruszająca opowieść o pierwszych porywach serca ze zjawiskowymi zdjęciami spalonej słońcem Italii.
„Tamte dni, tamte noce. Call Me By Your Name”, nowy film Luki Guadagnino, w kinach od 26 stycznia 2018.
Recenzja filmu "Tamte dni, tamte noce".
Włochy, miejscowość nieznana, w książce podawana jako "B.", o ile mnie pamięć nie myli. Co roku, jak to zawsze jest w rodzinie głównego bohatera i w tradycji oraz duchu nawiązywania nowych znajomości wraz z otrzymywaniem kartek na Boże Narodzenie, przyjeżdża osoba mająca pomóc Panu Perlmanowi przez godzinę dziennie, na okres wakacji, mieszkając wraz z całą rodziną w pięknej miejscowości. Tak oto poznajemy Vincenta, 24-letniego mężczyznę, który wprowadził się do domu Elio, a dokładniej rzecz mówiąc, do jego pokoju, co przyczynia się do przeniesienia się Włocha do pomieszczenia po zmarłym dziadku. Z czasem jednak (co w książce zostało pokazane zupełnie inaczej - na filmie aż tak tego nie widać, chociażby z tego powodu, iż nie możemy odczytać myśli 17-latka) mężczyźni zaczynają czuć coś więcej niżeli tylko przyjaźń, nawet jeżeli początkowe zawieranie znajomości nie wyglądało najlepiej.
Do czynienia mamy z produkcją, nad którą producenci się postarali pod względem oddania klimatu tamtejszych lat, ale moim zdaniem za bardzo. Cały film zdaje się emanować tylko małą dawką realizmu, zaś nie mamy czasu na zapoznanie się z uczuciami postaci wraz z ich historią oraz myślami, przez co, oczywiście moim zdaniem, historia zdaje się być "flakowata", a kto wie, może nawet płytka, bez większego przesłania. Ciekawie byłoby zapoznać się z tym, co targa nimi od wewnątrz, wszak zaś otrzymujemy częściowe romansidło, częściową tragedię. Tylko pod koniec zostajemy zaszokowani/zaatakowani sceną, która ma na celu wzbudzić wzruszenie do głównego bohatera, dodając szczypty tragizmu do całokształtu produkcji filmowej. Szkoda, że zakończenie oraz cała opowieść przedstawiona na ekranie monitora ma się nijak co do oryginału (wiele informacji zostało ominiętych), do którego bardzo gorąco zachęcam i na pewno nie zostaniecie zawiedzeni zakończeniem - przedstawiającym już dalszą przyszłość. Na pewno znajdzie się tam więcej odpowiedzi na pytania dotyczące domowników i na pewno nie poczucie pewnego rodzaju niedosytu wynikającego z niedokończonej historii. Film polecam, aczkolwiek książka, jak to zwykle bywa, zaciekawiła mnie bardziej i stała się jedną z ulubionych.